poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Szałas pięcioosobowy z gałęzi i folii


Wygląd i plan budowy szałasu zmieniał się kilkukrotnie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na dach w kształcie kopuły. Budowa schronienia z wykorzystaniem naturalnych materiałów i bezbarwnej folii zajęła nam cały dzień. Szałas powstał na planie okręgu, w który wpisany był pięciokąt utworzony przez pięć posłań. Tylu było uczestników. Ściany to wbite w ziemię słupki uzupełnione wyplotłem z giętkich gałęzi brzozy i sosny. Dach w kształcie kopuły tworzy plandeka naciągnięta na powiązaną konstrukcję zrobioną z cienkich, brzozowych tyczek. Dodatkowo dolne tyczki przewiązane są sznurkiem jutowym. Na środku wycięty jest otwór w folii, przez który uchodzi dym. W razie potrzeby można go zasłaniać fragmentem materiału. Drzwi zrobione posplatanych gałęzi.

Szałas jest przestronny, ma ponad 3 m wysokości. Wynikało to między innymi z tego, że gorące powietrze unoszące się z ogniska może stopić folię. Jest w nim widno, to duża zaleta. W czasie niepogody można w nim bez problemu prowadzić zajęcia. Kolejna sprawa, to jest w nim sucho. Współczesne tworzywa są bezkonkurencyjne jeśli weżniemy pod uwagę wodoszczelność. Dół zrobiony z naturalnych materiałów zapewnia wentylację. Szałas jest postawiony miejscu zacienionym przez drzewa. Uniknęliśmy efektu szklarni.

Przy ścianach zrobione są wygodne posłania. Z tyłu przy ścianie zgromadzony jest opał. To ogranicza też przeciągi. Pośrodku szałasu wyznaczone jest miejsce na ognisko. W nocy trzymane są warty aby ognisko nie zagasło.
Jestem zdania, że uczestnicy naszych szkoleń mają nazbyt komfortowe warunki :)

Etapy budowy widoczne na kolejnych zdjęciach.














środa, 18 kwietnia 2018

Szkolenie bushcraftowe 7 dni w lesie - kwiecień 2018


Krótka relacja i kilka migawek z 7 dni w lesie, które odbyło się ​7-13.04.2018 r​. W sobotę rano udaliśmy się do naszej stałej bazy w lesie. Pierwszym zadaniem uczestników szkolenia o charakterze survivalowo-bushcraftowym była budowa szałasu. Z naturalnych materiałów oraz bezbarwnej folii powstało komfortowe schronienie dla pięciu osób. Posłuży ​ono kolejnym uczestnikom. Szałas jest przestronny, widny i suchy. Nawet podczas opadów można w środku prowadzić zajęcia. Przy ścianach zrobione są wygodne posłania. Pośrodku jest miejsce na ognisko. Warty w nocy i stale palące się ognisko dają komfort termiczny. Więcej o budowie szałasu będzie w kolejnym wpisie.


Sprzyjała nam pogoda, zrobiło ​się ​nie tylko słonecznie ale i gorąco. Nawet noce nie były zimne. Przyjemnie było zdjąć buty i chodzić boso, nawet jeśli trzeba było wejść do źródliska z zimną wodą by narwać rukwi. Zakwitły zawilce, coraz więcej roślin wypuszcza młode listki. Trafiliśmy na okres zbioru soku brzozy. To ​pewne źródło czystej wody. Najobficiej kapało ze ściętego pnia brzozy. Był mniej​ słod​ki​ od soku pobieranego z wyżej uciętych gałązek. Po zagotowaniu z roślinami (np. maliną, czeremchą) otrzymaliśmy pyszną herbatkę. Soku było tak dużo, że pokusiliśmy się aby go odparować na słodki syrop, którym słodziliśmy kawy sporządzone z korzeni mniszka i cykorii.

