czwartek, 22 czerwca 2017

Herbatki z fermentowanych liści roślin dziko rosnących i ogrodowych, jak zrobić?


Rozkoszując się smakami herbatek sporządzonych z liści dzikich jak też ogrodowych roślin nie sposób porównać ich smaku do tych tradycyjnych, które są dla nas punktem odniesienia. Historia herbaty zaczęła się w Chinach, od krzewu herbacianego. Tradycyjna herbata, jaką na co dzień pijemy, to efekt przetworzenia liści krzewu herbacianego. Wynik wielowiekowej tradycji i eksperymentów. W zależności od surowca i warunków przetwarzania otrzymujemy herbaty różnych odmian i rodzajów. Różnią się on smakiem, kolorem (białe, żółte, zielone, czerwone, czarne), aromatem, wyglądem zewnętrznym. Pewnie też większość z nas też słyszała o fermentowaniu i skąd się bierze zielona lub też czarna herbata. Proces produkcji herbat przebiega w ściśle kontrolowanych warunkach: temperatura, wilgotność, czas itd.
My, prócz tego, że nie występuje u nas dziko krzew herbaciany, nie mamy możliwości by w domu czy lesie stworzyć takie warunki. Nie zrobimy prawdziwej herbaty, ale możemy zrobić coś na jej podobieństwo. Nie oznacza to wcale, że nasze herbatki będą gorsze. W niektórych przypadkach ich walory przewyższają tradycyjne herbaty. Dla przykładu tylko podam, że herbatka z wierzbówki (iwan czaj) kiedyś była bardziej ceniona niż herbata tradycyjna. Słowo była w niektórych przypadkach jest tu niewłaściwie użyte, gdyż w wielu regionach Rosji (i nie tylko) do tej pory ta herbatka ma swoich wielbicieli. O tym jak się robi iwan czaj napiszę innym razem. W tym wpisie opiszę ogólnie, z czego i w jaki sposób fermentować.

W Polsce mamy piękną tradycję picia herbatek przygotowywanych ze świeżych bądź wysuszonych ziół. Pijemy i nam smakuje, wiec można sobie zadać, a po co fermentować? Przecież to te same rośliny, tylko inaczej przygotowane. Otóż smak fermentowanych herbatek jest inny, dużo lepszy. Fermentacja liści pozwala na wydobycie z nich pełni smaku, aromatu i koloru.
Jeśli chodzi o fermentowanie surowca na herbatki to jest to metoda u nas prawie nieznana. Obecnie się to zmienia, fermentowanie wszystkiego, co się tylko da, jest bardzo na czasie. Po części dzięki różnym modom na bycie samowystarczalnym, eko czy true. Nie dziwcie się zatem, gdy ktoś poprosi was o wegańską herbatkę :)

Sięgamy po stare przepisy, jak też ściągamy od innych. A mamy się czego uczyć, chociażby od sąsiadów ze wschodu. W Rosji tradycja fermentowanych herbatek jest ciągle żywa. Nie przesadzę jeśli powiem, że tam to robią herbatkę prawie ze wszystkiego co rośnie. Nie wnikam w powody takiego działania. Zachęcam za to gorąco do samodzielnego przygotowania herbatek. Uważam, że warto. Co rok robię kilkanaście litrów herbatek z kilku gatunków roślin. Co roku testuję nowe. Rzecz jasna tyle sam nie zużywam, częstuję nimi znajomych, bynajmniej nie za karę :) Wszystkim smakują, to wydaje mi się wystarczającą zachętą. To do dzieła.

Procesem, który zachodzi podczas robienia herbatek jest fermentacja. Z takim określeniem spotkamy się w większości źródeł, widocznie słowo fermentacja kojarzy się nam z czymś dobrym. Jednak wnikając w biochemiczne procesy, które zachodzą przy przetwarzaniu liści na herbatki, to jest to enzymatyczne utlenianie, a nie fermentacja. Zerwane liście stopniowo tracą wodę i więdną. Następuje zniszczenie ich struktury i uwolnienie soku. Pod wpływem bakterii następuje rozkład ścianek komórkowych, składniki chemiczne zawarte wewnątrz liścia reagują ze sobą oraz tlenem. To w efekcie kontrolowanego utleniania liście zmienią kolor, a herbatki nabierają pożądanego przez nas aromatu i smaku.

W naszym kraju rośnie cała masa roślin, z których możemy przygotować smaczne i wartościowe herbatki. Z roślin rosnących w przydomowych ogródkach będą to liście: truskawki, aronii, wiśni, śliwy, gruszki, mirabelki, orzecha włoskiego, winogrona, pigwy, bergenii, melisy oraz kwiaty bzu lilaka. Rośliny dziko rosnące: jeżyna, malina, poziomka, porzeczka, wierzbówka kiprzyca, wierzbownica drobnokwiatowa, mięta, wierzba iwa, głóg, tarnina, dereń, czeremcha (amerykańska i zwyczajna), jabłoń, klon (liście + kwiaty), jesion, lipa, leszczyna, sosna. To cześć roślin, z których można zrobić herbatkę fermentując liście. Zachęcam do własnych eksperymentów i poznawania smaków.

Proces fermentowania liści na herbatkę składa się z kilku etapów. Każdy etap jest ważny i nie można go pominąć.
1. zbiór
2. więdnięcie
3. skręcanie
4. fermentacja
5. suszenie

Zbiór surowca najlepiej przeprowadzić rano podczas suchej pogody. W upalne dni liście mają mniej soków i proces fermentacji będzie utrudniony. Rośliny rosnące w cieniu mają bardziej soczyste liście i proces fermentacji będzie przebiegał korzystniej. Banałem jest stwierdzenie, że pozyskujemy rośliny z terenów czystych ekologicznie. Liści nie myjemy chyba, że są bardzo brudne. Sprawdzamy by liście nie były pokryte pajęczyną, nie miały pod spodem przyczepionego ślimaka czy jajeczek, nie były uszkodzone przez szkodniki i nie miały oznak chorób. Krotko mówiąc, liście mają być czyste i zdrowe.

