niedziela, 18 lutego 2018

Dwa noże własnej oprawy i pochwy z brzozowej kory

Mam kilka noży, których używam na co dzień i na swoich wypadach. To jedne z milionowych produkcji wychodzących spod matrycy, bez żadnego charakteru i cech indywidualnych. Wszystkie dokładnie takie same, równe, szlifowane i błyszczące. Nawet te od nożorobów, robione pod zamówienie jakoś mnie nie urzekły. Poza pomysłem, z różnym efektem zrealizowanym, nic więcej mojego w nich nie ma.



W leśnym ekwipunku brakowało mi noża, którego wygląd wskazywał by na całkowicie ręczną robotę. Ma mieć surowy wygląd i być funkcjonalny. Z głownią wykutą przez kowala, pozostawionymi ze śladami po młotkowaniu i nagarem. Z prostą drewnianą rękojeścią i pochwą ze skóry lub kory.


Robienie noży to duża przyjemność, tym bardziej ochoczo przystąpiłem do realizacji pomysłu. Głowni nie robiłem sam, zleciłem tą robotę fachowcom. Po kilku poprawkach osiągnąłem kształt, który mnie zadowalał. Pozostało mi ich oprawienie i wykonanie pochew. Proste rękojeści zrobiłem z brzozy karelskiej. Spodobała mi się struktura tego drewna. Pochwy wykonane są z kory brzozowej. Pierwsza to połączenie kory brzozowej i miękkiej skóry jeleniej. Podwójna warstwa kory, klejona i szyta plus wklejka skórzana na głębokość rękojeści. Pochwa jest bardzo sztywna, wytrzymała, doskonale trzyma nóż. Druga, wzorowana na tradycyjnych wyrobach Lapończyków, jest wypleciona z pasków kory brzozowej. Zdecydowałem się na splot skośny z pojedynczej warstwy pasków. Ostrze chronione jest przez olchową wkładkę, zapobiega to przecięciu pochwy. Całość nie dość, że jest praktyczna to jeszcze pięknie się prezentuje w leśno-bushcraftowych klimatach.


Może się wydawać, że zastosowanie brzozowej kory na pochwę to kiepski pomysł. Ładnie co prawda wygląda, ale jest mało trwała, miękka, ulegnie przecięciu i zniszczeniu. Pewnie szybko będziemy musieli zrobić nową. Nic nie szkodzi, materiału w lesie nie brakuje. Naturalne materiały nie są tak odporny jak tworzywa sztuczne, ale traktujmy to jako zaletę, a nie wadę. Zastanówmy się, czy rzeczywiście potrzebujemy materiału, który ulegnie rozkładowi za 1000 lat?

Pleciona pochwa z pasków kory nie wyszła mi tak, jak bym chciał. Splot jest za luźny. Źle, że nie zrobiłem jej z podwójnej warstwy pasków. W maju lub czerwcu spróbuje zrobić nową pochwę ze świeżej kory. Spodobała mi się praca w tym materiale. Zostało jeszcze kilka kawałków. Pomysły na zagospodarowanie są również.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Pojemniki z łodyg bzu


Dziki bez ma łodygi z miękkim, gąbczastym wnętrzem, które można usunąć np. cienkim i długim patykiem. Wyszukuję łodyg, które po jego usunięciu mają stosunkowo dużą średnicę wewnętrzną, a cienkie ścianki. Jak widać na zdjęciu poniżej uschnięte gałęzie mają cieńsze ścianki i więcej miękkiego rdzenia. Pojemnik z nich wykonany będzie miał większą pojemność ale i mniejsza wytrzymałość. Poszukajmy łodyg, z których uzyskamy pojemnik o poszukiwanej pojemności. Po zatkaniu końców z takiej łodygi uzyskamy szczelny, niewielki pojemnik np. na sól, igły itp. Korek najczęściej robię z topolowej lub sosnowej kory.

Pojemniki z łodyg bzu, które robię mają przeciętnie 10-15 cm długości i średnicę zewnętrzną ok. 2 cm. Są więc mniejsze niż te wykonane z łodyg rdestowca, ale za to bardziej wytrzymałe. Poza tym dziki bez łatwiej znaleźć w terenie, jest to bardzo pospolicie występująca u nas roślina.


czwartek, 8 lutego 2018

Jak zrobić krzesiwo tradycyjne z pilnika?


Pisałem już w jaki sposób zrobić krzesiwo tradycyjne z pilnika. Dzisiejsza modyfikacja polega na wywierceniu otworu we fragmencie z rękojeścią. Ta część pilnika nie jest zahartowana. Przez otwór przewiązałem linkę. Umożliwia ona przywiązanie krzesiwa do pasa lub innych elementów wyposażenia np. plecaka. Trudniej będzie nam zgubić krzesiwo.


poniedziałek, 5 lutego 2018

Czas na herbatę


Czas na herbatę. Po całym dniu chodzenia po podmokłych olsach wybieram miejsce na ognisko. W suchym, osłoniętym miejscu, gdzie nie brakuje opału, jest gdzie usiąść i odpocząć. Zbieram drwa, rozpalam ognisko i zawieszam czajnik nad ogniem. Cierpliwie czekam na gorącą herbatę. Coś do przegryzienia też się znajdzie. Herbata jest jednak najważniejsza. Jej picie wprowadza w przyjemny nastrój, rozgrzewa i wspomaga procesy myślowe. O dobroczynnym wpływie herbaty na organizm człowieka można by długo pisać. Ja jednak nie o tym.

Dążmy do celebrowania picia herbaty. Nie takie szybkie siup i już kubka nie ma. Wieczorem przy ognisku mamy mnóstwo czasu by móc raczyć się herbatą. Zrobić z tego rytuał w odróżnieniu od codziennego pochłaniania. Niech picie herbaty będzie przyjemnością, a nie tylko nawadnianiem organizmu.

W lesie mamy okazję połączyć dwie rzeczy, radość jaką daje spędzanie czasu na świeżym powietrzu z piciem herbaty. Jednym słowem jesteśmy podwójnie szczęśliwsi :) Koniec gadania. Czas na herbatę :)

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Zimowa noc na wypasie :)


Nasz szałas tipi, który powstał prawie rok temu trzyma się doskonale. Podziwiam po każdej burzy jego solidną konstrukcję. Nie straszne mu ulewy i wichury. To zdecydowanie najlepszy szałas w jakim przyszło mi spać. Zapewnia duży komfort i bezpieczeństwo.

W ostatni weekend wybrałem się do lasu aby zrobić drzwi do szałasu. Był to jeden z ostatnich elementów, którego mi brakowało w tym szałasie podczas zimowych nocy. Wcześniej prowizorycznie zakrywaliśmy wejście kocem. Dzięki temu w szałasie było cieplej. Koc nie jest najlepszym rozwiązaniem podczas dłuższych opadów gdyż bardzo nasiąka. Poza tym nie pasował mi do wizji schronienia zbudowanego w całości z materiałów zebranych w lesie.

Z dwóch giętkich gałęzi zrobiłem ramę w kształcie odwróconego U. Powiązałem ją z krótszymi poprzeczkami i wyplotłem cienkimi witkami brzozowymi. Drzwi uszczelniłem gałęziami sosny. Powstały bardzo stabilne i całkiem szczelne drzwi. Oczywiście miałem zamiar się o tym sam przekonać nocując w szałasie.

Normalnie pomieściło by się w nim 4-5 osób. Ja jednak chciałem pobyć sam, cały szałas do mojej dyspozycji. I nie zamierzałem się umartwiać. Zakładałem noc spędzić w komfortowych warunkach, Żaden survival. Nocleg pod zadaszeniem, w ciepłym i suchym miejscu, normalnie jedzenie, po prostu noc na wypasie :)

Do spania miałem matę z trzciny oraz dwa wełniane koce. Dodatkowo zabrałem ze sobą nowy anorak, też wełniany. Ze znacznie bardziej wytrzymałego materiału niż ten poprzedni a równie ciepły. Mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie ta prawdziwa zima i będę mógł go przetestować.

Jeszcze zanim się zrobiło ciemno pozatykałem dziury w tipi gdyż w kilku miejscach obsunęła się ściółka. Porąbałem i naznosiłem drew na opał.

Testowałem nowe krzesiwo tytanowe, którym przed szałasem skrzesałem ogień. Jako hubki użyłem brzozowej kory. Płonącą korę przeniosłem do wnętrza szałasu i rozpaliłem ognisko. Siedziałem na macie przy ognisku i przygotowywałem kolację. Bez pośpiechu, bo i nie było się gdzie spieszyć. Zastawiłem drzwi, w środku było bardzo ciepło i przytulnie. Wnętrze oświetlałem dodatkowo lampą naftową. Styczniowe noce są bardzo długie. Piłem herbatę a później jeszcze kilka godzi posiedziałem wpatrując się w ognisko i rozmyślając. Zmęczony wcześniej położyłem się spać. Do ogniska dokładałem drew tylko aby nie całkiem wygasło. Na trzcinowej macie spało się bardzo wygodnie. Miałem ciepło od podłoża i dużo miejsca. Wełniane koce zapewniły mi cieplny komfort.

Wstałem wcześnie, zanim jeszcze zrobiło się widno w lesie. Powoli noc przeszła w dzień. Nasłuchuję. Zimowy las jest bardzo cichy. Nie słychać porannego śpiewu ptaków. Nie, nie tęsknie do wiosny. Proszę o mróz i śnieg. Prawdziwą zimę.
























Więcej można obejrzeć w filmie.


środa, 24 stycznia 2018

Zimowy poranek w szałasie


Jest  śnieg. Zrobiło się biało i przyjemnie. W nocy temperatura spadła do około -3C. W dzień temperatura oscylowała w okolicach zera. Szału nie ma, ale dobre i to. Padł pomysł noclegu w lesie. Korzystamy z dogodnych warunków i idziemy razem z Katarzyną do lasu. Spanie w szałasach zbudowanych przez naszych kursantów podczas letnich szkoleń. Z solidnej konstrukcji korzystamy nie tylko my, ale i kolejni kursanci. Są to dwa pojedyncze, otwarte szałasy zwrócone do siebie, z ogniskiem usytuowanym pośrodku. Ściana szałasu działa jak ekran i odbija ciepło do wnętrza naprzeciwległego schronienia. Łóżka to dwie długie belki, na których położone są krótsze gałęzie. Doskonała izolacja od zimnego i wilgotnego podłoża. Minusem jest większa ilość materiału i nakład pracy. Na wierzch położone są sosnowe gałązki, aby w łóżku było miękko.

Od lata, poza mrówkami i nornicami, z szałasów nikt nie korzystał. Aby można było w nich spać wymagały one małego remontu. Uszczelniliśmy pokrycie oraz dołożyliśmy świeżych sosnowych gałązek na łóżka. Do tego wełniane koce i można spać. Nie jestem przyzwyczajony do spania na tego typu posłaniach. Miałem obawy czy w nocy, gdy będę się przekręcał, nie spadnę. Druga rzecz, to szałasy były przeznaczone dla osób o skromniejszej posturze niż moja. Wciśniecie się do szałasu i owiniecie kocem wymagało nieco akrobacji.


Po kilku dniach opadów trudno było znaleźć coś suchego w lesie na rozpałkę. Z tym problemem poradziliśmy sobie zwiększoną ilością kory brzozowej i drewnianymi wiórkami. Przed wieczorem gromadzimy duży zapas opału. Gdy zimno w nocy nas budziło, to niechętnie wstajemy i dokładamy do ogniska. Ogrzani z powrotem zakopujemy się w ciepłe koce.


Poranek powitaliśmy rozgrzewającą i pyszną herbatę z malinowych pędów oraz kawałkiem batona energetycznego własnej roboty. Bardzo zdziwił mnie uzyskany kolor herbaty. Tyle razy ją parzyłem, ale zawsze wychodziła koloru słomkowego, jasna i delikatna w smaku. Tym razem jej kolor nie różnił się niczym od prawdziwej herbaty. Smak bardzo dobry. Prawdopodobnie stało się tak dlatego, gdyż potrzymałem ją dłużej nad ogniskiem.


Na koniec jeszcze krótki film. Miłego oglądania.

                                  

wtorek, 16 stycznia 2018

Groty strzał z bieszczadzkiego rogowca menilitowego


Za każdym razem wracając z Bieszczad dźwigam jakieś suweniry. Rogowiec w Bieszczadach znalazłem przypadkiem wędrując brzegiem potoku. Czarne bryły tej skały wyróżniały się spośród jasnych łupków. Początkowo błędnie sądziłem, że jest to radiolaryt. W sumie jedno i drugie to skała krzemionkowa z tym, że pod względem właściwości rogowiec jest bardziej kruchy. Oprócz zastosowania krzemieniarskiego świetnie nadaje się też do krzesania iskier krzesiwem tradycyjnym.

W czasach historycznych rogowiec pochodzący z terenu Bieszczad był rzadko wykorzystywany i stąd znaleziska wyrobów są nieliczne. Góry były zbyt mało atrakcyjne dla rolników i pasterzy. Nie oznacza to jednak, że ten obszar był bezludny. W tamtym roku znalazłem informację, że po raz kolejny na Połoninie Wetlińskiej znaleziono grot strzały wykonany z lokalnego rogowca. Jego kształt jest typowy dla kultury ceramiki sznurowej. Świadczy to o ekspansji człowieka w tej części Bieszczadów w późnym neolicie i wczesnej epoce brązu.


Bieszczadzki rogowiec menilitowy ładnie się prezentuje, czarny, połyskliwy. Gorzej jest z jego przydatnością do łupania. Chociaż bardzo dobrze się łupie, to jest też kruchy. Jego bryły są mocno spękane, niejednorodne, z uwarstwieniami i wtrąceniami. Trudno znaleźć fragment surowca nadający się do obróbki. Pomimo trudności jaki sprawia łupanie w nim sprawia mi dużą satysfakcję. Z kilku brył udało mi się wykonać niewielki nóż, jedno większe ostrze, drapacz i kilka grotów strzał.