poniedziałek, 20 maja 2019

O podagryczniku zapomnianym warzywie w kuchni i apteczce użytecznym


 „Żeby tylko dożyć, aż będzie podagrycznik!” Zaczerpnięte z rosyjskiego powiedzenie znakomicie oddaje rolę, jaką dawniej ta roślina odgrywała. Minęło kilka stuleci i sytuacja jest zgoła odmienna. Teraz to nie dzikie warzywo i lekarstwo, a uciążliwy chwast.

Ziele podagrycznika było znane ludziom od bardzo dawna. Już neandertalczycy używali go do uśmierzania bólu stawów. Nazwa łacińska podagraria związana jest z jego właściwościami, ma leczyć podagrę, czyli chorobę objawiająca się bólem i zesztywnieniem stawów.

W nowoczesnym ziołolecznictwie roślina wykorzystywana bywa rzadko. Napar z ziela podagrycznika działa przeciwzapalnie i przeciwreumatyczne. Łagodzi objawy choroby, uśmierza ból stawów i ich sztywność. Zewnętrznie zalecany przy trudno gojących się ranach, oparzeniach oraz na użądlenia i ukąszenia owadów. Ma działanie odtruwające. Pomaga w oczyszczaniu organizmu, dlatego jest zalecany przy odchudzaniu i dla osób nieprzyjmujący leki. Jedzenie podagrycznika korzystnie wpływa na pracę przewodu pokarmowego jak i całego organizmu. Łagodnie uspokajający.

W kuchni zastosowanie podagrycznika jest równie stare i wszechstronne. Jako pożywienie wykorzystywali go Rzymianie. W czasach średniowiecza było to warzywo sprzedawane na targach i powszechnie spożywane. Znany w Europie i Azji. W Polsce jego znaczenie malało na przestrzeni wieków. Obecnie bardzo rzadko użytkowany.

Podagrycznik to bardzo pospolita roślina. Lubi cieniste, wilgotne i zasobne w próchnice miejsca. Ma charakterystyczny pietruszkowy zapach. Jadalna jest cała roślina, liście, łodygi i kłącza. Najlepiej podagrycznik zbierać wiosną przed kwitnięciem, jest wtedy miękki i ma łagodny smak. Starsze mają ostrzejszy smak, są bardziej gorzkie, aromatyczne i łykowate. Można je suszyć i używać jako przyprawy. Uważam podagrycznik za smaczne i wartościowe dzikie warzywo, chociaż nie wszystkim smakuje. Jest bogaty w minerały oraz witaminę C i prowitaminę A. 

Podagrycznik można jeść na surowo jako dodatek surówek. Gotowane jak warzywo, dodatek do wszelkich zup, sosów, deserów, sałatek, ryb, mięs. Młode, miękkie łodygi po ugotowaniu dają rodzaj ziołowego makaronu spaghetti. Podagrycznik razem z innymi dzikimi roślinami jest składnikiem smażonych placuszków i pesto, które często robię. Co roku kilka słoików kiszę i używam go później do zup.

W dobie wysokich cen warzyw, szczególnie pietruszki, ja korzystam z dzikich roślin. Podagrycznik świetnie ją zastępuje w kuchni. Nie dość, że za darmo, to jeszcze zdrowy. Kto nie zna, niech płaci.

piątek, 17 maja 2019

Łatwy do wykonania pojemnik z brzozowej kory



Nie jeden początkujący leśny ludzik marzy o własnoręcznie wykonanych pojemnikach z brzozowej kory. Proszę bardzo, oto podaję sposób jak go wykonać.

Większość pomysłów z serii, jak zrobić pojemnik, zakłada zginanie i szycie kory. Zdobycie odpowiedniego materiału jak i wykonanie może przysporzyć nam problemów. Znacznie prostsze do wykonania są pojemniki, w których nie musimy zginać (łączyć) kory. Na tyle proste, że dzieciaki są w stanie takie zrobić. Wykorzystujemy naturalne cechy brzozy. Co istotne, pojemniki w całości zrobione są tylko z martwych, spróchniałych pni. Wykonanie ich zabiera mało czasu, są szczelne, może nieco prymitywnie wyglądają, ale są praktyczne.

Z chwilą, gdy brzoza zamiera zaczyna się jej rozkład. Drewno jest miękkie, zawiera dużo wody, często jest atakowane przez różne owady i grzyby, szybko próchnieje. Kora jest tego przeciwieństwem. Jej mało atrakcyjna dla szkodników, rozkład trwa znacznie dłużej, gdyż praktycznie nie zawiera wody i nią nie nasiąka. Tworzy szczelną warstwę zewnętrzną chroniącą warstwy wewnętrzne. Pozostaje cały czas elastyczna. Wykorzystanie tych cech pozwala nam w łatwy sposób pozyskanie odpowiedniego materiału.