Rośliny to rzecz sezonowa. Inne gatunki zbieramy wiosną, a inne latem czy jesienią. Zrywanie liści w trakcie zawiązywania się owoców jest niekorzystne, gdyż osłabia roślinę. Ogólnie jest taka zasada, że najkorzystniej zbierać liście podczas owocowania roślin. Podobno herbatki z zebranych w tym okresie liści są najsmaczniejsze. Jest w tym zapewne dużo prawdy, gdyż owocowanie to etap kulminacyjny rozwoju rośliny, gromadzi ona wtedy najwięcej przydatnych substancji zapachowych i smakowych. Oczywiście nie jest to ścisła zasada. Niektóre rośliny zbieramy podczas kwitnięcia albo nawet przed. Wg moich spostrzeżeń różnice w smaku większości herbatek robionych ze zbiorów wiosennych przed kwitnięciem, a na jesieni, już po owocowaniu, są niedostrzegalne. Niepodważalny jest fakt, że wiosenne liście są delikatniejsze, bardziej soczyste i zdrowsze. Łatwo je zbierać i przerabiać. Te jesienne bywają przebarwione, uszkodzone przez szkodniki, zarażone chorobami. Trudniejszy jest ich zbiór i przerabianie. Nie podam konkretnych przykładów, co i kiedy zbierać, to ogólne zasady, którymi można się kierować. Gdy idę do lasu i widzę ładne liście poziomki, mam ochotę na herbatkę, to po prostu zbieram. Tak samo jest z innymi roślinami. Kwitnie lilak czy klon, mam możliwość przerobienia, to zrywam. Okres zbioru kwiatów jest bardzo krótki, trwa 1-2 tygodni, ale liści jest już znacznie dłuższy, nawet do kilku miesięcy. Liście takich roślin jak np. malina, jeżyna, czeremcha, wierzbówka zdarza mi się zbierać zarówno w maju, jak i w październiku. Roślin jest tyle, że co najmniej od wiosny do jesieni czas wolny możemy spędzać na produkcji herbatek.

Nasze zbiory musimy teraz  rozłożyć, na suchym, równym i czystym podłożu (gazetach, stole, deskach, skrzynkach, sicie, płótnie itp.), równą 3-5 cm warstwą do zwiędnięcia, około 2 godzin. Co jakiś czas mieszamy by wszystkie więdły równomiernie. Koniec procesu więdnięcia poznajemy po tym, że przy złożeniu liścia na pół nerw centralny nie łamie się tylko jest miękki, obumarł. Gdy ten krok pominiemy, to nadmiar wilgoci niekorzystnie wpłynie na proces fermentacji i co za tym idzie jakość herbatki. A więc rozkładamy liście w zacienionym (to ważne) i przewiewnym miejscu i spokojnie czekamy. Napijmy się w tym czasie herbatki, którą zrobiliśmy wcześniej. Gdy suszymy na zewnątrz a mocno wieje wiatr, jest bardzo sucho, nie mamy czasu zająć się liśćmi, to zawijamy je w ręcznik lub koc.
Liście po więdnięciu można przechowywać w zamrażarce bądź lodówce. Niektórzy pomijają etap więdnięcia i ładują liście od razu po zbiorze. W ten sposób można przechowywać dłużej zbiory do czasu, gdy będziemy mieli czas na ich przetworzenie.  Pod wpływem niskiej temperatury błony komórkowe pękają i uwalniają sok. To ułatwia później zwijanie liści, a sam susz ma ciemniejszą barwę. Herbatki z tak przygotowanego surowca mają intensywny smak. 

Trzeci etap fermentacji herbatek to skręcanie. Naszym zadaniem jest zniszczenie struktury liścia i uwolnienie soku, który zawiera enzymy odpowiedzialne za fermentację. Zbyt mała ilość soku, a co za tym idzie i niewłaściwy przebieg fermentacji obniża jakość herbatki. Skręcanie można przeprowadzić na kilka sposobów. Najpopularniejszy to skręcanie liści w dłoniach. Bierzemy kilka liści zgniatamy w kulkę aż pociemnieją  (puszczą sok). Liście można też skręcać pomiędzy dłońmi podobnie jak cygaro w rolki, łatwiej jest je wtedy pociąć po fermentacji (przed suszeniem). Sposób na dużą produkcję herbaty granulowanej to skręcanie liści w maszynce do mięsa z dużymi otworami. Gdy przetwarzamy na herbatkę liście, które wcześniej były schłodzone/zamrożone, to w zasadzie nie trzeba ich skręcać.

Czas na fermentację liści, najtrudniejszy technicznie etap. Od jakości tego procesu w głównej mierze zależy smak, aromat i właściwości (w tym zdrowotne) herbatki. Fermentacja rozpoczyna się od momentu zniszczenia komórek i uwolnienia na powierzchnię liścia soków. W liściach zachodzi łańcuch przemian, które doprowadzamy do pewnego poziomu, po czym przerywamy. Konieczne jest stworzenie odpowiednich ku temu warunków - temperatury i wilgotności. 
Skręcone liście upychamy do czystego słoika i  szczelnie zakręcamy. To najpopularniejszy u nas obecnie sposób. Ja korzystam z 1 litrowych słoików, w sam raz na własne potrzeby. Liście powinny być mocno ściśnięte, niektórzy je nawet ubijają drewnianym tłuczkiem. Surowiec można też fermentować w naczyniach (garnki, kubki, miski, wiaderka) metalowych, ceramicznych, szklanych czy plastikowych. Istotne jest to, by były czyste, inaczej surowiec może spleśnieć i przejść obcymi zapachami. Naczynie przykrywamy wilgotną ściereczką (ręcznikiem), może być pokrywka.
Starszą metodą jest  fermentowanie liści w wilgotnym płótnie. Metoda o tyle dobra, że można ją zastosować na leśnym wypadzie. Raczej mało kto z nas nosi słoiki w plecaku, są ciężkie i trzeba ostrożnie się z nimi obchodzić. Takich problemów nie ma z odzieżą, w którą można by zawinąć liście do fermentacji. Zwykle i tak zabieramy ze sobą zapasową odzież, koszulkę, ręcznik itp. Zaleca się naturalne włókna, len lub bawełnę, gdyż materiały te dobrze wchłaniają wilgoć. Skręcone liście rozkładamy cienką warstwą na czystym płótnie, skrapiamy delikatnie wodą i zawijamy szczelnie jak naleśnik. Powierzchnię tego zawiniątka też zwilżamy (tylko nie przesadzajmy) wodą. Odkładamy w ciepłe i zaciszne miejsce. Metoda z zawijaniem liści w płótno jest rzadziej spotykana i wg mnie bardziej kłopotliwa. Wymaga więcej czasu, trzeba stale zwilżać płótno, łatwiej pojawia się pleśń.

