piątek, 24 listopada 2017

Pojemniki z łodyg rdestowca


Nie znajdziemy w naszych lasach bambusa. Za to jest rdestowiec, który został do nas zawleczony i ma się całkiem dobrze. Pod kilkoma względami roślina o podobnym zastosowaniu. Z odpowiednio grubych i przyciętych łodyg rdestowca możemy w ławy sposób zrobić przydatne pojemniki. Do tego wystarczy sam nóż, nie trzeba mieć dłuta czy noża łyżkowego, nic nie wybieramy. Wykorzystujemy naturalne właściwości rurkowatej budowy łodyg. Niewielkich co prawda rozmiarów, ale zawsze to coś. W naszych warunkach trudno znaleźć rośliny wytwarzające łodygi o większych rozmiarach. Z rodzimych gatunków tylko nieliczne (np. świerząbek bulwiasty, dzięgiel, łopian, ostrożeń) w sprzyjających warunkach wytarzają czasami na tyle dużą łodygę, że można z niej coś sensownego zrobić. Ekspansywny i uznany za niebezpieczny barszcz Sosnowskiego jest zwalczany i trudno polecać jego wykorzystanie. Z rdestowcem jest odrobinę inna sytuacja. To również bardzo ekspansywna i niepożądana w naszym środowisku roślina, ale nie jest tak niebezpieczna. Wręcz przeciwnie, jadalna i lecznicza. Do tego jest dosyć rozpowszechniona, pomimo prób zwalczania. Wydaje mi się, że warto znać kilka patentów na zagospodarowanie tego chwasta.


Rozcinając wzdłuż najgrubsze łodygi rdestowca otrzymamy rodzaj podłużnego pojemnika- talerza. Gdy utniemy łodygę tak, aby z jednej strony pozostała zamknięta, otrzymamy kieliszek lub niewielki kubek. W dłuższych kawałkach łodyg w razie potrzeby zagotujemy wodę lub niewielki posiłek.

Łodygi rdestowca mogą też posłużyć do przenoszenia wody. Aby zwiększyć pojemność takich zaimprowizowanych pojemników należy przebić prostym patykiem międzywęźla łączące komory. Zrobimy to bez problemu, międzywęźla są bardzo cienkie i mało wytrzymałe. Jedno, która spełni rolę denka, zostawiamy. Z jednej strony musimy mieć zamkniecie, inaczej zawartość pojemnika się wyleje/wysypie, chyba że chcemy zrobić rurkę lub gwizdek. Związując sznurkiem kilka łodyg o połączonych komorach otrzymamy prowizoryczne ''naczynie'' do przenoszenia wody.



Gdy dorobimy z drewna, kory lub drugiego, krótszego kawałka łodygi zatyczkę, to otrzymamy zamykany, szczelny pojemnik, np. na jagody, nasiona, hubkę, sól, przyprawy. Brzegi pojemnika wato dodatkowo owinąć włóknami, wzmocni to jego trwałość i wydłuży czas używania. A gdy pojemnik się nam zniszczy wrzućmy go bez żalu w ogień, wyschnięte łodygi rdestowca bardzo dobrze się palą. Zrobienie nowego pojemnika nie zajmuje wcale dużo czasu.

Wymieniłem część zastosowań łodyg rdestowca. Gdyby nie jego ekspansywność, można by go uznać nie za chwasta, a za całkiem pożyteczną roślinę.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Pemikan


Pemikan. Tyle razy spotykałem się z tym słowem w książkach o Indianach, ale nigdy nie miałem okazji spróbować owego legendarnego pożywienia. Kiedyś każdy Indian, czy też traper wybierając się na polowanie lub dłuższą wędrówkę, miał przy sobie schowany zapas pemikanu. W tym roku wysuszyłem dużo wołowiny i mogłem spróbować pemmikanu własnej roboty.

Pemikan to mieszanka suszonego, roztartego na włókna mięsa z tłuszczem i niekiedy z jagodami. Tradycyjnie wykorzystywano do tego mięso bizonów, rzadziej jeleni i łosi, a później również wołowinę. Mięso suszono na słońcu, niekiedy lekko podwędzano. Wysuszone dokładnie chude mięso rozcierano na drobne włókna w kamiennym moździerzu, a następnie mieszano z taką samą ilością gorącego tłuszczu ( najlepiej twardy, niejełczejący). Do smaku dodawano też czasami suszone kwaśne jagody. Gotowe kawałki pemikanu formowano w wałki lub placuszki i trzymano zawinięte w chłodnym miejscu. Współcześnie przygotowuje się go najczęściej z wołowiny i przechowuje zawinięte w pergamin lub folię aluminiową. 

