niedziela, 23 kwietnia 2017

Tytanowe krzesiwo - pierwsze próby


Przed kolejnym wyjazdem w góry postanowiłem maksymalnie odchudzić swój ekwipunek. Walczyłem o każdy gram i centymetr. Duży i ciężki plecak to udręka w czasie wędrówki, zwłaszcza w trudnym terenie. Jedną z rzeczy, które wówczas zrobiłem była  wymiana naczyń stalowych na tytanowe, odciąłem też ucho w tytanowym kubku, zawsze to kilka gram mniej do dźwigania. Podczas cięcia tytanowego ucha w kubku na szlifierce stołowej powstawały duże ilości jasnych iskier. Już wtedy, prawie 10 lat temu, pomyślałem nad możliwością zrobienia krzesiwa z tytanu, które by działało tak jak tradycyjne stalowe. Skoro z tytanu powstają gorące iskry, jaśniejsze niż przy krzesiwie stalowym, to dlaczego miały by one nie zapalić hubki? Teoretycznie krzesiwem tytanowym dającym iskry o wyższej temperaturze powinniśmy zapalić hubki o wyższej temperaturze zapłonu. O ile wyższej, jakie hubki i czy teoria znajdzie potwierdzenie w praktyce, to wymagało sprawdzenia.

Do prób użyłem tytanowej patelni turystycznej, uderzałem mocno rantem patelni o krzemień, iskry były co prawda jasne, ale skrzesałem ich bardzo mało w porównaniu do krzesiwa stalowego. Materiał, z jakiego była wykonana patelnia, był zbyt miękki, by używać go tak samo jak krzesiwa tradycyjnego. Zniechęcony odłożyłem temat tytanowego krzesiwa.

Kilka lat później przeczytałem ciekawy artykuł o pożarach w USA powstałych w trakcie gry w golfa. Nie był to jednorazowy przypadek, kilkadziesiąt hektarów spłonęło. Sucha roślinność kortów zapaliła się od iskier powstałych w wyniku uderzenia kijem golfowym o kamieniste podłoże.  Kije golfowe powlekane tytanem bądź wykonane ze stopu tytanu przy uderzaniu o kamienie mogą być źródłem iskier o temperaturze do 1500C i spalają się dłużej niż 1 sekundę! Tytan gwałtownie reaguje zarówno z tlenem jak i azotem z powietrza. To wystarczająca energia do zapłonu suchej trawy czy liści.

Kilka miesięcy temu, na forum www.bushcraftusa.com. przeczytałem recenzję krzesiwa tytanowego wykonanego przez Vladimira Zubkowa z Rosji. Post jest ze 4 stycznia 2015 roku, zatem można uznać to za nowinkę w temacie ognia. Wnioski płynące z testów były bardzo zachęcające, krzesiwo tytanowe wytwarza iskry o temperaturze 700 do 800 stopni wyższe niż zwykły napastnik ze stali węglowej. Porównajmy, krzesiwo tradycyjne stalowe umożliwia skrzesanie iskier o temperaturze ok. 800C, krzesiwo tytanowe ok. 1600C, a krzesiwo syntetyczne ok. 3000C. Ponieważ iskry z krzesiwa tytanowego mają wyższą temperaturę niż iskry powstające przy uderzaniu krzesiwem tradycyjnym o krzemień, możliwe jest użycie hubek o wyższej temperaturze zapłonu. Liczba dostępnych hubek jest też dużo większa. Nie będę przepisywał listy hubek, które inni sprawdzili i działają, innym razem się tym zajmę po tym jak sam je przetestuję. Dotychczas z krzesiwem tytanowym sam używałem jedynie zwęglonej bawełny. By skrzesać iskrę tytanowym napastnikiem trzeba mocniej uderzać, ponieważ tytan nie jest tak twardy jak wysoko zahartowana stal, nawet po utwardzeniu czy przy stopach tytanowych.