Słoik czy też inne naczynie z surowcem umieszczamy w ciepłym miejscu, o stałej temperaturze, można dodatkowo okryć ręcznikiem lub kocem. Nie wystawiamy bezpośrednio na działanie promieni słonecznych, przykrywamy. Optymalna temperatura do przebiegu fermentacji dla większość roślin to 22-26 ºC. Tyle podają źródła. Dla niektórych roślin i metod właściwa będzie górna granica tego zakresu, inne wymagają o kilka stopni niższych temperatur. Pamiętajmy, że fermentacja przebiega z wydzielaniem ciepła. Im wyższa temperatura, tym szybciej zachodzi fermentacja. Tylko, że za wysoka temperatura, jak też niska niekorzystnie wpływa na jakość herbatki. Przy niskiej temperaturze fermentacja ustaje. Zadbajmy więc by minimum te 20 ºC było. Przy temperaturze powyżej 30 ºC fermentacja też zajdzie, nawet szybciej, ale herbatka będzie mniej aromatyczna i smaczna. Tu ponownie powołuję się na źródła. Jednak według moich, jak też i doświadczeń znajomych nie jest to do końca prawdą. Piłem herbatki fermentowane w temperaturze 40-50 ºC i bardzo mi smakowały. W raptem kilka godzin przeprowadzimy cały proces, a nie jakieś tam 12 czy więcej godzin. Nie tylko ja tak robię, że fermentację przeprowadzam niekiedy w wyższych od zalecanych temperatur. A więc tych 30 ºC stopni nie traktujmy jako granicy, której absolutnie nie można przekroczyć. Zalecana temperatura fermentacji nawiązywała do historii, kiedy to fermentowano surowiec w sposób naturalny w temperaturze otoczenia. Nie raz specjalnie czekałem ze zbiorem i fermentacją surowca na odpowiednie warunki, kiedy to temperatura powietrza przekroczy 25 ºC. Obecnie w warunkach domowych fermentację można przeprowadzić w piekarniku z termostatem. Ustawiam sobie jaką chcę temperaturę i do dzieła. Nie muszę się już martwić, że mi temperatura na zewnątrz spadnie i ustanie fermentacja. Przenosić, chować, ocieplać. Kuchenka to nie jedyne rozwiązanie, rozejrzyjcie się po domu, otoczeniu, gdzie jest odpowiednia temperatura do fermentacji. Mi zdarzało się korzystać z wnętrza samochodu pozostawionego na słońcu, szklarni, zapiecka i jeszcze kilku innych miejsc. 

Herbata dojrzewa, zmienia się kolor liści, z intensywnie zielonego na jaśniejszy, zazwyczaj jest to zgniła zieleń. Nie zawsze, może też ściemnieć, to zależy od gatunku rośliny, który poddajemy fermentacji jak i samych warunków. Dlatego kolorem liści nie można się sugerować. Czas też nie jest ścisłym wyznacznikiem końca fermentacji. Czas to tylko ogólny wyznacznik, który nam podpowiada, że przy określonych warunkach powinniśmy zakończyć proces fermentacji. Łapiemy zapach. To jest najważniejsza cecha pozwalająca określić koniec procesu. Co to znaczy łapać zapach? Każda roślina ma własny, charakterystyczny zapach. Po etapie więdnięcia i skręcania większość liści pachnie nieszczególnie, przypomina to zapach świeżo skoszonej trawy. Pod wpływem fermentacji ten zapach się radykalnie zmieni, poczujecie przyjemny, słodki zapach owoców, kwiatów, miodu, migdałów itp. Te zapachy oczywiście będą się nieco różnić w zależności od gatunku. W każdym bądź razie tą zmianę na pewno zauważycie/poczujecie. Fermentację przerywamy, gdy ten zapach będzie najbardziej intensywny. Jeśli przedłużymy proces fermentacji, to herbatka będzie mniej aromatyczna.

Czas fermentacji jak już wcześniej wspomniałem w głównej mierze od temperatury. I tak przy temperaturze 50 ºC po 2 godzinach sprawdzamy, co się dzieje z naszą herbatką, jak pachnie. Przy temperaturze około 40 ºC po 3 godzinach, dla temperatur w granicach 25-30 ºC proces fermentacji średnio powinien się zamykać w 6-8 godzinach. Czyli możemy przyjąć, że w takich normalnych letnich warunkach cały proces powinien zamknąć się w ciągu jednego dnia. Przy fermentowaniu liści zawiniętych w płótno proces zachodzi wolniej i czas ten jest dłuższy, średnio trwa 3-5 dni.