Pemikan to oryginalne jedzenie Indian północnoamerykańskich  żyjących w regionie Wielkich Jezior i Równin. W późniejszym czasie z tego rodzaju pożywienia korzystali traperzy i uczestnicy wypraw podbiegunowych. Indianie po udanych jesiennych łowach i dużej ilości mięsa do przerobienia, tak aby się ono nie zepsuło suszyli, a następnie przerabiali na pemikan. Jest to jeden ze sposobów konserwacji mięsa pozwalający na przechowanie go przez okres do kilku miesięcy. Z reguły pemikan przeznaczony był na chłodniejszy okres roku, zabierany głownie podczas polowań i wędrówek. Stanowił też zapas wysokoenergetycznej, pełnowartościowej żywności na okres zimy. Jest bogaty w tłuszcze, białka i węglowodany. Nie zawiera wody, jest lekki i pożywny. Można go jeść samego, jest świetną podstawą innych dań. Do garnka z wodą wrzucamy kawałek pemikanu, dodajemy to co znajdziemy w lesie (grzyby, rośliny) lub co tam jeszcze nam pozostało w plecaku (kasza, ryż, makaron, warzywa ) i gotujemy z tego pyszną, pożywna zupę.
Znane są opisy ludzi żywiących się przez kilka tygodni wyłącznie pemikanem bez ujemnego wpływu na ich zdrowie. Jest to wiec rodzaj super żywności. Jest a raczej był, gdyż z dzisiejszego punktu widzenia to dieta nazbyt obfitująca w tłuszcze i białko, a za mało w niej węglowodanów. No cóż, nie mierzmy ówczesnych potrzeb naszymi współczesnymi żołądkami i sposobem życia.

Zrobiłem dwie wersje pemikanu, mięso + tłuszcz oraz mięso + tłuszcz + owoce. Tłuszczu tyle, by związać pozostałe składniki. Ten z owocami i nieco mniejszą ilością tłuszczu był przeznaczony do podjadania na szlaku. Ten bez jako dodatek do gotowanych przez mnie w lesie zup ''ze wszystkiego'', czyli co nawinie się po drodze, to wyląduje w garze.

Z braku kwaśnych jagód dodałem suszone owoce czeremchy oraz jarzębiny. Co prawda są mało kwaśne, bardziej wytrawne lub cierpkie, jednak ich smak do pemikanu mi odpowiada. Nie chciałem dodawać dostępnej w sklepie żurawiny, która jest kandyzowana, nie przepadam za mięsem na słodko. Do smaku dodałem też odrobinę soli. Smak pemikanu jest bardzo dobry.

Żelazny zapas żywności przygotowany. Pakuję się zatem i wyruszam w drogę. Cześć.

czwartek, 16 listopada 2017

Bannock na słodko

Do porannej kawy lub herbaty bannock na słodko smakuje najlepiej. To znakomity zastrzyk energii o poranku. Z wielu przepisów na bannocki najmniej chętnie przygotowuję te wymagające smażenia. Chociaż maślany posmak ciasta jest bardzo przyjemny to jednak wolę pieczenie na sucho. Ciasto jest lżejsze, nie ma problemu ze zmywaniem tłustej patelni i nie tracimy cennych kalorii.

Przepisy są rożne, podstawą jest mąka, nie koniecznie pszenna. Moje bannocki zrobiłem z mąki pszennej z dodatkiem mleka w proszku, rodzynek i suszonej żurawiny. Do spulchnienia ciasta użyłem proszku do pieczenia. Dodanie spulchniacza (drożdże, proszek do pieczenia, soda) jest niezbędne, inaczej nam ciasto nie urośnie. 