Do zrobienia pojemnika potrzebujemy: noża, piły i brzozy. Szukamy martwych drzew, z których można odciąć prosty, pozbawiony uszkodzeń fragment o długości naszego przyszłego pojemnika. Na początek bym nie przesadzał i zaczął od mniejszych pojemników, o średnicy około 5-10 cm i wysokości do 20 cm. Oczywiście można zrobić i większe, ale to wymaga też większego doświadczenia. Dobrym miejscem do poszukiwań materiału są bagna i miejsca podmokłe. Kilka z moich pojemników powstało z pni leżących w wodzie. Szukamy pni, których wnętrze jest spróchniałe, miękkie i włókniste. Odcinamy piłą równy fragment pnia i próbujemy ściągnąć korę. W naszych rękach powinna pozostać nieuszkodzona tuba z samej kory. Czasami wnętrze jest w takim stanie rozkładu że to, co pozostaje w środku można wyciągnąć lub wypchnąć. Resztki drewna przylegające do wewnętrznych ścianek tuby czyścimy nożem.


Drugi przypadek to znalezienie pni mniej spróchniałych. Najszybciej rozkładowi biologicznemu ulega warstwa miazgi. Ten nierówny w czasie rozkład powoduje poluźnienie struktur na styku kora-drewno i ułatwia ściągnięcie kory. Korę obstukujemy patykiem, następnie ściskamy mocno dłońmi i próbujemy obrócić wokół osi, gdy poczujemy, że się obraca zsuwamy ją z pnia. Tutaj uzyskujemy tubę z kory wraz z łykiem. Dzięki temu ścianki pojemnika będą grubsze i bardziej wytrzymałe.


Czyścimy wnętrze z resztek drewna i wyrównujemy krawędzie tuby. Nie powinny być one spękane.


Dalej to już z górki. Pozostaje nam wycięcie piłą dwóch drewnianych plastrów o grubości 1-2 cm i średnicy nieco większej niż wewnętrzna średnica pojemników. Jeden plaster na denko, drugi na wieczko.


Dopasowujemy dokładnie średnicę i ścinamy ich krawędzie lekko pod skosem tak, aby przy wciskaniu się blokowały. Za małe będą wypadać, zbyt duże spowodują pęknięcie kory i uszkodzenie pojemnika. Dobrym pomysłem jest przyklejenie denka na klej z sosnowej żywicy. Jeszcze lepszym przymocowanie na drewniane kołki. Nie jest to konieczne, ale jak ktoś chce dłużej używać pojemnika to warto. Drewno jak i kora schnąc kurczy się i odkształca. Powstałe szczeliny w razie potrzeby można uszczelnić również klejem. Dodatkowo można pojemnik wzmocnić poprzez owinięcie dołu i góry sznurkiem. W jaki sposób zrobić pojemniki z brzozowej kory innego typu opiszę przy następnej okazji.


Widzisz coś? Nie widzę... No widzisz :)

poniedziałek, 13 maja 2019

Groty strzał z ceramicznego izolatora energetycznego


Moje poszukiwania zakończyły się sukcesem. Sąsiad porządkował swoją działkę i wśród sterty śmieci wypatrzyłem stare, nikomu nie potrzebne ceramiczne izolatory energetyczne. Wzbudziły moje zainteresowanie ze względu na materiał. To porcelana charakteryzująca się doskonałą łupliwością. Obrabia się ją tak samo jak krzemień i podobne można uzyskać wyroby. Porcelanowe odłupki mają bardzo ostre krawędzie.


Przekonałem się o tym, gdy przez nieuwagę zahaczyłem kciukiem o krawędź izolatora.


Z ceramicznego izolatora zrobiłem trzy groty o różnych kształtach oraz mały nóż.


Do wykonania grotów, prócz dotychczas używanego zestawu narzędzi, użyłem Ishi stick. To rodzaj takiego większego retuszera. Przetestuję, to napiszę o nim więcej.

Prócz bieżących wyrobów staram się ogarnąć to, co zrobiłem zimą i w zeszłym roku. Uzbierało się tego jakieś kilkadziesiąt grotów, noży, ostrzy siekierek itd. Zrobię zdjęcia i będę je sukcesywnie zamieszczał we wpisach na blogu.

środa, 8 maja 2019

Kozackie szparagi w zalewie na ostro


Od kilku tygodni trwa sezon zbioru młodych przyrostów pałki wodnej. Warto pomyśleć o zrobieniu ich zapasów, na przykład w formie domowych przetworów w słoikach.