Po zakończeniu fermentacji liście zwijane w kulkę bądź rolowane powinno się pokroić na mniejsze kawałki. Sfermentowany surowiec wyjmujemy i rozkładamy równa warstwą do wysuszenia. Zalecane jest szybkie suszenie w piekarniku przy uchylonych drzwiczkach w temperaturze 100 ºC przez około 1 godzinę. Co jakiś czas sprawdzamy i  mieszamy surowiec by równomiernie schnął. Nie przesuszmy go, po wysuszeniu herbatka nie powinna dać się rozetrzeć na pył a być lekko elastyczna. Ja wolę wcześniej zakończyć suszenie w piekarniku i dosuszyć proces w warunkach naturalnych w temperaturze pokojowej.  Dawniej suszono na ciepłym piecu. Susz rozkładało się na nagrzanej płycie i przykrywało ściereczką. Teraz takie piece to już tylko w skansenie można pooglądać.  Podczas suszenia liście zmieniają barwę, ciemnieją. Większość herbatek przybierze kolor prawdziwej czarnej herbaty. Często też podczas suszenia znika kwiatowy zapach suszu. Bez obaw, uwolni on się ponownie po zaparzeniu herbatki.

Wysuszone herbatki przechowujemy w szczelnych pojemnikach. Przez okres około miesiąca herbatki dojrzewają, zachodzi tak zwana sucha fermentacja. Przez ten czas zyskują na smaku i aromacie.

Fermentowane herbatki parzymy tak samo jak tradycyjną herbatę. To w skrócie będzie na tyle, idę na herbatkę.

czwartek, 8 czerwca 2017

Gotowane młode kolby pałki a'la kukurydza

Jeśli lubicie chrupać gotowane kolby kukurydzy, to mam dla was ciekawą propozycję. Nie będzie to jednak kukurydza, a jej leśny, dziki substytut.
Koniec kwietnia i początek czerwca to sprzyjający okres na zbieranie pałki szerokolistnej, a dokładnie jej młodych kwiatostanów nazywanych popularnie kolbami. W górnej części jest kwiatostan męski, wcześniej zakwita i szybko się rozsypuje. W okresie kwitnienia z tej górnej części zbieramy pyłek. Kwiatostan żeński (hubka do krzesiwa) jest poniżej, zakwita później i pozostaje na łodydze aż do wiosny. Niedojrzałe, żółto zielonawe kolby pałki szerokolistnej oraz pozostałych gatunków są jadalne. Zarówno męska jak i żeńska cześć kwiatostanu. Zbieramy je zanim pojawi się pyłek i zbrązowieją, później są niesmaczne, jakbyśmy próbowali zjeść kawałek dywanu. Młode kolby na początku okryte są liśćmi, trzeba się ich pozbyć.
Proszę pamiętać, że tak jak i inne rośliny pałkę pozyskujemy tylko z czystych regionów o nieskażonej glebie i wodzie, gdyż może kumulować zanieczyszczenia.

Najprościej młode kolby ugotować w lekko osolonej wodzie przez 10 minut. Wewnętrzna część jest twarda i niejadalna, zjadamy tylko zewnętrzną, miękką część kolby. Najsmaczniejsze na ciepło, przypominają kukurydzę. Podobnie jak to ma miejsce przy gotowanych kolbach kukurydzy do pałki pasuje odrobina masła, pieprz, różne nasiona czy przyprawy ziołowe.

wtorek, 6 czerwca 2017

Rok poszukiwacza roślin - czerwiec


Czerwcowa lista roślin jest jeszcze dłuższa niż majowa. Pojawia się problem. Zdecydowanie na mało wolnego czasu na zbiór i przetwarzanie roślin. Trzeba wybrać kierunek poszukiwań i konkretne gatunki, inaczej polegniemy. Ja w ten weekend zbierałem i fermentowałem liście na herbatki. Bardzo dobry okres zbioru wierzbówki, zaczyna już kwitnąć. Kilka słoików na początek, bo tylko tyle dałem rady przerobić za jednym razem. Poza tym mniejsze ilości jeżyny, czeremchy i poziomki. Inne gatunki czekają. Nad wodą prócz młodych przyrostów pałki zbierałem pyłek i młode kolby, ugotowane przypominają kukurydzę. Ze słodkości kwiaty robinii i bzu. Zakisiłem też barszcz na obiad i podagrycznik. A przeznaczyłem na to tylko jeden dzień. Za kilka dni długi weekend i będzie można ponownie wybrać się do lasu na zbiory.


To już czerwiec, pół roku mija jak rozpocząłem pisanie kalendarza. Krótkie posumowanie tego okresu. Śledząc wpisy łatwo zauważyć jak wydłuża się lista i przybywa gatunków. Chociaż na tych ostatnich zdjęciach nie widać tego bogactwa, fizycznie nie daje razy w ciągu jednego dnia (bo tylko tyle mogę poświecić) zebrać wszystkie rośliny i je sfotografować. To co piszę, to tylko taka malutka cząsteczka ogromnego bogactwa roślin. Pokazanie kierunku, a nie wszystkich dróg którymi można podążać.

Korzenie - czerwiec to nie jest to najlepszy okres pozyskania dla większości gatunków. Dalej zbieramy liście, młode łodygi, kwiatostany, pyłek, niedojrzałe łupiny i nasiona. Pod koniec czerwca pojawią się już pierwsze owoce - poziomki i dzikie jabłka oraz ziarniaki traw.