Składniki (orientacyjnie), porcja dla 2 osób:
3 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki mleka w proszku
1 łyżka cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
garść rodzynek/żurawin
szczypta soli
1 łyżeczka cynamonu (jak ktoś lubi)
woda

Mieszamy dokładnie suche składniki, a następnie dolewamy wodę. Zagniatamy ciasto, dość gęste, nie powinno kleić się do rąk. Formujemy z niego płaskie placki i przyklejamy do rozłupanej kłody, kładziemy na rozgrzany kamień, do puszki, menażki lub na patelnię. Jeśli wcześniej metalowe naczynie wysmarujemy tłuszczem (olej, masło), to ciasto nie przyklei się do ścianek naczynia. Pieczemy powoli, tak aby się nie przypaliło i nie było zakalca w środku, chyba, że ktoś lubi :) Sprawdzamy ciasto w trakcie pieczenia. Jeśli nie pieczemy w naczyniu obsypanym żarem (np. puszcze lub dwóch menażkach), to ciasto obracamy po 10-15 minutach i pieczemy z drugiej strony. Ciasto powinno urosnąć 2-3 krotnie, skórka będzie rumiana.

wtorek, 14 listopada 2017

Sznurek z łodyg chmielu i łuk ogniowy


Chmiel zwyczajny to bardzo pożyteczna roślina. Chociaż większość nas kojarzy ją jedynie z szyszkami i piwem, to zastosowań ma znacznie więcej. Człowiek lasu z chmielu korzysta przez cały rok, od wiosny do zimy, ze wszystkich jego części w zależności od pory roku i potrzeb. Chmiel to roślina lecznicza i jadalna, na wiosnę zbieramy młode pędy, pod koniec lata szyszki, zaś przez cały rok korzenie palowe. Jego długie łodygi to namiastka sznurka. W dzieciństwie nie raz do budowy szałasów, kiedy potrzebowałem coś przywiązać, używałem łodyg chmielu. To szybkie i łatwe do wykorzystania naturalne włókna zastępujące sznurek, w dodatku wytrzymałe. Z nich także wyplatałem koszyki. Próbowałem też rok temu łodyg chmielu użyć do łuku ogniowego. Nie skręcałem ich i szybko uległy przetarciu, próby były nieudane.

W tym roku testuję dużo naturalnych włókien roślinnych, skręcam z nich mocne linki i badam ich wytrzymałość używając np. do łuku ogniowego. Bardzo wytrzymałe i dość szybko możemy wykonać linki z łyka niektórych gatunków drzew np. wierzby, wiązu czy lipy. Sznurek z pokrzywy jest elastyczny i wytrzyma kilkukrotne użycie, chociaż jego wykonanie jest czasochłonne. Gorzej jest w przypadku sznurów wykonanych z innych surowców. Ich wytrzymałość ogranicza się w większości przypadków do jednokrotnego użycia. Trawa to małe wyzwanie, sznur jest gruby i sztywny. Korzenie drzew są znacznie łatwiejszym materiałem, bardziej elastyczne i wytrzymałe, ale to rozwiązanie awaryjne. Podobnie jest ze sznurem wykonanym z łodyg jeżyn czy chmielu. W przypadku jeżyn, sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, gdyż poszczególne gatunki mają nieco odmienne właściwości.

Z łodyg chmielu możemy skręcić czy też upleść wytrzymałą linkę i użyć jej w łuku ogniowym. Można, ale wcale to takie łatwe nie jest. Zacznijmy od tego, że chmiel to często spotykana roślina wilgotnych lasów i zarośli. Wytwarza ona jednoroczne pędy do 8 metrów długości. Na zimę zasychają, stają się kruche, nie nadają się wtedy do zrobienia sznurka. Szkoda dla przyrody zatem znikoma, jeśli skręcimy metrowy sznurek. Pędy chmielu są surowcem sezonowym, możliwość ich wykorzystania ogranicza się do kilku miesięcy. Najlepiej je zbierać pod koniec lata i jesienią zanim staną się kruche.


Do skręcenia linki do łuku ogniowego wystarczą nam pędy o długości około 1 m. Jeżeli potrzebujemy dłuższych sznurów, to szukamy odpowiednio dłuższych łodyg. Nie będziemy musieli wtedy dołączać nowych łodyg w trakcie skręcania i wzrośnie wytrzymałość linki. Sprawdzamy, czy  łodygi nie posiadają ukrytych wad, pęknięć itd. Nie oceniajmy jakości surowca do skręcania wyłącznie po kolorze łodyg chmielu. Mogą one mieć zabarwienie od zielonego do brązowego. Najważniejsza jest ich elastyczność. Spróbujmy skręcić łodygi, jeśli się nie kruszą to możemy przystąpić do pracy. Ze zwiędniętymi łodygami lepiej się pracuje, są miękkie i łatwiej się je skręca. Świeże łodygi chmielu częściej łamią się skręcania. W razie potrzeby nie czekamy aż łodygi zwiędną, skręcamy świeżo zebrany surowiec.