Kozackie szparagi w zalewie na ostro

Młode przyrosty pałki wodnej (kozackie szparagi) przebrać, oczyścić z wierzchniej, zdrewniałej warstwy, pokroić w kawałki i powkładać do wyparzonych słoików.
Zalewa na 3 kg pałki:
- 1 l wody
- 1 szklanka octu 10%
- 1 szklanka cukru
- 3 łyżki soli
- 1 łyżka ziaren pieprzu kolorowego
- 1 łyżka ziaren gorczycy
- ostra papryka w proszku wg uznania
- kilka łyżek oleju

Składniki zalewy (bez oleju) zagotować w dużym garnku. Gotować 5 minut. Gorącą zalać słoiki z pałką. Postukać słoikiem, żeby wyszły bąbelki powietrza. Na wierzch wlać po 1 łyżce oleju do każdego słoika. Następnie zakręcać, odwracać do góry dnem i pozostawić do wystygnięcia. Po kilku dniach można już próbować. Doskonale smakują jako przekąska, dodatek do sałatek lub innych dań.

niedziela, 5 maja 2019

Dzień na wyspie


Na mapach satelitarnych na Wiśle wypatrzyłem wyspę, na której jeszcze nie byłem. Wybrałem się tam, by ją poznać.
Spakowałem plecak, w samochód i po 16.00 stanąłem nad brzegiem Wisły. Pierwszy problem z jakim musiałem się zmierzyć, to jak się dostać na wyspę? Poszukałem dogodnego miejsca do przeprawy. Próbowałem najpierw przejść odnogę Wisły w spokojniejszym miejscu. Po kilku metrach było już za głęboko. Okazało się, że jedyna możliwość to przepłyniecie wpław. Rozebrałem się, zawinąłem wszystkie graty w plandekę i z takim tobołem przepłynąłem na drugi brzeg.


Woda była spokojna i nawet ciepła jak na tą porę roku, także kąpiel była przyjemnością. Adrenalina dodatkowo zrobiła swoje. Po wydostaniu się na brzeg ubrałem się, zarzuciłem plecak i dalej w głąb nieznanej mi zupełnie wyspy. W nadziei na przygodę, odkrywać i odpoczywać. Mam też plany, może się okaże, że spodoba mi się na tej wyspie i będę częściej na nią powracał?


Szukanie miejsca na nocleg to kolejne zadanie. Po kilku pierwszych krokach zauważyłem, że wyspa jest bardzo dzika. Porośnięta plątaniną drzew i roślin, które bardzo utrudniają marsz i orientację. To ostatni moment na bliższe poznanie tej wyspy. Później trzeba czekać aż do jesieni. O ile poziom wód nie będzie zbyt wysoki. Myślę nad czymś pływającym, to rozwiązało by wiele problemów logistycznych. Obieram kierunek, chce przedostać się na drugą stronę wyspy. Nieliczne ścieżki zwierząt zaczynają się i nagle kończą. Nagle widzę uciekającą klempę, a kilka metrów obok w trawie stoi para młodych łoszaków. Pewnie niedawno przyszły na świat, jeszcze ledwie trzymają się na nogach, piszczą przywołując matkę. Pstrykam jedno zdjęcie i w pośpiechu odchodzę.


Nie uszedłem kilkudziesięciu metrów gdy wszedłem na stado dzików. Krzyknąłem ostrzegawczo, zatrzymały i z niedowierzaniem przyglądają. Człowiek, co on tutaj robi?  Zdałem sobie sprawę, że ta wyspa jest ostoją dzikiej zwierzyny i nie powinienem się teraz tutaj kręcić.


Do wieczora dotarłem na drugi brzeg i na koniec wyspy. Poszukałem miejsca na nocleg, rozłożyłem graty, zjadłem kolację i wcześniej się położyłem spać. Byłem zmęczony. Jak na jedno popołudnie przygód miałem dużo.


Nie licząc bobra trzaskającego kielnią o taflę wody noc była bardzo spokojna. Poranna mgła szybko się podnosiła i zapowiadał się piękny dzień.


Po śniadaniu wykopałem studnię i zbudowałem kamienny piec do wypieku chleba.

Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale miałem zamiar zostać kilka dni. Niestety plany moje krzyżowała natura. Ślady stóp jakie pozostawiłem rano na brzegu Wisły szybko zalewała woda. Przybór był niepokojąco szybki. Zastanawiałem się robić dalej?

Z tą myślą spakowałem sprzęt i poszedłem zwiedzać wyspę. Wyspa jak już wspomniałem wcześniej wygląda na dziką na którą rzadko zagląda człowiek. Piękny obraz natury psują niestety śmieci przyniesione przez wodę. Są nie tylko na brzegu, ale praktycznie na całej powierzchni wyspy, także w miejscach wyżej położonych. Wyspę zamieszkują liczne gatunki zwierząt i ptactwa, część udało mi się zobaczyć. Mnóstwo śladów ich bytności na całej wyspie, raj dla ludzi kochających obserwowanie przyrody. Znalazłem grzyby i dzikie rośliny jadalne.


 W jednym miejscu natknąłem się na dość dużą polanę opanowaną przez rdestowca. Osiąga on tu gigantyczne rozmiary, uschnięte okazy miały ponad 4 m wysokości! Ponieważ kończyła mi się woda pitna pozyskałem ją z łodyg rdestowca. Dobre i kilka łyków.


Po kilku godzinach łażenia powróciłem do obozu. Woda w Wiśle dalej przybierała, od rana około 1 m. I wszystko wskazywało, że ta tendencja dalej się utrzyma. To oznaczało, że gdy zostanę dłużej mogą mnie czekać problemy z przeprawą w drodze powrotnej. Podjąłem decyzję, że ma co ryzykować i niestety trzeba wracać. Wcześniej niż planowałem, ale za to bez niepotrzebnego ryzyka.

Na wyspę pod koniec lata ponownie wrócę. Miejsce mi się spodobało. Wisła to przepiękna rzeka. Wyspa jest bardzo duża i jak dla mnie daje ogrom możliwości. Stosunkowo blisko, spokojnie, jest gdzie się zaszyć i odpocząć. Jakbym jeszcze dmuchańca kupił, to wszystkie porty moje. Zawijam gdzie i kiedy tylko chcę :)

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Leśna kuchnia. Burgery, pędy chmielu z sadzonym jajkiem oraz racuchy z rdestowcem przygotowane na kamiennej płycie na ognisku.


Płaski kamień, który ostatnio użyłem do pieczenia pizzy, posłużył mi tym razem, jako płyta grzewcza. Takie rozwiązanie doskonale się sprawdza w zastępstwie klasycznej metalowej patelni. Możliwości jest bardzo dużo. Ja przygotowałem trzy dania: burgery, pędy chmielu z sadzonym jajkiem oraz racuchy z rdestowca.

Burgerów nigdy wcześniej nie robiłem, ostatnie jadłem kilkanaście lat temu w barze i średnio mi smakowały. Unikam jedzenia typu fast food gdyż źle wpływa na moje zdrowie. Czasem jednak robię wyjątki :) Zrobiłem coś na kształt mini stolika. Duży płaski kamień oparty jest na dwóch mniejszych. Kamienna płyta ma około 3 cm grubości i szybko się nagrzewa. Po kliku minutach palenia powierzchnia osiąga wystarczającą temperaturę, aby można było na niej smażyć lub piec. Najpierw usmażyłem mięsny wkład do burgerów. Kamień wchłonął znaczną cześć tłuszczu wytopionego z mięsa, można powiedzieć, że burgery były prawie light :) Później ser, bułka i pozostałe dodatki. Pomimo prostoty wykonania i dobrego smaku burgery średnio mi pasują do leśnej kuchni. Jakoś za kolorowo, za dużo składników i ciężko zjeść taką powiększoną kanapkę, aby coś nie spadło na ziemię. W zasadzie wszystkie składniki są sklepu, z dzikich roślin dałem jedynie liście tasznika. Można zrobić bardziej dziką wersję tego dania, ale dla mnie istotny był sposób przygotowania.


Kolejne danie to kilka cienkich plastrów podsmażonego mięsa, wiosenne pędy chmielu i sadzone jajko. Młode pędy chmielu nazywane są niekiedy dzikimi szparagami i podobnie się je przyrządza. To bardzo smaczna i wartościowa dziko rosnąca roślina. Cóż więcej? Na kamień i samo się robi.


Racuchy rzadko gościły w mojej kuchni, ale po zjedzeniu tych rdestowcem postanowiłem to naprawić. Receptura tradycyjna - drożdżowe ciasto plus drobno pokrojony rdestowiec. Chwast ten świetnie zastępuje rabarbar, rośnie dziko i poza tym jest dostępny w okresie, gdy nie ma owoców. Ciepłe, pachnące racuchy, do tego odrobina melasy z trzciny cukrowej i kubek mleka. Świat po zjedzeniu takich pyszności jest zdecydowanie piękniejszy :)

sobota, 27 kwietnia 2019

Lody z rdestowca


Ciepło jest i loda by się zjadło :) Nie mam czasu przesiadywać za długo w kuchni. Zrobiłem na szybko porcję lodów w prosty sposób.

Młode pędy myjemy, pozbawiamy listków i skórki. Miksujemy na drobno i zasypujemy cukrem. Odstawiamy na 2 godziny do lodówki. Śmietankę kremówkę 30% albo jogurt typu greckiego ubić na pianę, dodawać stopniowo zmiksowany rdestowiec z cukrem. Przelać do pojemnika i odstawić na kilka godzin do zamrażarki. Pyszny, lekko kwaskowy smak.