Lista roślin:
arcydzięgiel - młode łodygi i liście
babka - liście, zielone kwiatostany
barszcz zwyczajny- liście, łodygi, nasiona, korzenie
berberys - liście
bez czarny - kwiaty
biedrzeniec - liście
bluszczyk kurdybanek -liście
bniec - liście
borówka - liście
borówka czernica - pod koniec miesiąca powinny pojawić się już owoce
bylica - liście
chmiel - korzenie
chrzan pospolity - liście, korzenie
chwastnica jednostronna - młode pędy, nasiona
cykoria podróżnik - liście, korzenie,
czeremcha - liście
czosnaczek pospolity - liście, zielone łuszczyny, nasiona
dzięgiel - liście, łodygi, nasiona, korzenie
dziurawiec - liście, kwiaty
dzwonek - korzenie, liście
fiołek - liście, kwiaty
gorczyca - liście, kwiaty, zielone łuszczyny, nasiona
gorczycznik - liście
groszek - korzenie, młode pędy, nasiona,
gwiazdnica pospolita- liście
jabłoń - owoce
jałowiec pospolity - owoce
jasnota - liście, kwiaty
jeżogłówka -  korzenie
jeżyna - liście, młode pędy
jodła - liście
komosa - liście, nasiona
koniczyna - liście, kwiaty
kozibród - liście
krwawnik pospolity - liście
lebiodka - liście
łoboda - liście, nasiona
łopian - liście
macierzanka - liście
malina - liście
malwa - liście
marchew zwyczajna - liście, korzenie
mięta - liście
mlecz - liście
mniszek - liście, kwiaty, korzenie
morwa - liście
niecierpek - nasiona
oset - liście, łodygi, dna koszyczków kwiatowych, korzenie
ostrożeń - podobnie jak oset
palusznik - nasiona
pałka - młode przyrosty, młode kolby, pyłek, korzenie
pasternak - liście, korzenie
perz - korzenie, nasiona
pięciornik gęsi - liście, korzenie
podagrycznik pospolity - liście
pokrzywa - liście, nasiona
porzeczka - liście
poziomka - liście, owoce
przytulia - liście, nasiona
rdest - liście, nasiona
rdestowiec - liście, młode pędy
robinia akacjowa - kwiaty
rozchodnik wielki - liście, korzenie
róża - kwiaty
rukiew - liście
rzeżucha - liście
sitowie - młode przyrosty, korzenie
stokrotka - liście, kwiaty
szałwia - liście
szczaw - liście
szczawik - liście
ślaz - liście
świerk - młode pędy
tasznik pospolity - liście
tatarak - liście, korzenie
wiązówka - liście
wierzbówka kiprzyca - liście
włośnica - nasiona
wyka - młode pędy,  nasiona
zerwa kłosowa - korzenie

piątek, 2 czerwca 2017

Robótki w krzemieniu - noże, groty, ostrza


W chwilach wytchnienia, w chłodzie jaskini, łupię krzemień. Powstają z niego różne rzeczy: noże, groty, ostrza itp. Cześć widać na zdjęciach, pozostałe czekają na ujawnienie :)

niedziela, 21 maja 2017

Hubka do krzesiwa tradycyjnego preparowana sokiem z glistnika


Preparowanie materiałów na hubkę popiołem z drzew możemy zastąpić z równie dobrym skutkiem sokiem roślinnym. Dokładnie sokiem z glistnika jaskółcze ziele. Zebrane ziele glistnika trzeba dokładnie rozgnieść na twardej powierzchni np. na kamieniach lub drewnie do uzyskania roślinnej soczystej papki. Następnie w tym soku nasączamy materiał na hubkę.
Hubkę preparowaną sokiem z glistnika możemy przygotować z artykułów papierniczych (chusteczek  higienicznych, papieru i ręcznika toaletowego, gazety itp.) oraz hubiaka pospolitego. Prawdopodobnie lista jest dłuższa, ale tylko te materiały jak na razie zdążyłem sprawdzić.

Nasączony sokiem z glistnika materiał na hubkę suszymy. Przed użyciem hubkę starannie mechacimy na jak najdrobniejsze włókna. Hubki preparowane sokiem z glistnika działają podobnie jak hubki preparowane popiołem.

Zadajmy sobie pytanie, po co się w to bawić? Puśćmy wodze fantazji i stwórzmy taką oto symulację. Nie mamy przy sobie żadnych źródeł ognia, a jest nam bardzo potrzebny. Przy pasie mamy przypięty jedynie nóż ze stali węglowej. W kieszeniach spodni znajdujemy chusteczki higieniczne. W okolicy rośnie glistnik i kawałek krzemienia też znajdziemy. Zakładam też, że nie dysponujemy popiołem ani innymi środków którymi można było by spreparować hubkę. Dobrym rozwiązaniem wydaje się wtedy zrobienie hubki z papieru moczonego w soku roślinnym. W sprzyjających warunkach pogodowych chusteczka nasączona sokiem wysycha po kilkunastu minutach.  To oznacza, że w bardzo prosty i szybki sposób możemy spreparować hubkę do krzesiwa. Glistnik jaskółcze ziele to roślina bardzo pospolita i łatwa do rozpoznania.

Informację o preparowaniu hubek sokami roślinnymi podesłał mi kolega jhp. Sprawdziłem, działa. Dziękuję.

wtorek, 16 maja 2017

Rok poszukiwacza roślin - maj



















Nie tylko zielono, ale i kolorowo jest w maju. Prócz młodych, soczystych liści dużo roślin kwitnie. Jest z czego robić syropy, nalewki, wina, octy, jest co suszyć, kisić, marynować, kandyzować i podjadać. Trudno wręcz nadążyć ze zbiorem i przetwarzaniem. Dobrze, że dzień długi. Powoli kończy się sezon na jadalne korzenie. Zaczął się sezon na fermentowane herbatki.