Grubość zebranych łodyg zależeć będzie od tego, jak wytrzymały sznur chcemy skręcić oraz jaką techniką. Najprostszy sznur skręcimy z jednej podwójnie złożonej łodygi. Jeśli potrzebujemy wytrzymalszej linki to skręcamy poczwórnie. Taka linka jest bardzo wytrzymała, ja nie jestem w stanie jej przerwać w rękach. Skręcanie jeszcze grubszych i wytrzymalszych lin jest jak najbardziej możliwe, chociaż trudno mi w leśnym obozowaniu wyobrazić ich zastosowanie. Jeśli chcemy przećwiczyć skręcanie lin to łodygi chmielu bardzo dobrze się do tego celu nadają.
Linki nie tylko można skręcać, ale też pleść, najprościej z trzech łodyg, jak warkocz. Ich wytrzymałość wg mnie jest jednak mniejsza niż lin skręcanych.


Do prób z łukiem ogniowym użyłem kilka sznurów o różnej grubości i technikach wykonania.



Pierwsze wypróbowałem dwa sznurki splecione z trzech łodyg w warkocz. Oba bardzo szybko uległy przetarciu.


Dalej testowałem sznurki poczwórnie skręcone, najgrubsze i wydawało mi się, że najmocniejsze. Jednym udało mi się uzyskać żar, ale drugi pękł zanim zaczerniłem gniazdo. Pomimo, że były podobnie wykonane znacznie różniły się wytrzymałością. Skręciłem je ze świeżego surowca. Podczas świdrowania powierzchnia świdra robiła się mokra od soku wyciśniętego ze zgniatanych łodyg. Powodowało to ślizganie się sznurka po powierzchni lipowego świdra pomimo, że były mocno naciągnięty. To bardzo utrudniało uzyskanie żarem. Świder zmieniłem na sosnowy, o większej średnicy (w miejscu styku ze sznurkiem) i bardziej chropowatej powierzchni (kora). Uzyskałem dzięki temu większe tarcie pomiędzy świdrem a sznurkiem, co przełożyło się na efektywniejszą pracę łukiem.

Kilkudniowe opady deszczu i duża wilgotność zmusiły mnie do zrobienia hubki z drewnianych wiórków.


Jak widać na poniższych zdjęciach cały zestaw łuku ogniowego wykonałem w lesie wykorzystując do tego naturalne surowce. Świder i podstawka z suchej, młodej sosny. Docisk z odciętej, świeżej gałęzi dębowej, łuk z gałęzi jarzęba, a linka z łodyg chmielu. I nie zajmuje to wcale kilka godzin.


Mam wszystkie potrzebne elementy. Prób część dalsza.


Stabilizacja łuku. Spokojna i miarowa praca. Jeszcze kilka pociągnięć i jest żar.



Teraz przenoszę ostrożnie żar na garść drobnych i suchych wiórów. Dmucham.


Sukces, jest ogień.


W sumie żar uzyskałem kilkukrotnie stosując różne sznurki. Próby zacząłem od tych najgrubszych, czyli teoretycznie wydawałoby się najbardziej wytrzymałych. Były to sznurki skręcone ze świeżych łodyg. Bardzo wytrzymałe na obciążenia statyczne, ale jednocześnie grube, sztywne i mało odporne na przetarcie. W łuku ogniowym sztywny sznurek to wada. Do wiązania sprawdza się znakomicie, w łuku ogniowym już gorzej. Jak się okazało w praktyce najlepiej wypadła linka najcieńsza, skręcona dzień wcześniej (pierwsze zdjęcie od góry). Elastyczna i zarazem wystarczająco wytrzymała. W dodatku o dwukrotnie mniejszej średnicy, skręcona podwójnie, a nie poczwórnie. Być może to tylko przypadek. Na podstawie takich obserwacji można by wyciągnąć wniosek, że nie zawsze gruby oznacza lepszy.

Sznurek skręcony z łodyg chmielu jest wytrzymały, ale ma też wady. Podobnie jak i same łodygi dość szybko wysycha, staje się kruchy i traci swoje właściwości. Jednak zwykle używa się ich jednorazowo, zanim wyschną i nie jest to żadnym problemem. Zwykle stosujemy go w sytuacjach awaryjnych, na raz, nie zaprzątając sobie tym głowy. To w zupełności wystarczy, bo nie ma potrzeby abyśmy dźwigali ze sobą wszystkie elementy zestawu do rozpalania ognia. Gdy nam się uda uzyskać ogień to kończy on w ognisku, następnego dnia skonstatujemy nowy. Poza tym na łuku ogniowym świat się nie kończy, zastosowań sznurka znajdziemy bez liku. Przywiążemy belki w szałasie, zawieśmy na nim kociołek lub inne elementy obozowego wyposażenia.  Łodygi chmielu to dobry materiał do nauki, treningu i zabawy.

środa, 8 listopada 2017

Rok poszukiwacza roślin - listopad


Pierwsze przymrozki i śnieg tej jesieni już za nami. Dosyć ciepło jeszcze, ale wcześnie mrok zapada i dni są krótkie. Warunki takie sprzyjają głównie pracy w domowym zaciszu. A gdy chęć najdzie, to słoik z przetworami można wyciągnąć lub ziołowej herbatki zaparzyć. Oczywiście własnej roboty. Korzystamy z zebranych i przetworzonych we wcześniejszych miesiącach roślin. Dobrze jest wyjść na spacer i dotlenić, zwłaszcza gdy warunki ku temu sprzyjają. Śmiało możemy wyruszyć też na zbiory, zwłaszcza po korzenie. To bardzo dobry okres, po opadach ziemia jest pulchna i łatwo je wykopać. Z niektórymi trzeba się pospieszyć, bo gdy uschną liście nie odnajdziemy ich. Inne już wcześniej utraciły cześć nadziemną i pozostaje kopanie w znanym nam miejscu lub szukanie w ciemno i rozpoznawanie wyłącznie po korzeniach.

Znikają ostanie owoce, liści i łodyg też widocznie mniej. Listę dzikich roślin jadalnych dalej skracam. Patrząc na ilość pozycji, wydawać by się nam mogło, że jak na listopad to bardzo dużo, jest co zbierać i z głodu nie zginiemy. Tak i nie, ponieważ zbiór niektórych roślin o tej porze roku jest jakby na siłę. Da się, ale włożymy w to więcej wysiłku niż w poprzednich miesiącach. Dobrym przykładem są choćby owoce. Jak dobrze poszukamy, to jeszcze gdzieniegdzie znajdziemy jeżyny, borówki, berberys, jabłka, jarzębinę i tarki. Tylko nie w takich ilościach jak jeszcze miesiąc czy dwa temu. Nawet jak wiszą na drzewie, to nadgniłe, nadgryzione lub niesmaczne. Z drugiej strony dalej w dużych ilościach nazbieramy owoców np. róży czy rokitnika. Owoce znikają i będzie ich coraz mniej. Jeśli chcemy nazbierać, to musimy się pospieszyć.

Podobna sytuacja jest z zieleniną, czyli z liśćmi i łodygami. Robią się twarde, włókniste, przebarwiają się i usychają. Takiej dla przykładu gwiazdnicy pora roku nie przeszkadza, co więcej ma mniejszą konkurencję więc jeszcze rośnie. Większość jednak roślin przechodzi w stan spoczynku i na świeżą zieleninę przyjdzie nam poczekać do wiosny. Będąc częścią przyrody my również odpocznijmy :)


Lista roślin:
babka - liście
barszcz zwyczajny- liście, korzenie
berberys - owoce
biedrzeniec - liście, korzenie
bluszczyk kurdybanek -liście
borówka - liście
bylica - liście
chmiel - korzenie
chrzan pospolity - liście, korzenie
cykoria podróżnik - liście, korzenie
czyściec błotny - korzenie
dąb - żołędzie
dzwonek - korzenie
gorczyca - nasiona
gorczycznik - liście
gwiazdnica pospolita- liście
jałowiec pospolity - owoce
jarząb - owoce
jasnota - liście
jeżogłówka -  korzenie
jeżyna - pędy, liście, owoce
jodła - pędy
kalina - owoce
koniczyna - liście,
kozibród - korzenie
krwawnik pospolity - liście
łączeń baldaszkowy - korzenie
łoboda - liście
łopian - korzenie
macierzanka - liście
malina - pędy, liście, owoce
marchew zwyczajna - liście, korzenie
mniszek - liście, korzenie
oset - liście, łodygi, korzenie
ostrożeń - podobnie jak oset
pałka - młode przyrosty, korzenie
pasternak - korzenie
perz - kłącza
pięciornik gęsi - korzenie
podagrycznik pospolity - liście
pokrzywa - liście, nasiona
poziomka - liście
rdest - liście, nasiona
rokitnik - owoce
rozchodnik wielki - korzenie
róża - owoce
rukiew - liście
rzeżucha - liście
sitowie - korzenie
sosna - pędy
stokrotka - liście, kwiaty
szczaw - liście, nasiona
szczawik - liście
ślaz - liście
śliwa tarnina - owoce
świerk - pędy
świerząbek bulwiasty - bulwy
tasznik pospolity - liście
topinambur - bulwy
trzcina - korzenie
wiązówka - liście, korzenie
wiesiołek - korzenie
żurawina - owoce