​Stałym punktem szk​olenia jest pozyskiwanie jedzenia w terenie i tutaj też go nie zabrakło. Dzikie rośliny jadalne były głównym składnikiem posiłków uczestników. Gotowali zupy, roili sałatki, piekli​ korzenie​, podpłomyk​i​, warzyw​a ​i mięsa w kamiennej jamie. Zbudowali też nowy piec o kamiennej podstawie i żeliwnej płycie. Umieszczony jest teraz pod zadaszeniem i nawet gdy pada można wypiekać w nim chleb.

Stałym punktem są warsztaty z niecenia ognia, świder ręczny, łuk ogniowy, piryt i krzemień, krzesiwo tradycyjne i syntetyczne. Prawdopodobieństwo, że komuś się przyda ​się ​w sytuacji czysto survivalowej ​któraś z prymitywnych technik ​niecenia ognia, bliska jest​ zeru, ale zabawa przednia. Tak jak i inne techniki, warto znać, umieć. Poznanie niektórych z nich wymaga dużo wysiłku fizycznego jak i czasu. Przez tydzień można było solidnie poćwiczyć. Ważną częścią nabywanych umiejętności radzenia sobie ​w ​lesie jest wykorzystanie wszystkiego co nas otacza, nie tylko naturalnych surowców ale również śmieci. Są one stałym elementem krajobrazu i nie sposób je pominąć. Użyliśmy śmietnikowych skarbów: sznurka od snopowiązałki, izolacji przewodów elektrycznych, puszki po piwie, plastikowych puszek, szkła, ceramiki, złomu a nawet starych ubrań.

Zainteresowaniem cieszyło się robienie łyżek i wypalanie misek za pomocą żaru z ogniska. Zaczęliśmy też robić drewnianą stępę, ale na razie jest na etapie moździerza. Przydaje się do rozkruszania prażonych korzeni na kawę.

Plecenie koszy z naturalnych surowców jest czasochłonne i nie każdemu przypada go gustu. Podobnie wytwarzanie dziegciu. Za to saunę polubili wszyscy. Wpisała się ona doskonale w nasz plan zajęć. Noc, rozgrzane kamienie, woda, sól i zioła. Kolejne grupy zbudują stałą konstrukcję i polowy prysznic. Zachowanie higieny to ​ważna rzecz. Planujemy zbudować
​trzeci​ szałas i urządzić obozowisko. Potrzebny jest stół, półki, ławy, krzesełka, spiżarka, kompostownik i latryna. Dużo roboty jeszcze zostało ale też i chętnych na szkolenia nie brakuje. W najbliższy weekend kolejne, tym razem dwudniowe, w większej grupie.

Dziękuję bardzo wszystkim uczestnikom, tego jak i wcześniejszych szkoleń. Przyszłych też, co bym nie zapomniał. To wy jesteście motorem naszych działań.
















niedziela, 15 kwietnia 2018

Pędy chmielu, jedno z najdroższych dzikich warzyw na świecie


Wyszukana i zarazem bardzo droga kuchnia. Młode pędy chmielu są nie lada przysmakiem w Belgi, Anglii czy Francji. Za kilogram tego rarytasu trzeba zapłacić nawet 1000 Euro/kg (The Guardian 15.04.2015 ). Czy zatem pędy chmielu to kuchnia wyłącznie dla bogatych? Nie, w naszych lasach tego pełno. Chmiel jest bardzo ekspansywny, bywa traktowany jak chwast. Darmo szukać na straganie, w sklepie z zieleniną czy nawet w restauracji. Nie spotkałem nikogo kto by je zbierał. Chcecie spróbować tego delikatesu? To zachęcam by przejść się do lasu.

Pod koniec marca lub na początku kwietnia zaczyna się okres zbioru pędów chmielu. Trwa kilka tygodni, w maju stają się bardziej włókniste, lekko gorzkawe i mniej smaczne. Te pierwsze są najsmaczniejsze. Schowane jeszcze pod ściółką, białe, miękkie i soczyste. Są kruche i dlatego trzeba je ostrożnie odsłonić. Spróbujcie nazbierać białych pędów chmielu na danie, a wtedy zrozumiecie skąd taka wysoka cena. Późniejsze, zielone pędy dużo łatwiej się zbiera, nie są już tak delikatne, ale też smaczne.