Lista majowych jadalnych roślin jest bardzo duża, dla łatwiejszego odszukania wymienię je w kolejności alfabetycznej.

arcydzięgiel - młode łodygi i liście, roślina pod ochroną, zbiór tylko z   przydomowych ogródków
babka - liście
barszcz zwyczajny- liście i łodygi, teraz są najsmaczniejsze
bez czarny - kwiaty, za kilka dni już się pojawią
biedrzeniec - liście
bluszczyk kurdybanek -liście
brzoza - liście
buk - liście
bylica - liście
chmiel - młode pędy, korzenie
chrzan pospolity - liście, korzenie
cykoria podróżnik - liście, korzenie,
czeremcha - liście, kwiaty
czosnaczek pospolity - liście
czosnek niedźwiedzi - liście
czyściec błotny - korzenie
dzięgiel - liście i łodygi
dziurawiec - liście
dzwonek - korzenie
fiołek - liście, kwiaty
głóg, liście, kwiaty
gorczyca - liście
gorczycznik - liście
groszek - korzenie, młode pędy
gwiazdnica pospolita- liście
jałowiec pospolity - owoce
jasnota - liście, kwiaty
jeżyna - liście, młode pędy
jodła - liście
klon - liście
kminek - korzenie
komosa - liście
koniczyna - liście, kwiaty
kozibród - liście, korzenie
krwawnik pospolity - liście
lebiodka - liście
lipa - liście
łączeń - korzenie
łoboda - liście
łopian - korzenie, liście
macierzanka - liście
malina - liście
malwa - liście
marchew zwyczajna - liście, korzenie
mięta - liście
mlecz - liście
mniszek - liście, kwiaty, korzenie
oset - liście, łodygi, dna koszyczków kwiatowych
ostrożeń - podobnie jak oset
pałka - młode przyrosty, korzenie
pasternak - korzenie, liście
perz - korzenie, liście
pięciornik gęsi - liście, korzenie
podagrycznik pospolity - liście, łodygi
pokrzywa - liście
poziomka - liście
przytulia - liście
rdest - liście
rdestowiec - liście, młode pędy
rukiew - liście
rzeżucha - liście
sitowie - młode przyrosty, korzenie
sosna - młode kwiatostany męskie
stokrotka - liście, kwiaty
szczaw - liście
szczawik - liście
szczypiorek - liście
szparag - młode pędy
ślaz - liście
świerk - młode pędy
tasznik pospolity - liście
tatarak - liście, korzenie
topinambur - korzenie
wiązówka - liście
wierzba - liście
wiesiołek - korzenie
żywokost - liście

Życzę wszystkim udanych zbiorów.

niedziela, 7 maja 2017

Linka z wiązowego łyka

Nie pisałem jeszcze na blogu w jaki sposób zrobić w terenie linkę z naturalnych włókien. Nie oznacza to jednak, że nie mam w tym temacie doświadczenia i czegoś takiego nie robiłem. Przyznaję, że stosunkowo rzadko sam skręcam w terenie linki z naturalnych włókien. Powodów jest kilka, po pierwsze z wygody noszę ze sobą kilka metrów linki z tworzyw sztucznych lub naturalnych zakupionych w sklepie. A jeśli już nie mam przy sobie, to  robię na szybko z tego co znajdę po drodze (reklamówki z tworzyw sztucznych, ubrania, izolacje przewodów elektrycznych itp.). Druga sprawa to pozyskanie surowca, nie zawsze mamy taką możliwość jak wykorzystanie świeżo ściętych przez innych drzewek lub gałęzi. Okaleczanie żywych drzew tylko po to, by przećwiczyć robienie linek jest nie do przyjęcia. Ostatnia rzecz to czas, jednak skręcenie linki zajmuje troszkę czasu, którego wiecznie nam brakuje. Zawsze znajdujemy ważniejsze lub przyjemniejsze czynności, które możemy robić w terenie. Komu by się chciało skręcać linkę np. do łuku ogniowego w terenie?

Na warsztatach najczęściej pokazuję w jaki sposób wykonać linki z wcześniej przygotowanego lipowego łyka. Jednak sam w terenie szukam surowców na linkę, które się nadają do użycia od razu, bez kilkudniowego moczenia. Jednym z takich naturalnych materiałów jest wiązowe łyko.

Niedawno szukałem w dzikiej kopalni piasku płaskich kamieni na ognisko do pieczenia podpłomyków. Prócz kamieni znalazłem też ścięte świeżo młode wiązy, które ktoś wyrzucił. Proste, z małą ilością gałęzi i o nieuszkodzonej korze drzewka znakomicie nadawały się do pozyskania z nich łyka i zrobienia wytrzymałej linki. Kora bez problemu odchodziła od pnia, po nacięciu nożem odrywałem ok. 2 m długości pasy.






Następnym etapem było oddzielenie elastycznego łyka od warstwy kory. Wybrałem dwa najdłuższe pasma o równej szerokości i na kolanie skręcałem w linkę. Gdy kończyło się pasmo, dołączałem kolejne, tak, powstał sznurek o równej grubości. Ponieważ dzień był słoneczny i łyko wysychało, robiło się sztywne, musiałem je moczyć w wodzie. Z stąd ten ciemniejszy kolor.  W sumie zrobiłem kilka metrów wytrzymałej linki.







W sytuacji kiedy potrzebujemy wytrzymałej linki i nie mamy czasu na preparowanie surowców roślinnych czy też zwierzęcych, wiązowe łyko jest korzystnym rozwiązaniem. Linka z wiązowego łyka jest elastyczna i wytrzymała, a jej wykonanie nie zajmuje dużo czasu.


piątek, 5 maja 2017

Krzesiwa syntetyczne własnej oprawy

Zamówiłem kilka prętów żelazowo-cerowych z zamiarem ich samodzielnego oprawienia. Wymiary prętów cerowożelazowych to 8 mm grubości na 80 mm długości. Pręty są wklejone w kawałki poroża i drewna. Naturalne materiały jakie zastosowałem do oprawy nadały im leśnego klimatu. Do części z krzesiw dodałem jeszcze krzemienny krzesak. Na ostatnim zdjęciu jest oprawione jedno krzesiwo XXL (12x130 mm) oraz jedno mniejsze 6x60 mm. Pierwsze z prawej to jedno z moich pierwszych krzesiw syntetycznych jakie posiadałem. Jest małe i lekkie, waży zaledwie kilka gram. Takie w zupełności mi wystarczało. Było przywiązane linką do sakiewki z suchą hubką i przez kilka lat zawsze zabierałem je ze sobą w teren. Gdy trzeba było skrzesać ogień krzesiwo działało niezawodnie. Obecnie na rynku da się zauważyć trend do coraz większych krzesiw. Pytanie retoryczne, czy większe, oznacza lepsze? A może postawić na umiejętności i mniej dźwigania?