czwartek, 2 listopada 2017

Ogień z baterii AA i gumy do żucia























Zrób pokazy ogniowe dla dzieci w sali gimnastycznej, pokaż coś żeby było wow :) Nie może być dużego ognia i dymu, bo są zamieszczone czujniki, względy bezpieczeństwa itd. Tak by dzieci same mogły spróbować, coś łatwego i szybkiego, co ich nie znudzi.

Jest taka technika, stara jak baterie i guma do żucia. Uzyskanie ognia opiera się na baterii AA, nazwanej paluszkiem. Powszechnie jest ona używana w sprzęcie elektronicznym turystycznym jak i domowego użytku np. aparatach fotograficznych, latarkach, itd. Jest to technika, która powoduje szybkie rozładowanie baterii. Użycie częściowo rozładowanej baterii nie gwarantuje sukcesu. Najlepiej działa bateria alkaliczna, nowa. Zwykle baterie wystarczają na raz. Jeszcze lepsze są akumulatorki. Należy jednak pamiętać, że nie lubią one dużych i szybkich rozładowań. Akumulatorki litowe silnie się rozgrzewają i potrafią nawet eksplodować. Przy zastosowaniu akumulatorków możemy dostać drugą szansę, to w zależności od ich pojemności. Oczywiście można zastosować też dwie baterie/akumulatorki jednocześnie. Przemyślmy dokładnie, abyśmy nie zostali bez światła (latarki) i bez ognia. Opisywanie techniki ograniczę jednak do pojedynczej baterii typu AA. Niekiedy drugiej szansy może nie być, więc lepiej skoncentrujmy wszystkie siły na tym jednym razie.

Drugim niezbędnym elementem do uzyskania ognia jest gumą do żucia w listkach. Konkretnie opakowanie po gumie, połączenie cienkiej aluminiowej folii i papieru. Podobne opakowane mają też inne produkty (np. papierosy), ale od gumy do żucia działają niezawodnie. Niektóre opakowania to sama aluminiowa folia, o różnej grubości, bez papieru. Nie każde zapala się łatwo, trzeba pokombinować.

Papierek po gumie do żucia, tzw. sreberko, tniemy na 5 równej szerokości pasków. Pasek składamy na pół i wycinamy przewężenie o szerokości około 2 mm. Zróbmy to dokładnie, to bardzo ważne. Jeśli przewężenie będzie za małe, to aluminiowa folia szybko się przepali i nie zdąży podpalić papieru. Jeśli z kolei przewężenie będzie za szerokie, to aluminiowa folia nie osiągnie wystarczająco wysokiej temperatury, od której zapali się warstwa papierowa.

Przykładamy sreberko do baterii, jednym końcem do plusa a drugim do minusa. Jeżeli wszystko zrobiliśmy dobrze, to po chwili nastąpi zapłon. Płomień pojawi się na maksymalnie kilka sekund. Trzeba go szybko przenieść na coś, co będzie się paliło dłużej np. bawełniany wacik lub chusteczkę.
Może się tak zdarzyć, że płomienia nie będzie. Zadymi się lekko, sreberko się przepali i koniec. Powodów może być kilka. Jeśli dobrze wycięliśmy przewężenie w sreberku to prawdopodobnie bateria jest wyczerpana lub bliska wyczerpaniu. Aluminiowa folia nie rozgrzeje się wtedy na tyle mocno, aby nastąpił zapłon.

W przypadku opakowań wykonanych z samej folii aluminiowej bez warstwy papieru np. czekolady, musimy warstwę łatwo zapalną dodać, czyli zrobić coś w rodzaju hubki, która przytknięta zapali się od rozgrzanego do wysokiej temperatury aluminium. Z aluminiowej foli wycinamy paski, ale nieco inaczej. Przewężenie ma mieć około 2 mm szerokości i dodatkowo około 2 cm długości. W tym miejscu owijamy aluminiowa folię naszą hubką, musi ona ściśle przylegać. Wykorzystać możemy zwęgloną bawełnę lub len, bawełniane waciki itp. Im czulsza będzie hubka, tym łatwiej o zapłon. Duże znaczenie ma też grubość samej folii aluminiowej, tego jednak poprawić nie zdołamy. Dalej postępujemy jak ze sreberkiem od gumy do żucia, łączymy bieguny i czekamy na efekty.

Niezbyt ochoczo przystąpiłem do opisywania tej techniki. Wpis ten jest mi potrzebny do opisania podobnej techniki, ale odrobinę trudniejszej i mniej znanej. Kolejnym razem pobawimy się w rozpalanie ognia za pomocą baterii AA i zszywki do papieru.

niedziela, 29 października 2017

Gotowanie w kociołku z kory świerka

Z kory świerka lub jodły można wykonać pojemniki do gotowania. W tym celu możemy też użyć kory innych gatunków drzew o wystarczająco grubej i elastycznej warstwie łyka, bo to z niej powstanie kociołek do gotowania. Kociołek, czyli coś w czym będziemy gotować bezpośrednio nad ogniem. To pojemnik jednorazowego użytku. Chociaż jego zewnętrzna strona ulegnie zwęgleniu, popęka i zacznie przeciekać, wcześniej ugotujemy wodę, zupę lub inne danie. Gotujemy nad żarem, tak jest najlepiej. Płomienie za szybko zniszczą nam kociołek, zwłaszcza jeśli będą sięgać wyżej niż linia wody/potrawy.
Jeśli mamy zamiar gotować w kociołku z kory więcej niż jeden raz, to gotujemy w nim za pomocą rozgrzanych kamieni. O takim sposobie gotowania napiszę przy innej okazji.

Uwaga! Nic nie usprawiedliwia okaleczania żywych drzew. Są możliwość aby przećwiczyć tego typu techniki bez negatywnego wpływu na środowisko. Jeśli chcemy, to tylko za odpowiednią zgodą właściciela/gospodarza terenu na drzewach przeznaczonych w najbliższym czasie do wycinki, wiatrołomach lub świeżo ściętym drewnie. I nie porywajmy się od razu na najgrubsze pnie, mniejsze boczne gałęzie też nadają się do nauki.
 
Korę najlepiej pozyskiwać pod koniec wiosny i w lecie, kiedy krążą w niej soki i jest giętka. Łatwo ją wtedy oddzielić od pnia i zdjąć bez pęknięć. O innej porze roku może okazać się to bardzo trudne do niemożliwego, np. w zimie podczas mrozów. Nie polecam, przynajmniej osobom, które nigdy tego nie robiły. Kora może być tak sztywna, że szkoda drewna, noża i naszych wysiłków. 

Korę ściągamy powoli, bardzo ostrożnie, by jej nie uszkodzić. Ułatwieniem jest podważanie palcami lub zestruganym na płasko patykiem. Dalej zewnętrzną stronę ściągniętego płata kory oczyszczamy z ciemniejszych, zdrewniałych części pozostawiając tylko warstwę jasnego, elastycznego łyka. Gdy nam się nie spieszy dobrze jest teraz korę dodatkowo namoczyć np. w strumieniu. To spowoduje wypłukanie części garbników zawartych w korze, potrawa nie będzie miała gorzkiego posmaku. Oglądamy dokładnie nasz płat kory, powinien być równej grubości, bez pęknięć, słabszych lub sztywniejszych miejsc. Przycinamy ewentualnie płat kory by uzyskać równe brzegi, a następnie zaginamy brzegi do środka, tak by uzyskać prostokątny pojemnik. Nie jest to takie oczywiste. Kora nie marzyła by stać się kiedyś naszym kociołkiem i przypiekać się nad ogniem. Nadajemy jej sztuczny kształt, zginamy korę w różnych kierunkach. Raz wzdłuż, raz w poprzek, a czasem ukośnie do przebiegu włókien. To materiał naturalny i nie zawsze zniesie nasze działania na siłę. Palcami musimy wyczuć na ile kora podda się takiemu zaginaniu, tak aby nie pękła. Jeszcze raz powtórzę, robimy to bardzo ostrożnie, nie spiesząc się i nie na siłę. Jeśli kora pęknie, to w zasadzie taki pojemnik nadaje się do wyrzucenia. W trakcie gotowania szczeliny się powiększą i zawartość kociołka wycieknie do ogniska. Brzegi pojemnika unieruchamiamy kołeczkami z rozcięciem i obwiązujemy mocno korzeniami. 

Wzorów kociołków do gotowania jest co najmniej kilka. Dostosowujemy je do materiału który zebraliśmy, do potrzeb i naszych umiejętności. Zwykle im prostszy, tym lepiej. Najefektywniej na ognisku gotuje się w pojemnikach o niskich brzegach i dużej, płaskiej powierzchni. Jednak w tym przypadku lepiej będzie zrobić nieco wyższe ścianki, przynajmniej nic nam się nie rozleje. Ognisko to nie równa płyta kuchenki. W trakcie gotowania na ognisku pod wpływem wysokiej temperatury ścianki kociołka mogą się odkształcić. Nie róbmy zatem zbyt dużych pojemników. Korzystniejszym rozwiązaniem jest wykonanie kilku mniejszych. 

Kociołek z kory świerka zawieszamy nad ogniskiem lub kładziemy w żar. Zadbajmy o jego stabilność. Nic nie może się wywrócić. Zgromadźmy odpowiednią ilość żaru. Czas gotowania (np. wody) w naczyniach z kory trwa kilka minut dłużej niż w metalowych naczyniach, gównie z tego powodu, że musimy to robić odpowiednio wolniej. Ogień nie może być tak intensywny, gdyż zniszczy nasz pojemnik. Jego ścianki nie są mało odporne na wysoką temperaturę i z czasem ulegną przepaleniu. 

Kociołki do gotowania wykonane z kory są rozwiązaniem awaryjnym. Ich wykonanie zajmuje dużo czasu i szybko ulegają zniszczeniu. Możemy mieć problem z pozyskaniem materiału na ich wykonanie w określonych porach roku i miejscach. Zrobienie i wykonanie kociołka z kory drzew wymaga pewnych umiejętności, nie jest to technika dla początkujących. 

Polegając wyłącznie na naturalnych surowcach do zrobienia naczynia, umożliwiającym w nim gotowanie, najlepszym rozwiązaniem jest kora drzew. Jest to materiał powszechny. Do gotowania w skórzanym pojemniku potrzebujemy skóry, rzecz dużo trudniejsza do pozyskania. Ceramika to co najmniej kilka dni, większe umiejętności i mniejsza dostępność surowca. To nie wyczerpuje tematu, jest jeszcze kilka innych sposobów na szybkie zagotowanie wody w terenie. Wodę da się też zagotować między innymi w łodygach rdestowca, dole wyłożonym dużymi liśćmi łopianu lub gliną, czy wypalonej drewnianym pojemniku. Jeśli jednak chodzi o pojemniki do bezpośredniego gotowania nad ogniskiem to tych możliwości jest mniej. 
Spróbujcie kiedyś wyruszyć na kilka dni w teren, tak jak ja, bez żadnego sprzętu. Gdzie nie ma wody zdatnej do picia bez przegotowania. Błogosławić będziecie wtedy chwilę, w której znajdziecie porzuconą przy drodze aluminiowa puszkę po piwie. Zdacie sobie wtedy sprawę jak wielkim dobrodziejstwem mogą być śmieci. Czym prędzej rozniecicie ogień i zagotujecie wodę, by móc w końcu napić czegoś ciepłego.
W kociołku zrobionym z kory świerka gotowałem wodę, ale nie tylko. Z warzyw i odrobiny dzikich roślin przyrządziłem na ognisku pyszną potrawkę, której składniki widoczne są na zdjęciu. Kora nie wpłynęła a smak potrawy, ja tego nie wyczułem. Ponieważ kociołek był jednorazowy, po obiedzie nie musiałem zmywać :)


W księgarniach jest już dostępna ''Kuchnia survivalowa. Bez ekwipunku. Gotowanie w terenie cz. 2'', o której wspomniałem już wcześniej. Jeśli interesuje was temat prymitywnej kuchni, to zachęcam do zapoznania się z treścią książki.