Białe pędy chmielu można spożywać na surowo, np. w sałatce. Mają delikatny smak podobny do groszku. Pędy chmielu, z uwagi na podobieństwo, nazywane są dzikimi szparagami. I w podobny sposób się je przyrządza. Dobrze smakują ugotowane i polane odrobiną masła. Gotujemy krótko, 3-5 minut w lekko osolonej wodzie. Podajemy gorące. Najczęściej pędy chmielu podawane są z rożnego rodzaju sosami. Najprostszy przygotowany z odrobiny octu, oleju i soli. Typowy dla nich jest sos holenderski. Sos paprykowy lub serowy również do nich pasuje.

Młode białe pędy chmielu z sosem paprykowym
Pędy gotujemy przez 5 minut w wodzie. Czerwoną paprykę opalić, obrać ze skórki. Pokroić na kawałki, dolać wody i kilka minut pogotować. Zmiksować, dodać śmietanę 30%, zrobić jednolity sos. Podawać na ciepło. Całość przyprawić pieprzem i solą.


Zielone pędy chmielu z sosem serowym 
Chcecie zielone, to macie zielone :) Młode pędy chmielu gotujemy 10  minut w osolonej wodzie (aż zmiękną). Odsączamy. W osobnym naczyniu przygotowujemy sos. Roztopić masło, pokruszyć ser (ja użyłem pleśniowego gorgonzoli). Kiedy ser się roztopi dodać śmietankę 30%, odrobinę białego wina, posiekane orzechy włoskie, pieprz, dokładnie wymieszać. Ugotowane pędy chmielu wykładamy na talerz i polewamy sosem.

środa, 4 kwietnia 2018

Szkolenie bushcraftowe 7 dni w lesie - marzec 2018























30 marca​ zakończyliśmy pierwsze tegoroczne szkolenie bushcraftowe 7 dni w lesie. Szczęśliwi uczestnicy, pełni nowych doświadczeń, z certyfikatami szkoły rozjechali się na święta do swych domów. W męskim gronie byli ​uczestnicy ​początkujący jak i bardzo zaawansowani. Program naszego szkolenia dostosowu​​jemy za każdym razem​ do poziomu​ grupy​. Są one intensywne i na tyle ciekawe, że każdy ​znajduje coś dla siebie. Nie ​chcemy zdradzić wszystkich szczegółów, wolimy zaskoczyć miłą niespodzianką.

Wydaje się, że 7 dni to bardzo dużo. Tak i nie, ten czas szybko mija. ​Każda praca obozowa, jak np. przygotowanie drzewa na opał, zajmuje znaczną część dnia. W miarę upływu dni poprawiała się organizacja pracy i uczestnikom mniej czasu zajmowały codzienne prace (woda, opał, higiena, przygotowywanie posiłków). ​Co robili nasi kursanci przez cały pobyt w lesie? ​ Żyli w lesie łącząc ​teorie ​z​ praktyką​. Przerabiają na własnej skórze wszystkie kwestie dotyczące bytowania w lesie z minimalnym ekwipunkiem. Ze stałych rzeczy była psychologia, radzenie sobie ze stresem, działanie w pojedynkę i w grupie, rozwiązywanie sytuacji konfliktowych. Uzdatnianie wody. Higiena w terenie. Ziołowa apteczka, czyli co zrobić gdy jej nie mamy. Gospodarowanie zapasami. Głodówka, problematyka odżywiania się w terenie pożywieniem pochodzenia naturalnego. Rozpoznawanie, zbiór i wykorzystanie dzikich roślin jadalnych. Dzikie białko (robaki). Tropienie i sprawianie zwierzyny. Kuchnia polowa i prymitywna (bez garów). Wypalanie łyżki i miski żarem. Praca siekierą, piłą i nożem oraz bez narzędzi. Zastosowanie i obróbka surowców naturalnych i tych ''znalezionych po drodze''. Krzemieniarstwo (surowce naturalne i sztuczne). Pieczeni​e​ w żarze, w dole ziemnym i z wykorzystaniem kamieni. Gliniany piec. Adaptacja do niskich temperatur. Zapewnienie komfortu termicznego ciała. Napychanie pod kurtkę liści​,​ ocieplanie butów suchą trawą :) Budowa schronień (w tym Debris hut). Jak spać przy ognisku. Nauka rozpalania ognia ​w różnych warunkach metodami prymitywnymi oraz współczesnymi. Skręcanie sznurków z naturalnych surowców. To tylko niektóre tematy. Jak ktoś zechce gapić się tylko w ogień, robić łapacz snów, lub opalać się nago, to też damy radę :)
Każde kolejne szkolenie ma nieco zmienioną formułę. Nie tylko uczestnicy, ale i my też nie możemy się nudzić :)


Wprowadziliśmy też kilka nowych elementów. Jednym z nich jest polowa sauna. Panom ten pomysł bardzo przypadł do gustu, siedzieli w niej ponad godzinę :). Po kilku dniach możliwość odświeżenia się, odprężenia i regeneracji sił jest bardzo ważna. Jak zrobi się cieplej to będą wędrówki nad pobliskie jeziorko. Robiliśmy dziegieć, pletliśmy koszyki i ćwiczyliśmy egipski łuk ogniowy z cięciwą wykonaną z wierzbowego łyka.

7 dni w lesie tylko z nożem, menażką i kocem to nie szaleństwo. Kolejne osoby udowodniły, że doskonale można sobie poradzić z tak skromnym wyposażeniem. Doświadczenie też nie jest konieczne, wszystkiego nauczymy, pokarzemy. Wełniany koc pozwalamy zabrać podczas szkoleń odbywających się w zimniejszej porze roku. Na marcowym szkoleniu temperatura w nocy spadła do -7C, a wiec ogólnie było ciepło i prawie nie padało :) Zimne noce i słoneczne dni to doskonałe warunki do pozyskiwania słodkiego soku klonowego. W kwietniu zaczynamy zbierać sok z brzozy. Z dnia na dzień przybywa zieleniny. Półprodukty na posiłki podrzucamy do kuchni. Ale to po okresie oczyszczenia :)

W naszym obozie, jak również poza nim, dużo się dzieje. Stawiamy na rozwój, powstają nowe szałasy i urządzamy obozowisko. Na początku kwietnia kolejne 7 dniowe szkolenie. Chętnych nie brakuje, ogłaszamy już terminy na wrzesień. Z pewnych względów musimy ograniczać ilość osób. Mnie ciekawi duże zainteresowanie szkoleniem płci pięknej. Od jakiegoś czasu survival z kobietami ma dla mnie osobiste znaczenie :)

To garść wiosennych informacji z naszego lasu. Będę relacjonował co się dzieje na szkoleniach i nie tylko w kolejnych wpisach.

piątek, 23 marca 2018

Pod pieczone kartofle dobry jest bimber


Ognisko, pieczone kartofle i bimber kojarzą mi się z kilkoma obrazami z mojego dzieciństwa. Pierwszy to mijany na leśnej drodze sąsiad, który w gumofilcach, kufajce i siekierką u pasa szedł na ognisko. Przy sobie miał kilka kartofli i schowaną za pazuchą butelkę z bimbrem.

Drugi obraz związany jest z meczami w hokeja na zamarzniętych pobliskich zbiornikach i zwózką drewna. Po kilku dniach siarczystych mrozów bezpiecznie można było wejść na lód. W innych warunkach jest to niemożliwe, bagna są niedostępne. Pamiętam jeden taki dzień, mróz -12 C, żeby grać musieliśmy wpierw zgarnąć śnieg z tafli. Szło się na cały dzień, powrót już o zmroku. Biegało się w samym sweterku, i tak było gorąco. Na koniec przypieczona kromka chleba i kartofle. Radości co niemiara.

Siekierezada albo zima leśnych ludzi, fantastyczna książka (z którego pochodzi cytat). Psychologiczna, poetycka, nostalgiczna, językowy majstersztyk. Proste, zwykłe czynności wznoszą się na nieskończenie wysoki poziom. Bieszczady, zima, las, wyrąb, pieczone ziemniaki i bimber. Film też jest godny polecenia. Kilka scen wryło się na stałe w mej pamięci.

Co rok obchodzę święto pieczonego kartofla. Zaszywam się wtedy w krzakach i piekę. Są pewne sprawy, o których się nie dyskutuje. Pod pieczone kartofle dobry jest bimber.

czwartek, 15 marca 2018

Docisk do łuku ogniowego z lodu


Będzie krótko i na temat, bo lód się topi :)

Z lodu można wykonać docisk do łuku ogniowego. Wyeliminowany zostaje w ten sposób problem zbyt dużego tarcia i nagrzewania się. Docisk z lodu zapewnia nam doskonałe chłodzenie wodą :) Fragment lodowej tafli obrabiamy ostrym przedmiotem (np. krzemień), tak aby wygodnie można było go trzymać w dłoni. Na środku docisku zrobimy niewielkie zagłębienie na świder. Jego koniec zaostrzamy nieco łagodniej niż zwykle. Jeśli nie posiadamy rękawiczek to lodowy docisk trzymamy zawinięty w mech lub trawy. 
 

piątek, 9 marca 2018

Super schronienie czyli szklarniane warunki w lesie zimą - inspiracja Mors Kochanski

Gdzie ta zima, ja się pytam?  Straszyli zimą stulecia. Plotka głoszona już od kilku lat. A z roku na rok coraz cieplej, śniegu mniej. Ryb pod lodem nie połowi, na bagna strach iść żeby się nie skąpać. Przez cały okres zimy naliczyłem raptem kilka dni ''zimowych''. Temperatura powietrza spadła zaledwie kilka stopni poniżej zera, nawet rzeka nie zamarzła. Sukces, bo już kra przez kilka godzin płynęła. Śnieg poprószył w tym roku też oszczędnie. Nie było po co wyciągać łopaty do odśnieżania. W góry znowu nie udało mi się pojechać. Niepocieszony liczę, że za rok, przyjdzie w końcu ta zima stulecia, chociaż na kilka dni. I nie będę żył wyłącznie wspomnieniami z dzieciństwa. A w góry i tak pojadę.

Zdążyłem tej ''zimy'' przetestować schronienie na arktyczne mrozy. Tylko w zasadzie bez mrozów. Pech w tym, że kiedy mogłem wyjść do lasu, to robiło się cieplej. Budowę mam w każdym razie przećwiczoną. Pozostanie do sprawdzenia działanie tego typu schronień w bardzo niskich temperaturach.

Pomysł na super schronienie zaczerpnięty jest, z tego co się dowiedziałem, z Morsa Kochanskiego. Dokonań tego Pana nie muszę nikomu przybliżać. To autor jednej z najlepszych książek dotyczących tradycyjnego bushcraftu. Dziwi mnie, że tyle kiepskich książek poruszających zagadnienia survivalu i bushcraftu jest tłumaczonych na język polski, a tłumaczenia książki Morsa Kochanskiego wciąż nie możemy się doczekać. Jego książka zawiera szereg wskazówek dotyczących przetrwania w warunkach kanadyjskich lasów północy. A więc warunkach dużo bardziej wymagających niż nasze.

Zasada działania super schronienia jest podobna do szklarni. Postaram się wyjaśnić na czym to polega. Wcześniej przyznam się, że wiedza z podstaw wymiany cieplnej już dawno wyszła mi z głowy razem z włosami i ewentualne błędy merytoryczne w tekście mogą się przytrafić.

Głównym źródłem ciepła jest ognisko, bo o takim wariancie będziemy rozważać. Pomiędzy ogniskiem, a otoczeniem odbywa się wymiana ciepła na drodze konwekcji, promieniowania i przewodzenia. W super schronieniu oprócz tradycyjnego tarpa, plandeki czy naturalnych materiałów na pokrycie dodatkowo wykorzystujemy nowoczesne materiały, bezbarwną folię i koc ratowniczy lub metalizowaną płachtę. Przy nich połączeniu uzyskamy najlepsze efekty. Niektóre z modyfikacji super schronienia bazują na zastosowaniu samej foli. Bezbarwna (najlepiej) folia jest umieszczona pod kątem prostym do ogniska (osłaniamy nią wejście do szałasu), które rozpalamy o jeden duży krok od schronienia. Promieniowanie cieplne emitowane z ogniska przenika przez folię i ogrzewa schronienie, którego przestrzeń jest zamknięta. Jej zadaniem jest przepuścić jak najwięcej promieniowania cieplnego do środka i ograniczyć wymianę z zimniejszym powietrzem z zewnątrz. Musimy szczelnie okryć nasz szałas, aby zlikwidować wszystkie przeciągi. W szałasie w kształcie muszli wystarczy okryć przód, w szałasie jednospadowym również boki. Jeśli mamy więcej foli możemy osłonić nią cały szałas.

Metalizowany koc/płachta wewnątrz działa jak ekran, odbija promieniowanie, które zostaje rozproszone wewnątrz schronienia. Dodatkowo koc termiczny/płachta tworzy z pokryciem szałasu (materiały naturalne, płachta budowlana, tarp) warstwę izolacyjną ograniczającą ucieczkę ciepła. Koc termiczny lub płachtę odsuwamy o kilka centymetrów od pokrycia /plandeki/tarpa aby stworzyć przegrodę powietrzną, która poprawia izolacyjność cieplną naszego schronienia.

Jak na zdjęciach widać zbudowałem dwa szałasy. Zabrakło najlepszego rozwiązania, z kocem termicznym wewnątrz i plandeką. To mam nadzieję kolejnej zimy przetestować jak będą mrozy.

Pierwszy szałas jest w kształcie muszli o konstrukcji wyplecionej z gałęzi wierzby, pokryty kocem termicznym i osłonięty cienką folią. Problemem przy budowie obu schronień była zamarznięta ziemia i wbicie gałęzi. Kolejna rzecz, do budowy szałasu w kształcie muszli zużyłem 3 koce. Zastanawiam się, czy nie lepiej było je użyć w inny sposób? Koce termiczne są wykonane z delikatnej metalizowanej foli i przeznaczone są z reguły do jednorazowego użytku. Łatwo je uszkodzić, rozedrzeć na wystających gałęziach i mamy dziury w szałasie. Takie folie też szeleszczą na wietrze, to bardzo deprymujące. Koc termiczny lepiej było by zawiesić w środku schronienia, za plecami jako tylni ekran. Z zewnątrz zastosować pokrycie z  plandeki budowlanej lub innych materiałów. Aby nie zwiało foli boki szałasu obłożyłem cięższymi gałęziami. Szałas zrobiłem celowo za wysoki. Chciałem sprawdzić jak działa patent przy większej przestrzeni do ogrzania. Do tego miałem wygodne łóżko traperskie wyłożone suchymi trawami. Przed szałasem paliłem zwykłe ognisko.

Drugi szałas zbudowałem klasyczny, jednospadowy z ramą wykonaną z leszczynowych gałęzi, naciągniętej plandeki budowlanej i osłonięty grubą bezbarwna folią. Nie użyłem koca termicznego. Przed schronieniem paliłem podłużne ognisko z kilku kłód. Posłanie to  świerkowe gałęzie i wełniany koc. Tym razem również nie ograniczałem się z wielkością schronienia. W obu schronieniach nie robiłem dodatkowego ekranu z przeciwnej strony szałasu.


Uwagi dotyczące tego typu schronień. Koc termiczny o wymiarach 160 x 200 cm niewiele waży i zajmuje mało miejsca. Łatwy do dostania, zwykle i tak nosimy ja w plecaku razem z apteczką. Wadą jest niska trwałość. Do zastosowań awaryjnych jak najbardziej. Metalizowana płachta o podobnej wielkości jest u nas dużo mniej popularna. Więcej waży i zajmuje miejsce. Ja nie dublowałbym sprzętu, wybierałbym pomiędzy taką płachtą, a innymi rodzajami pokrycia na szałas. Jeśli jest ciepło, mam śpiwór, to metalizowana płachta staje się balastem. Jeśli z kolei jest zimno i zamierzam korzystać z ogniska, to metalizowaną płachtę uważam za bardzo dobre rozwiązanie. Zarówno na pojedyncze jak i kilkudniowe wędrówki.  Jest trwalsza nisz tarp czy budowlana plandeka i skuteczniej wykorzystuje ciepło ogniska.
Przetestowałem dwa rodzaje bezbarwnej folii, cienką i grubą. Pierwsza lekka i mało trwała, jak będziemy się ostrożnie z nią obchodzić, to na kilka noclegów wystarczy. Grubsza znacznie trwalsza, ale odpowiednio więcej waży i zabiera miejsce w plecaku. Korzyści z foli to brak zadymienia w szałasie, brak przeciągów, szałas jest zamknięty z każdej strony. W cieplejszym okresie roku to również ochrona przed owadami. Jednym słowem cicho, ciepło i przytulnie. Wadą jest szeleszczenie folii (zwłaszcza cienkiej) i skraplanie się na wewnętrznej powierzchni pary wodnej. Nie jest to jednak bardziej uciążliwe niż podczas noclegu w namiocie. Zdecydowanie największą zaleta jest temperatura w takim schronieniu. Super schronienie nagrzewa się nie tylko od ogniska, ale także podczas słonecznej pogody. Komfort, jaki osiągamy w takim szałasie, jest porównywalny do spania w ogrzewanym namiocie. Moje wrażenia po testowaniu super schronienia są jak najbardziej pozytywne.

Folia nie jest odporna na wysoką temperaturę i iskry z ogniska. Łatwo o wypalanie dziury i z naszej szklarni ulatuje ciepło. Trzeba mieć na uwadze kierunek wiatru, odległość od ogniska i czym się pali. Nie jest to dobry typ schronienia podczas wiejących, zmiennych wiatrów. Wybierajmy drewno, które daje dużo ciepła, długo się spala i nie strzela iskrami. Dobrym pomysłem jest podczas największych mrozów rozpalenie nodi. Dziwnie ogląda się palące ognisko przez folię, ale cóż, coś za coś.

Super schronienie w pierwotnej wersji miało służyć do awaryjnego noclegu zimnym klimacie bezdomnym. Kawałek linki, koc termiczny i plandeka dawały możliwość szybkiego skonstruowania schronienia na krótki okres. Nie tylko dla pojedynczej osoby, ale też kilku. Nazwa super schronienie nie jest na wyrost, to jedno najlepszych schronień umożliwiających przetrwanie, nawet podczas największych mrozów. Super schronienie ma kilka rożnych modyfikacji, ale zasadza działania jest ta sama. Połączenie nowoczesnych materiałów z tradycyjnymi daje nam możliwość zbudowania trwałego i wygodnego schronienia. Ciepło ogniska zapewni komfort spania niczym w domu.

Jak spałeś? Odpowiedź na to pytanie stawia sprawę jasno, kto nowicjusz, a kto doświadczony w leśnym bytowaniu.
Na koniec jeszcze kilka zdjęć z mojego łażenia po lesie i obozowania. Co prawda teraz bardziej wiosennie niż zimowo, ale powspominać miło.