Napisałem do Vladimira by wykonał dla mnie jedno krzesiwo tytanowe, lecz odmówił tłumacząc, że krzesiwa są dopiero na etapie testów, był niezadowolony z małej ilości krzesanych iskier. No cóż, cierpliwie poczekam na krzesiwo od niego. Pozostało mi samemu poszukać materiału na krzesiwo.
Tytan jest rzadko spotykanym metalem, bez porównania do wszędobylskiej stali. Ze względu na wysoką wytrzymałość mechaniczna i odporność na korozję tytanu używa się zwykle w stopach z innymi metalami. Dla przykładu tytanu używa się w przemyśle lotniczym, sportów ekstremalnych (np. rowery, sprzęt wspinaczkowy), ale i do zastosowań domowych (np. podgrzewacze wody, prostownice do włosów). Nie każdy wyrób z tytanu nadaje się do skrzesania skier, to tak jak ze stalą. Do moich prób potrzebowałem tytanu o wysokiej twardości.

Z pomocą przyszedł kolega, który przysłał mi kawałek blaszki tytanowej, czy to jest czysty tytan, czy stop trudno powiedzieć. Pierwsze próby i szybkie rozczarowanie, mało iskier, które trudno ukierunkować i złapać na hubkę. Uderzałem o krzemień, kwarcyt, radiolaryt, pomyślałem, ze zmiana materiału krzesaka coś pomorze. I był to trop we właściwym kierunku. Po kilku próbach najlepszym rozwiązaniem okazało się uderzanie tytanową blaszka o posadzkę wyłożoną terakotowymi płytkami. Czyli nie ostra krawędź krzemienia, a płaska i dość gładka płytki. To jest zrozumiałe, trudno oderwać pod wpływem uderzenia o ostrą, twardą krawędź miękki metal. Zdeformujemy go prędzej, a jeśli już to wiór będzie miał za małą energię początkową. Ważny jest rozmiar powstających wiórów jak i prędkość. Uderzanie tytanową blaszką o powierzchnię płytki posadzkowej z dużą prędkością powoduje znaczne tarcie, rozgrzanie do wysokiej temperatury i efekcie oderwanie od krawędzi blaszki małych, tytanowych wiórów. Mają one na tyle dużą energię, że ulegają zapłonowi.

Sukces w 100%, dużo iskier, długo się żarzących, hubka bez problemu chwyta iskry i ulega zapłonowi. Technika nie najłatwiejsza, ale jak najbardziej powtarzalna. Z tytanowej blaszki i małego kawałka terakotowej płytki zrobiłem zestaw do krzesania o dość niecodziennym wyglądzie, raczej nikt by nie podejrzewał do czego może to służyć. Pozostaje mi przetestowanie możliwości tytanowego krzesiwa z rożnymi hubkami. A gdy dorwę kawałek tytanu, z którego da się zrobić krzesiwo o bardziej klasycznym wyglądzie i technice krzesania, to zdam relację.

Krótki film z testów tytanowego krzesiwa:  https://www.youtube.com/watch?v=Yk8hMdw4vnU

wtorek, 18 kwietnia 2017

Jak zrobić gwizdek z metalowej łuski po naboju


Z metalowej łuski po naboju można wykonać kilka przydatnych gadżetów, między innymi gwizdek.
Krótka instrukcja jak wykonać taki gwizdek.

Do dyspozycji miałem kilka łusek różnej wielkości, wybrałem dwie największe i z nich zrobiłem gwizdki.

Zwężającą się końcówkę łuski (linia cięcia zaznaczona czarnym markerem linią przerywaną) odcinamy. Brzegi po cięciu trzeba wyrównać. W warunkach survivalowych i braku wszelkich narzędzi typu, pilnik czy piłka do metalu, końcówkę ścieramy na kamieniu.



W odległości ok. 1-1,5 cm od ustnika robimy wcięcie o kształcie jak na zdjęciu obok. Wycięcie przypomina literę ''V'' lub ''U''. Nie może ono sięgać głębiej niż do połowy średnicy łuski.
Jeśli nie posiadamy narzędzi otwór uzyskamy pocierając o ostrą krawędź kamienia, krawężnika czy betonowej płytki.
Docinamy gałązkę (zatyczkę) o średnicy wewnętrznej łuski i długości ok. 1-1,5 cm. Ja docinam odrobinę dłuższą zatyczkę, a po dopasowaniu średnicy skracam ją na równo z ustnikiem. Zatyczka musi być dokładnie dopasowana, tak bym nam nie wypadała z łuski. Od góry ścinamy zatyczkę na płasko do ok. 1/4 -1/3 wysokości. Patrz zdjęcie obok.