niedziela, 23 kwietnia 2017

Tytanowe krzesiwo - pierwsze próby


Przed kolejnym wyjazdem w góry postanowiłem maksymalnie odchudzić swój ekwipunek. Walczyłem o każdy gram i centymetr. Duży i ciężki plecak to udręka w czasie wędrówki, zwłaszcza w trudnym terenie. Jedną z rzeczy, które wówczas zrobiłem była  wymiana naczyń stalowych na tytanowe, odciąłem też ucho w tytanowym kubku, zawsze to kilka gram mniej do dźwigania. Podczas cięcia tytanowego ucha w kubku na szlifierce stołowej powstawały duże ilości jasnych iskier. Już wtedy, prawie 10 lat temu, pomyślałem nad możliwością zrobienia krzesiwa z tytanu, które by działało tak jak tradycyjne stalowe. Skoro z tytanu powstają gorące iskry, jaśniejsze niż przy krzesiwie stalowym, to dlaczego miały by one nie zapalić hubki? Teoretycznie krzesiwem tytanowym dającym iskry o wyższej temperaturze powinniśmy zapalić hubki o wyższej temperaturze zapłonu. O ile wyższej, jakie hubki i czy teoria znajdzie potwierdzenie w praktyce, to wymagało sprawdzenia.

Do prób użyłem tytanowej patelni turystycznej, uderzałem mocno rantem patelni o krzemień, iskry były co prawda jasne, ale skrzesałem ich bardzo mało w porównaniu do krzesiwa stalowego. Materiał, z jakiego była wykonana patelnia, był zbyt miękki, by używać go tak samo jak krzesiwa tradycyjnego. Zniechęcony odłożyłem temat tytanowego krzesiwa.

Kilka lat później przeczytałem ciekawy artykuł o pożarach w USA powstałych w trakcie gry w golfa. Nie był to jednorazowy przypadek, kilkadziesiąt hektarów spłonęło. Sucha roślinność kortów zapaliła się od iskier powstałych w wyniku uderzenia kijem golfowym o kamieniste podłoże.  Kije golfowe powlekane tytanem bądź wykonane ze stopu tytanu przy uderzaniu o kamienie mogą być źródłem iskier o temperaturze do 1500C i spalają się dłużej niż 1 sekundę! Tytan gwałtownie reaguje zarówno z tlenem jak i azotem z powietrza. To wystarczająca energia do zapłonu suchej trawy czy liści.

Kilka miesięcy temu, na forum www.bushcraftusa.com. przeczytałem recenzję krzesiwa tytanowego wykonanego przez Vladimira Zubkowa z Rosji. Post jest ze 4 stycznia 2015 roku, zatem można uznać to za nowinkę w temacie ognia. Wnioski płynące z testów były bardzo zachęcające, krzesiwo tytanowe wytwarza iskry o temperaturze 700 do 800 stopni wyższe niż zwykły napastnik ze stali węglowej. Porównajmy, krzesiwo tradycyjne stalowe umożliwia skrzesanie iskier o temperaturze ok. 800C, krzesiwo tytanowe ok. 1600C, a krzesiwo syntetyczne ok. 3000C. Ponieważ iskry z krzesiwa tytanowego mają wyższą temperaturę niż iskry powstające przy uderzaniu krzesiwem tradycyjnym o krzemień, możliwe jest użycie hubek o wyższej temperaturze zapłonu. Liczba dostępnych hubek jest też dużo większa. Nie będę przepisywał listy hubek, które inni sprawdzili i działają, innym razem się tym zajmę po tym jak sam je przetestuję. Dotychczas z krzesiwem tytanowym sam używałem jedynie zwęglonej bawełny. By skrzesać iskrę tytanowym napastnikiem trzeba mocniej uderzać, ponieważ tytan nie jest tak twardy jak wysoko zahartowana stal, nawet po utwardzeniu czy przy stopach tytanowych.

Napisałem do Vladimira by wykonał dla mnie jedno krzesiwo tytanowe, lecz odmówił tłumacząc, że krzesiwa są dopiero na etapie testów, był niezadowolony z małej ilości krzesanych iskier. No cóż, cierpliwie poczekam na krzesiwo od niego. Pozostało mi samemu poszukać materiału na krzesiwo.
Tytan jest rzadko spotykanym metalem, bez porównania do wszędobylskiej stali. Ze względu na wysoką wytrzymałość mechaniczna i odporność na korozję tytanu używa się zwykle w stopach z innymi metalami. Dla przykładu tytanu używa się w przemyśle lotniczym, sportów ekstremalnych (np. rowery, sprzęt wspinaczkowy), ale i do zastosowań domowych (np. podgrzewacze wody, prostownice do włosów). Nie każdy wyrób z tytanu nadaje się do skrzesania skier, to tak jak ze stalą. Do moich prób potrzebowałem tytanu o wysokiej twardości.

Z pomocą przyszedł kolega, który przysłał mi kawałek blaszki tytanowej, czy to jest czysty tytan, czy stop trudno powiedzieć. Pierwsze próby i szybkie rozczarowanie, mało iskier, które trudno ukierunkować i złapać na hubkę. Uderzałem o krzemień, kwarcyt, radiolaryt, pomyślałem, ze zmiana materiału krzesaka coś pomorze. I był to trop we właściwym kierunku. Po kilku próbach najlepszym rozwiązaniem okazało się uderzanie tytanową blaszka o posadzkę wyłożoną terakotowymi płytkami. Czyli nie ostra krawędź krzemienia, a płaska i dość gładka płytki. To jest zrozumiałe, trudno oderwać pod wpływem uderzenia o ostrą, twardą krawędź miękki metal. Zdeformujemy go prędzej, a jeśli już to wiór będzie miał za małą energię początkową. Ważny jest rozmiar powstających wiórów jak i prędkość. Uderzanie tytanową blaszką o powierzchnię płytki posadzkowej z dużą prędkością powoduje znaczne tarcie, rozgrzanie do wysokiej temperatury i efekcie oderwanie od krawędzi blaszki małych, tytanowych wiórów. Mają one na tyle dużą energię, że ulegają zapłonowi.

Sukces w 100%, dużo iskier, długo się żarzących, hubka bez problemu chwyta iskry i ulega zapłonowi. Technika nie najłatwiejsza, ale jak najbardziej powtarzalna. Z tytanowej blaszki i małego kawałka terakotowej płytki zrobiłem zestaw do krzesania o dość niecodziennym wyglądzie, raczej nikt by nie podejrzewał do czego może to służyć. Pozostaje mi przetestowanie możliwości tytanowego krzesiwa z rożnymi hubkami. A gdy dorwę kawałek tytanu, z którego da się zrobić krzesiwo o bardziej klasycznym wyglądzie i technice krzesania, to zdam relację.

Krótki film z testów tytanowego krzesiwa:  https://www.youtube.com/watch?v=Yk8hMdw4vnU

wtorek, 18 kwietnia 2017

Jak zrobić gwizdek z metalowej łuski po naboju


Z metalowej łuski po naboju można wykonać kilka przydatnych gadżetów, między innymi gwizdek.
Krótka instrukcja jak wykonać taki gwizdek.

Do dyspozycji miałem kilka łusek różnej wielkości, wybrałem dwie największe i z nich zrobiłem gwizdki.

Zwężającą się końcówkę łuski (linia cięcia zaznaczona czarnym markerem linią przerywaną) odcinamy. Brzegi po cięciu trzeba wyrównać. W warunkach survivalowych i braku wszelkich narzędzi typu, pilnik czy piłka do metalu, końcówkę ścieramy na kamieniu.



W odległości ok. 1-1,5 cm od ustnika robimy wcięcie o kształcie jak na zdjęciu obok. Wycięcie przypomina literę ''V'' lub ''U''. Nie może ono sięgać głębiej niż do połowy średnicy łuski.
Jeśli nie posiadamy narzędzi otwór uzyskamy pocierając o ostrą krawędź kamienia, krawężnika czy betonowej płytki.
Docinamy gałązkę (zatyczkę) o średnicy wewnętrznej łuski i długości ok. 1-1,5 cm. Ja docinam odrobinę dłuższą zatyczkę, a po dopasowaniu średnicy skracam ją na równo z ustnikiem. Zatyczka musi być dokładnie dopasowana, tak bym nam nie wypadała z łuski. Od góry ścinamy zatyczkę na płasko do ok. 1/4 -1/3 wysokości. Patrz zdjęcie obok.

Bez piłki, siekiery czy noża też da się to zrobić.

Przyciętą drewnianą zatyczkę wsuwamy w łuskę. Koniec zatyczki w środku ma się pokrywać z początkiem wycięcia w metalowej łusce. Całość po złożeniu powinna wyglądać ja na zdjęciu obok.  Teraz spróbujcie zagwizdać. Głos powinien być czysty i przenikliwy.

Dźwięk, jaki wydawać będzie nasz gwizdek zależy od wielkości łuski, kształtu i rozmiaru wycięcia oraz zatyczki. Wsuwając i wysuwając zatyczkę płycej lub głębiej można w pewnym stopniu regulować jego brzmienie. Podobnie jest z zatyczką to, na jaką wysokości ją przetniemy, będzie miało wpływ na głos naszego gwizdka. Gdyby zatyczka wypadała to możemy ją przykleić.

Do gwiazdka warto dorobić zawieszkę do zawieszenia na szyi. Masz teraz super taktyczny gwizdek. Ciesz się z nowej zabawki i gwiżdż na wszystko :)

czwartek, 13 kwietnia 2017

Pikle i marynowany rdestowiec


Młode pędy, na popędy :) Oczywiście mam na myśli popęd skierowany ku dzikim roślinom jadalnym.

Posmakował mi wielce kwaśny smak rdestowca. A że teraz jest sprzyjający okres zbioru jego młodych, delikatnych pędów, to wykorzystuje go w kuchni do rożnych dań oraz robię z niego przetwory. Pikle z rdestowca, marynowane pędy w różnych zalewach, chińszczyzna, stir-fry, ciasta, musy, lody i napoje. Ja się rdestowca nie boję :) Oto kilka przepisów na dziś.

Pikle z pędów rdestowca
Najlepiej wybierać pędy młode, o grubości palca, które są delikatne i mało włókniste. Starsze pędy trzeba obrać z włóknistej skórki. Pędy myjemy, pozbawiamy listków i kroimy na 1 cm długości plasterki. Wkładamy do słoików i zalewamy zalewą. Zalewę robimy klasyczną gotując 4 części wody z 0,5 częściami octu 10% plus cukier, sól i kilka ziarenek gorczycy do smaku. Ciepłą jeszcze zalewą zalewamy pokrojone pędy rdestowca. Do każdego słoika dodajemy ziele angielskie i liść laurowy. Szczelnie zakręcamy słoiki i pasteryzujemy 3-5 minut. Inny sposób to zalanie wsadu bardzo gorącą zalewą.

Podobnie można zrobić pikle z pędów rdestowca z dodatkiem czosnku, ostrej papryczki lub pieprzem. Zamiast octu spirytusowego warto użyć własnego wyrobu octu jabłkowego lub innego. W końcu skoro tyle tego octu narobiliśmy, to trzeba coś z niego zrobić :)


Egzotyczne pikle z rdestowca
Na dnie każdego słoika umieścić kilka ziaren kardamonu, anyżu i goździków. Pocięte na kawałki pędy rdestowca ułożyć w słoiku. Zalewę robimy mieszając w proporcji 1:1 ocet jabłkowy z wodą, dodajemy cukier do smaku, pocięty na plasterki imbir i odrobinę soli. