czwartek, 14 lutego 2019

Kolejne kuksy



Kolejne dwie kuksy, które zrobiłem znacznie się między sobą różnią. Pierwsza szeroka i płytka z zachowanym naturalnym kolorem. Druga wysoka, głębsza i barwiona w wywarze z sosnowej kory. Obie małej pojemności do raczenia się gorącymi napojami. Kuksy są efektem poszukiwań i gromadzenia doświadczeń.

wtorek, 5 lutego 2019

Moja pierwsza kuksa


Swoją pierwsza kuksę wystrugałem kilka lat temu. Gdy przystępowałem do roboty, nie bardzo wiedziałem jak ma wyglądać tradycyjna fińska kuksa. To były początki poznawania tej sztuki. Inni robią kuksy, to i ja. Chociaż chciejstwo nie zawsze kończy się szczęśliwie, to tym razem obyło się bez przykrych niespodzianek. Ktoś wrzucił zdjęcie na forum swojej kuksy. Z opisu wynikało, że to taki drewniany kubek. Nie szukałem wzorów ani nie czytałem, jak taka kuksę wykonać. Podszedłem entuzjastycznie do sprawy. Nóż łyżkowy już wtedy miałem i używałem go do strugania łyżek. Nieco w drewnie obeznania też miałem. Wypatrzyłem nisko rosnącą czeczotę na brzozie na bagnach. Odciąłem piłą i strugałem. Siekiera, nóż, na oko, bez szkicowania, obrysu. Dalej kolejno suszenie, szlifowanie, olejowanie i cierpliwe czekanie.

Gdy ją skończyłem, byłem zadowolony. Teraz patrzę na nią z nieco innego punktu. Kuksa ma zbyt małą pojemność jak na moje potrzeby. Poza tym widoczny lekko owalny kształt i nierównomierna grubość ścianek. Uchwyt też jakoś mało dopasowany formą. Przesadziłem z grubością ścianek. Są zdecydowanie za cienkie. Są miejsca gdzie prześwituje przez nie światło. Kuksę używałem sporadycznie do parzenia w niej kawy bądź herbaty. Przeżyła kilka upadków na twarde podłoże. To, że nie popękała jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Na jej wytrzymałość składa się sposób obróbki, wykończenia, a przede wszystkim sam materiał. Nigdy później już nie trafiłem na czeczotę o takich wspaniałych właściwościach. Słoje są bardzo poskręcane i gęste, materiał jest twardy, dużo bardziej niż zwykłe drewno brzozy. Po polimeryzacji oleju materiał, z jakiego zrobiona jest kuksa przypomina bardziej kompozyt niż drewno.

Ech..., gdybym teraz trafił na taką czeczotę. Chociaż tej zimy postawiłem na obróbkę krzemienia, to w planach mam jeszcze jedną kuksę.

czwartek, 24 stycznia 2019

Łuk ogniowy - wariant z belką dociskową


Opanowanie łuku ogniowego wymaga użycia siły fizycznej w stopniu przekraczającym możliwości niektórych osób. Nie są one w stanie jednocześnie dociskać świder, ustabilizować jego pozycję oraz pracować łukiem na tyle skutecznie, aby otrzymać upragniony żar. Krótko mówiąc brak siły w rękach. Jak pomóc takiej osobie, która bardzo chce, a nie może? Czy jest to problem nie do pokonania?

W zamyśle przedstawiona na zdjęciu konstrukcja miała być na to odpowiedzią. Jest to jeden z licznych wariantów łuku ogniowego. W tym rozwiązaniu docisk świdra do podstawki wywołany jest ciężarem drewnianej belki. Konstrukcja zapewnia też doskonałą stabilizację świdra. Już nie musimy cisnąć, trzymać pion, konstrukcja ''robi'' to za nas. Jest tak pomyślana, aby zastąpić nas w słabych punktach, gdzie do tej pory nie dawaliśmy rady. Dzięki temu możemy skoncentrować się na samej pracy łukiem. Uzyskanie żaru niczym się już nie różni od tradycyjnego łuku ogniowego. Jeśli wszystko prawidłowo zrobimy, to po kilkunastu sekundach otrzymamy żar. W tym wariancie łuku ogniowego da się to zrobić nawet jedną ręką.

Jak zbudować taki łuk widać na zdjęciu. Najważniejsze to odpowiednio dobrać poszczególne elementy konstrukcji. I tu rodzi się nowy problem. Budowa łuku ogniowego z belką dociskową może się okazać jeszcze większym wyzwaniem niż tradycyjny zestaw. O ile ktoś doświadczony zbuduje taką konstrukcję, to będzie ona ułatwieniem. Do zabawy i nauki jak najbardziej. Realnie uważam jednak, że niewarta skórka wyprawki. Budowa wariantu łuku z belką wymaga więcej czasu, nakładu sił i materiałów. Większy zestaw, bardziej skomplikowany, większe kłopoty. Najistotniejsze w tym jest jednak uzyskanie ognia. Obawiam się, że osoby, które mają problem z łukiem tradycyjnym z takim wynalazkiem również sobie same nie poradzą. Aby zakończyć optymistycznie - na szczęście są inne techniki, mniej wymagające.

niedziela, 20 stycznia 2019

Hubka do krzesiwa tradycyjnego z żółciaka siarkowego


Żółciak siarkowy to bardzo charakterystyczny grzyb, nie do pomylenia z innymi gatunkami. Nie jest tak pospolity jak hubiak pospolity, ale równie przydatny. Młode owocniki żółciaka są jadalne, stare możemy użyć do krzesania ognia jako hubki. W tym celu najlepiej zbierać je pod koniec lata i jesienią zanim owady, deszcz i mróz przyczynią się do całkowitego rozpadu owocników. W osłoniętych miejscach pod drzewami żółciaka można czasem znaleźć jeszcze na wiosnę.

Stare, dobrze wysuszone owocniki żółciaka siarkowego łapią iskrę z krzesiwa tradycyjnego. Nawet bez preparowania. Jest to trudna sztuka i niekiedy trzeba kilkadziesiąt razy uderzyć krzesiwem aby chwyciła iskra.

Wysuszony żółciak jest kruchy, zwłaszcza jak zbierzemy taki zaatakowany już przez larwy owadów. Do krzesania używamy wnętrza owocnika, przełamujemy go na mniejsze fragmenty. Powierzchnię ''mechacimy'' nożem starając się aby powstało jak najwięcej małych, cienkich krawędzi. To one, gdy spadną na nie iskry z krzesiwa, zaczną się tlić. Innym sposobem jest wycięcie ostrym nożem jak najcieńszych płatków. Nie polecam używania hubki z żółciaka niespreparowanego, chyba że nie mamy innego wyjścia albo potraktujemy to jako wyzwanie. W innym przypadku szkoda krzesiwa, krzesaka i czasu.


Nieco lepiej iskry łapie żółciak moczony lub gotowany w roztworze popiołu (i lub azotanów). Technika identyczna jak przy robieniu hubki z miąższu hubiaka pospolitego. Żółciaka moczymy lub krótko gotujemy w wodzie z dodatkiem popiołu z drzew. Podobnie działają azotany. Żółciaka pociętego na mniejsze kawałki, tak aby łatwiej nasiąkał roztworem, umieszczam w naczyniu przez noc. Jeśli gotuję, to kilkanaście minut na małym ogniu. Po wysuszeniu otrzymujemy gotową hubkę. Poprawia się jej palność w porównaniu do hubki niespreparowanej w ogóle, ale dalej trudno być zadowolonym. To rozwiązanie również traktujmy jako mocno awaryjne.


Kolejny sposób na spreparowanie hubki, to zwęglanie. Fragmenty żółciaka zwęglamy w metalowej puszce przy ograniczonym dostępie tlenu lub opalamy nad ogniem jego krawędzie, na które będą spadały iskry. To jest w końcu to, z czego będziemy zadowoleni. Tak przygotowana hubka działa bardzo dobrze, wygodna w użyciu, łatwo chwyta iskry, dobrze się ją rozdmuchuje i długo się żarzy. Jest też warta polecenia ze względu na wydajny zbiór - z przeciętnej wielkości owocnika żółciaka ilościowo otrzymamy więcej hubki niż z tej samej wielkości hubiaka pospolitego. Łatwiejsze jest także przygotowanie, wystarczy żółciaka połamać na kawałki aby zmieścił się nam do puszki. Przy hubiaku zwykle wpierw usuwamy części niepalne pozostawiając sam miąższ. Jak każdą, hubkę z żółciaka należy chronić przed zawilgoceniem.

wtorek, 15 stycznia 2019

Egipski łuk ogniowy


O tym, że łuk ogniowy to stary wynalazek, można się przekonać oglądając między innymi egipskie manuskrypty sprzed kilku tysięcy lat. Jeden z takich starożytnych zestawów do rozpalania ognia zachował się i możemy go podziwiać w muzeum. Egipski łuk ogniowy to jeden z technicznych wariantów. To, co wyróżnia to rozwiązanie od innych, to zastosowanie dłuższej cięciwy i przywiązanie świdra.

Problem ''ślizgającej'' się cięciwy zna każdy, komu łuk ogniowy nie jest obcy. Ruch łukiem nie jest przekazywany na świder. W efekcie brak jest tarcia, pyłu i wzrostu temperatury. Szarpiemy się, tracimy siły, ale nawet nie widać dymu. Jesteśmy ambitni i wiercimy dalej. Próbujemy coś zmieniać, w końcu podajemy się przeklinając, na czym świat stoi.

Powodów ''ślizgania" się cięciwy, czyli braku tarcia pomiędzy cięciwą a powierzchnią świdra, może być kilka. Najczęstsze to zbyt luźno naciągnięta cięciwa, za duży wywierany docisk na świder lub sztywny materiał, z którego wykonana jest cięciwa. Błędy te występują pojedynczo lub też jednocześnie. W trakcie pracy łukiem niektóre z nich możemy w pewnym stopniu skorygować. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Musimy wtedy przerywać pracę i poprawić wadliwe elementy.

Egipski łuk ogniowy eliminuje problem ''ślizgania'' się cięciwy. Świder jest na stałe przywiązany do cięciwy lub też wywiercone są w nim otwory, przez które ona przechodzi. Teraz każdy ruch łuku przekazywany jest na świder. Nie ma możliwości "ślizgania" się cięciwy. Cięciwę w połowie jej długości przywiązujemy do świdra, najlepiej sprawdza się węzeł wyblinkowy.


Jeśli nie potrafimy to węzeł prosty też może być. Dłuższa linka jest konieczna ze względu na to, że świder owijamy kilkukrotnie (3-4) nad i pod węzłem. Przy ruchu łukiem linka będzie się nawijać nad węzłem a odwijać pod, i odwrotnie, w zależności od kierunku pracy łukiem. Dzięki temu rozwiązaniu świder będzie cały czas kilkukrotnie owinięty cięciwą, a nie jak w typowym rozwiązaniu, tylko jednokrotnie. Kilkukrotny oplot zwiększa tarcie, a co za tym idzie eliminuje ślizganie. Ponieważ nie stosujemy tak dużego naciągu jak w tradycyjnym rozwiązaniu możliwe jest zastosowanie linek o mniejszej wytrzymałości. Zmniejsza się ich obciążenie i zużycie. Wadą egipskiego łuku ogniowego jest konieczność zastosowania dłuższej (około 2 krotnie) linki. Problemem może być opanowanie wiązania świdra. Technika łuku egipskiego jest nieco bardziej skomplikowana niż tradycyjny łuk ogniowy. Zanim zaczniemy ćwiczyć rozpalanie ognia egipskim łukiem ogniowym wpierw polecam zapoznać się z wariantem tradycyjnym. Nie każdemu ta odmienna technika się spodoba. Jej wady mogą przeważyć nad zaletami.


Czy zatem stosowanie egipskiego łuku ogniowego ma sens? Tak, ale w ograniczonych przypadkach. Dobrym sprawdzianem przydatności tej techniki były jedne z warsztatów ogniowych, jakie prowadziłem podczas 7-dniowego szkolenia survivalowego o ograniczonym ekwipunku (nóż, menażka, koc). Warto na początku wspomnieć, że nie były to osoby początkujące w temacie. Otóż jednym z zadań postawionym uczestnikom było zbudowanie łuku ogniowego i uzyskanie ognia. Trudność polegała na tym, że zestaw w całości miał być wykonany z materiałów naturalnych pozyskanych w lesie podczas marszu. Świdry i deseczki zrobili wszyscy sosnowe, dociski z dębiny zaś linki do łuku skręcone zostały ze świeżego wierzbowego łyka. W zasadzie nie było innego wyboru. Było to wczesną wiosną, kiedy łyko jest jeszcze mało elastyczne i trudno oddzielić je od pnia. Uparliśmy się na wierzbę by połączyć naukę skręcania sznurków z ogniem. Kiepskiej jakości pozyskany surowiec przełożył się na niską wytrzymałość sznurka. Przekonaliśmy się o tym boleśnie. W większości przypadków nierówno skręcony sznurek pękał już przy samym naciąganiu łuku. Co najwyżej wytrzymywał kilka pociągnięć łukiem. Na uzyskanie ognia brak jakichkolwiek szans. Tak było przy jednokrotnym owinięciu świdra sznurkiem i tradycyjnym łuku ogniowym. Przeanalizowaliśmy błędy. Sukces przyszedł dopiero po zastosowaniu egipskiego łuku ogniowego. Tym wariantem ogień udało się uzyskać bez najmniejszych problemów. To, co w tradycyjnym łukiem było niemożliwe, tutaj realne.

Umiejętność radzenie sobie w lesie decyduje o naszym komforcie. Masz ogień - śpisz w cieple ogniska. Nie  - robisz ściółkowanie :)

As soon as I think I know all there is to know abut a subject something happens which reminds me that I should never boast about my all-encompassing knowle
In February I was teaching people the secrets of making fire by friction at the 2001Winter Count when John Olsen strode up and showed me a cute little friction fire set.
Many novices are plagued by two problems when they try to start a fire with a bow drill.

piątek, 11 stycznia 2019

Chleb kukurydziany


Czytając ''Poradnik trapera'' Krepsa zwróciłem uwagę na to, że w skład prowiantu zabieranego do lasu wchodzi mąka kukurydziana i pszenna. Autor poleca zabieranie gotowej mieszanki do wypieku chleba. Z dodatkiem sody, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba, możemy upiec pyszny chleb. W Ameryce kukurydza to tradycja. Poza tym mąka kukurydziana była tańsza od mąki pszennej. Niezależnie od relacji cenowych postanowiłem upiec taki chleb. Raz już próbowałem, z samej mąki pszennej, z efektów byłem średnio zadowolony. Tym razem chleb kukurydziany wyszedł wspaniale. Wyrósł, rumiany, nie był kruchy i doskonale smakował nawet po kilku dniach. Chleb kukurydziany pasuje do dań z kociołka, rusztu, na wytrawnie, słodko i do podjadania na szlaku. Bez problemu można go upiec w leśnych warunkach. Nawet mało niedoświadczone w kucharzeniu osoby sobie z tym poradzą. Potrzebujemy menażkę, patelnię lub kubek. A nawet, jeśli nie dysponujemy żadnym metalowym naczyniem, można chleb upiec w żarze lub zbudować piec. Ja skorzystałem z grubej i ciężkiej żeliwnej patelni. Miałem blisko miałem do lasu, to i mogłem sobie pozwolić na dźwiganie takich ciężarów.


Składniki:
- 1/2 mąki kukurydzianej
- 1/2 mąki pszennej
- proszek do pieczenia (wg instrukcji na opakowaniu)
- sól do smaku
- woda

Wykonanie: Wymieszaj suche składniki. Dodaj wodę i wyrób ciasto. Przełóż do metalowego naczynia. Aby ciasto nie przywierało niektórzy dno patelni nacierają bekonem lub innym tłuszczem.  Piecz w temperaturze około 200 C przez 15-20 minut. Co kilka minut obracaj patelnię, aby chleb zarumienił się równomiernie. Wbij zaostrzony patyczek na środku chleba i sprawdź czy jest upieczony -  patyczek pozostanie czysty.

wtorek, 8 stycznia 2019

Traperska kuchnia


Kuchnia jest nieodłącznym elementem historii człowieka. Cały czas przechodzi ewolucję, także ta leśna. Od prymitywnego ogniska i kamieni, po nowoczesne kuchenki i metalowe naczynia. Zmieniają się zabierane do lasu przez nas składniki i przygotowywane z nich potrawy.

Elmer Harry Kreps  - ''Woodcraft '', książka wydana w 1919 roku. ''Poradnik trapera'', taki  tytuł ma w polskim tłumaczeniu, które niedawno ukazało się na rynku. Książka zawiera szereg porad z początku XX wieku dla traperów. Jest w niej o budowie i wyposażeniu chaty z bali, leśnym prowiancie, ogniu, kocu, siekierze, rakietach śnieżnych, podróżowaniu i orientacji w terenie. Pomimo upływu czasu niektóre z nich są nadal aktualne. Jedną z rzeczy, która mnie zainteresowała była traperska kuchnia.

Autor doradza, aby przy wyborze prowiantu kierować się jak najkorzystniejszym stosunkiem wagi i objętości do wartości odżywczej. Wybierać żywność o długim terminie przydatności, odwodnioną, łatwo przyswajalną a zarazem zawierającą wszystkie niezbędne składniki odżywcze. Opakowania nie mogą ulec uszkodzeniu, odradza (poza kilkoma wyjątkami) szklane pojemniki i metalowe puszki.
Niezależnie od tego, co uda się nam zdobyć w trakcie wędrówki, jadłospis człowieka powinien być zbilansowany. Traper zabiera półprodukty, z których przygotowuje niewyszukane potrawy. Łatwe do przygotowania w lesie a zarazem smaczne i pożywne. Kreps w swej książce zamieszcza listę produktów zabieranych przez trapera na miesiąc życia w lesie. Podaje ile, czego trzeba zabrać wraz z uzasadnieniem. Podstawą jest: mąka pszenna, mąka kukurydziana, proszek do pieczenia, sól, pieprz, cukier, kawa, herbata, boczek, mięso, smalec, masło, fasola, groch, suszone owoce, ogórki konserwowe, mleko skondensowane, ser. Listę uzupełniają smakołyki, np. krakersy, cynamon, ryż, cebula, płatki owsiane, syrop klonowy. W sumie łączna waga to 39,5-40,5 kg żywność na miesiąc. Żadnych zbytków, tylko to, co niezbędne. Prawdziwe kucharzenie, a nie odgrzanie kiełbasy na patyku.

Wiem, teraz mamy inne realia. Pewnie można byłoby lepiej skompletować wyposażenie przy niższej wadze. Nowe ale czy lepsze? Można dyskutować. Są zwolennicy takich klimatów, starych dobrych czasów. Nie jeden chciałby spędzić miesiąc albo i dłużej na wędrówce. W prawdziwej kniej, i jeszcze w zimie. Bez dostępu do cywilizacji i możliwości uzupełniania zapasów.


Po przeczytaniu książki wielka chęć mnie naszła, aby zakosztować traperskiego jadła. Wygospodarowałem kilka godzin wolnego i udałem się do pobliskiego lasu. Przygotowaniem zestaw podstawowy: fasola na bekonie, kukurydziany chleb i kawa. Suszone owoce na deser - co by uniknąć kamiennego stolca, drastycznych dewiacji kulinarnych i ku rozluźnieniu kiszek :) Łatwe do przygotowania, smaczne, zdrowe i sycące.
Uwaga, po spożyciu powyższych dań zaleca się przebywanie na świeżym powietrzu :)