Bez piłki, siekiery czy noża też da się to zrobić.

Przyciętą drewnianą zatyczkę wsuwamy w łuskę. Koniec zatyczki w środku ma się pokrywać z początkiem wycięcia w metalowej łusce. Całość po złożeniu powinna wyglądać ja na zdjęciu obok.  Teraz spróbujcie zagwizdać. Głos powinien być czysty i przenikliwy.

Dźwięk, jaki wydawać będzie nasz gwizdek zależy od wielkości łuski, kształtu i rozmiaru wycięcia oraz zatyczki. Wsuwając i wysuwając zatyczkę płycej lub głębiej można w pewnym stopniu regulować jego brzmienie. Podobnie jest z zatyczką to, na jaką wysokości ją przetniemy, będzie miało wpływ na głos naszego gwizdka. Gdyby zatyczka wypadała to możemy ją przykleić.

Do gwiazdka warto dorobić zawieszkę do zawieszenia na szyi. Masz teraz super taktyczny gwizdek. Ciesz się z nowej zabawki i gwiżdż na wszystko :)

czwartek, 13 kwietnia 2017

Pikle i marynowany rdestowiec


Młode pędy, na popędy :) Oczywiście mam na myśli popęd skierowany ku dzikim roślinom jadalnym.

Posmakował mi wielce kwaśny smak rdestowca. A że teraz jest sprzyjający okres zbioru jego młodych, delikatnych pędów, to wykorzystuje go w kuchni do rożnych dań oraz robię z niego przetwory. Pikle z rdestowca, marynowane pędy w różnych zalewach, chińszczyzna, stir-fry, ciasta, musy, lody i napoje. Ja się rdestowca nie boję :) Oto kilka przepisów na dziś.

Pikle z pędów rdestowca
Najlepiej wybierać pędy młode, o grubości palca, które są delikatne i mało włókniste. Starsze pędy trzeba obrać z włóknistej skórki. Pędy myjemy, pozbawiamy listków i kroimy na 1 cm długości plasterki. Wkładamy do słoików i zalewamy zalewą. Zalewę robimy klasyczną gotując 4 części wody z 0,5 częściami octu 10% plus cukier, sól i kilka ziarenek gorczycy do smaku. Ciepłą jeszcze zalewą zalewamy pokrojone pędy rdestowca. Do każdego słoika dodajemy ziele angielskie i liść laurowy. Szczelnie zakręcamy słoiki i pasteryzujemy 3-5 minut. Inny sposób to zalanie wsadu bardzo gorącą zalewą.

Podobnie można zrobić pikle z pędów rdestowca z dodatkiem czosnku, ostrej papryczki lub pieprzem. Zamiast octu spirytusowego warto użyć własnego wyrobu octu jabłkowego lub innego. W końcu skoro tyle tego octu narobiliśmy, to trzeba coś z niego zrobić :)


Egzotyczne pikle z rdestowca
Na dnie każdego słoika umieścić kilka ziaren kardamonu, anyżu i goździków. Pocięte na kawałki pędy rdestowca ułożyć w słoiku. Zalewę robimy mieszając w proporcji 1:1 ocet jabłkowy z wodą, dodajemy cukier do smaku, pocięty na plasterki imbir i odrobinę soli. Chwilkę pogotować a następnie gorącą zalewą zalewamy słoiki. Nie pasteryzujemy, po 2 dniach można już próbować. Najlepiej spożyć w ciągu 2-4 tygodni. Przechowywać w lodówce.


Marynowane pędy rdestowca
Młode pędy rdestowca myjemy, pozbawiamy listków. Co wrażliwsi mogą dodatkowo obrać ze skórki. Upychamy w słoiku i zalewamy zalewą tak, by wsad był zakryty. Zalewa najprostsza z możliwych, na 4 części wody dajemy 0,5 części octu 10%, sól i cukier do smaku, 1 liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego i  pieprzu. Gotujemy i przestudzamy. Pasteryzować krótko, 3-5 minut, by się nie rozpadło. Jak ktoś lubi, można fantazjować z innymi zalewami i dodatkami.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Rok poszukiwacza roślin - kwiecień


Zielono zrobiło się w lasach, na polach i łąkach. Opady deszczu i wyższa temperatura powodują szybki rozwój roślin. Z dnia na dzień rozwijają się nowe pąki, liście, kwiaty itp. Wiosna to intensywny okres dla zbieracza, obfitość młodych, delikatnych liści oraz kwiatów, ale nie tylko.

Wykaz gatunków dzikich roślin jadalnych zacznę od korzeni, gdyż dadzą nam najwięcej energii. Niedługo z korzeni wyrosną nowe rośliny także trzeba się ich zbiorem pospieszyć. Dalej można zbierać prawie wszystkie korzenie, kłącza i bulwy roślin, które wymieniłem w marcu. Wyjątkiem jest świeżąbek, na którego zbiór jest już za późno. W kwietniu zbieramy korzenie i bulwy: chmielu, chrzanu, czyśćca błotnego, dzikiej marchewki, dzwonka jednostronnego, groszku bulwiastego, łopianu, mniszka, pałki, paproci orlicy, pasternaku, perzu, pięciornika gęsiego, sitowia, tataraku, topinamburu, trzciny, wiesiołka, ziarnopłonu i złoci.

W dalszym ciągu można pozyskiwać sok z brzozy, chociaż nie wszędzie. To już końcówka sezonu. W miejscach nasłonecznionych brzozy wypuściły liście i sok przestał lecieć. Prócz brzozy w kwietniu można pozyskać sok z grabu, chociaż nie jest on taki słodki.

Surowce na herbatki: pędy malin, jeżyn, sosny, świerka, jodły, borówki, czeremchy, brzozy dostępne są przez cały rok.

Od marca podrosły znacznie niektóre rośliny, np. pokrzywa już nie jest wcale taka malutka. Piękne rozety liści ma mniszek (są teraz mniej gorzkie), inne jak np. żywokost czy rdestowiec dopiero wychodzą z ziemi. Pędy chmielu pną się w górę, to takie dzikie szparagi. Bluszczyk nie jest jeszcze tak aromatyczny jak podczas kwitnięcia, ale też można już go zrywać. Na przechadzce warto skubać młode listki i próbować je jeść na surowo. Z zebranych i opłukanych robimy surówki, zupy, przekąski itd. Młody rdestowiec i podagrycznik przetwarzam na zimowe zapasy. 

Liście poziomki zaczynają u mnie sezon na fermentowane herbatki. Te zebrane w późniejszym okresie już nie są takie ładne.

Jadalne młode liście, pąki, ogonki liściowe i ziele w kwietniu ma: arcydzięgiel, babka, barszcz zwyczajny, biedrzeniec, bluszczyk kurdybanek, bratek, brzoza, buk, chmiel, chrzan, cykoria, czosnaczek, czosnek niedźwiedzi, dzięgiel leśny, dzika marchewka, dziki szczypiorek, dziurawiec, głóg, gwiazdnica, jabłoń, jasnota biała i purpurowa, koniczyna, krwawnik, lipa, łopian, mięta, mniszek, niecierpek, ostrożeń, pałka, perz, pięciornik gęsi, pokrzywa, podagrycznik, porzeczka, przetacznik, poziomka, przytulia, rdest, rdestowiec, rukiew, rzeżucha, sitowie, skrzyp, stokrotka, szczaw, szczawik zajęczy, tasznik, trybula, wyka, ziarnopłon,  żywokost.

Jadalne kwiaty ma: podbiał, fiołek, jabłoń, jasnota, mniszek, stokrotka, klon, pod koniec kwietnia powinny być już pierwsze kwiatostany sosny. Z kwiatów robię syropy, parzę herbatki, smażę w tempurze lub dodaje do sałatek i deserów. Pyszne są kwiatostany sosny, w surówce czy w czekoladzie.

Wybierając się na zbiory na zbiory w kwietniu trzeba dobrze zaplanować co chce się zbierać, gdyż spontaniczne zbieranie wszystkiego, co oczy wypatrzą, może się źle skończyć :)

środa, 5 kwietnia 2017

Bushcraftowe krzesełko


Rzecz idzie o to, byśmy mieli na czym wygodnie usiąść w lesie przy ognisku. Kamienie, kłody, gałęzie, uschnięte trawy, mech itp., które robiły za prowizoryczne siedziska znudziły mi się. Dobre są na jeden raz, ponieważ wymagają niewielkiego nakładu sił i czasu. Z kolei noszenie składanego krzesełka zakupionego w sklepie całkowicie odpada, to nie w moim stylu.

W naszym stałym obozowisku, w którym organizujemy szkolenia jak i sam często przebywam, zapragnąłem mieć wygodne i przenośne krzesełko. Tak by można było się oprzeć, nogi nie były podkurczone, siedzisko było suche i nic nie uwierało. Krzesełko proste w budowie i wykonane z naturalnych materiałów. I takowe powstało, z kilku gałęzi połączonych jutowym sznurkiem i korzeniami sosny. Żadne drzewko przy tym nie ucierpiało, wykorzystałem kilka gałęzi ze ścinki większych drzew z oczyszczania lasu. Nie użyłem ani jednego gwoździa, wkręta czy śrubki. Potrzebowałem składanej piłki, siekierki, noża i kilku metrów naturalnego sznurka. Do tego pomysłowość i odrobina chęci. W razie potrzeby krzesełko można zrobić też za pomocą samego noża.

Są różne wersje krzesełek wykonanych z gałęzi, na zdjęciu widoczne są dwie. Ogólnie wykonanie krzesełka opiera się na zrobieniu z czterech gałęzi dwóch liter V, a następnie połączeniu ich szerszymi końcami pod kątem około 90 stopni. Pionową ramę w kształcie litery V wzmacniamy dwoma poprzeczkami pomiędzy którymi poziomo umieszczamy końce drugiej ramy. Pod poprzeczki warto w grubszych gałęziach zrobić nacięcia. W cieńszych nie robimy nacięć, tylko przewiązujemy sznurkiem. Pionowa rama stanowi oparcie dla pleców, końce poziomej ramy to konstrukcja pod siedzisko, na której kładziemy krótsze gałęzie. Ja nie przywiązywałem ich, są luźno ułożone, ale można je przywiązać. W wersji najprostszej oparcie pleców stanowi rama wykonana z dwóch gałęzi, można ją wypełnić  poziomymi lub pionowymi poprzeczkami. Krzesełko wykonane z cieńszych gałęzi warto wzmocnić dodatkowo przywiązując z tyłu podpórkę, połączy w ten sposób końce obu ram.


Na bushcraftowym krzesełku wygodnie się siedzi, daje dobre oparcie zmęczonym plecom. Bytowanie w lesie nie oznacza wcale rezygnację z wygód. Krzesełko to przydatna rzecz.



piątek, 24 marca 2017

Małe co nieco z ogniska

Lubicie pieczonego węża z ogniska? A może skusicie się na  soczystego steka z rakiety? Czy preferujecie rośliny, np.duszone na parze bulwki pięciornika gęsiego z liśćmi czosnaczku? Jakby ktoś był głodny, to jeszcze są inne dania. Mam nadzieję, że pomożecie mi to wszystko zjeść? Tak, wyszło tego dużo.

Dawno już nie piekłem na ognisku węża, chleba indiańskiego ani robinsonki, to powolutku nadrabiam. Pieczony wąż to nic innego jak ciasto podpłomykowe uformowane w wałek i oplecione na kiju. Do smaku dodałem przy wyrabianiu ciasta suszonej i sproszkowanej kani. Wyborne w smaku pieczywo o grzybowym posmaku. Kolejnym razem upiekę węża ziołowego i z bakaliami na słodko. Z ciasta podpłomykowego upiekłem na rozgrzanym kamieniu kilka podpłomyków, nic niezwykłego. Podpłomyki ze zwykłej mąki szybko się nudzą, dobrze jest dodać coś do smaku. W żarze, po dodaniu popiołu upiekłem popielaki, czyli podpłomyki z dodatkiem popiołu z ogniska. Ciekawy aromat i smak, niczym paluszki. Smakują mi bardziej, niż zwykłe podpłomyki. Dużo pieczonych bulw i korzeni, gdyż niedługo będzie kilkumiesięczna przerwa, wiosna przyszła i tylko patrzeć jak z bulw wyrosną młode rośliny. W zakopanym żarze ogniska upiekłem trochę korzeni i bulwy topinamburu, wiesiołka, chmielu i pałki wodnej. Na wiosnę są najlepsze, słodkie i mączyste, po prostu pychota. Mniejsze bulwy, świerząbka i pięciornika, piekłem zawinięte w liście szczawiu i wierzbowe łyko. Na słodko były podane kłącza trzciny opiekane nad ogniskiem. Mięsne dania również, dwa steki wołowe, jeden upieczony na uplecionej, wierzbowej rakiecie, a drugi bezpośrednio na żarze.


Miałem jeszcze gorącą herbatę do popicia, bo dzień zimny i wietrzny. Wszystkiego rzecz jasna nie zjadłem przy ognisku, zabrałem resztę do domu. Teraz zastanawiam się, co przygotować na kolejne ognisko.

Film: https://www.youtube.com/watch?v=m9Zo6a7sXPA

sobota, 11 marca 2017

Szałas tipi i zimowe szkolenie 7 dni w lesie












Na zdjęciach śnieg widać, to z zimowego szkolenia, dopiero teraz wrzucam. Nie nadążam z niektórymi wpisami, takie życie, ale szałas dalej stoi :)

Budowa nowego szałasu był konieczna z kilku względów, tylko jednym z nich było zadbanie o dobre warunki dla uczestników zimowego szkolenia. Ujemne temperatury w nocy, następnie odwilż, mgła i duża wilgotność powietrza. W kolejnych dniach intensywne opady deszczu i silny wiatr. Szałas podczas takich warunków sprawdził  się doskonale. Nic nie przeciekało, w środku było ciepło i przytulnie. Tak naprawdę, to nie chciało się z niego wychodzić. Z konieczności tylko po wodę, jedzenie, opał no i na warsztaty :)
A noc spędzona w takim szałasie, ech ....  ,co Wam będę opowiadał.


Nasze leśne tipi można porównać do hotelu, w porównaniu z innymi naturalnymi schronieniami, jest naprawdę  komfortowe. Zamknięte z czterech stron z wejściem zasłanianym dodatkowo wełnianym kocem. Uszczelnione grubą warstwą ściółki by wiatr ani deszcz nie wnikał do środka szałasu. A w środku wygodne posłania i ognisko. ''Jak takie warunki, to ja nie 7 dni, a na 3 miesiące chcę tu zostać'' :)
I nie są to bynajmniej moje ani Katarzyny słowa.
Jak wyglądała budowa takiego szałasu. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy to wybraliśmy miejsce. Przede wszystkim, równe, suche i przepuszczalne podłoże. Druga rzecz to dobre osłonięcie od wiatru i deszczu. Ustalenie z której strony wieją najczęściej wiatry, by wiedzieć gdzie zrobimy wejście do szałasu. Konstrukcja szałasu wynikała z warunków jakim ma sprostać.
Początkowo myślałem o innym typie szałasu, ale zamarznięta ziemia zmusiła nas do budowy tipi. Wybraliśmy miejsce pośród młodych sosen, których gałęzie były dodatkową osłoną przed deszczem. Wspólnie ustaliliśmy jakiej wielkości ma być szałas, na ile osób. Po oczyszczeniu miejsca wyznaczyliśmy zarys podstawy szałasu. Na jednej tyczce o rozwidlonym końcu oparliśmy jeszcze dwie proste, tak by stworzyć zarys schronienia. Dokładaliśmy tyczki, w większości suche, zagęszczając szczelnie konstrukcję. Na koniec przyrzuciliśmy na wierzch ściółkę (z rozbiórki starego szałasu, jak większość materiałów) i dokładnie uszczelnili by nie było prześwitów.

Wejście zasłoniliśmy kocem. W kolejnych dniach konieczne okazało się dalsze uszczelnianie poszycia szałasu ze względu na to, że ściółka wysychała i osiadała. Budowa tipi poszła bardzo sprawnie (jakieś kilka godzin). Zanim zapadł zmrok w środku paliło się już ognisko, mieliśmy zrobione posłania i zgromadzony opał. Gorąca herbatka i dużo opowieści na dobranoc. Moc wrażeń i zmęczenie bierze górę, oczy się same zamykają. Przykryty ciepłym kocem wpatrujesz się w ognisko i po chwili zasypiasz.


Więcej o zimowym szkoleniu 7 dni w lesie można poczytać na blogu Katarzyny oraz Rafała:
http://wmiejskiejkniei.blogspot.com/2017/03/7-dni-w-lesie-luty-2017.html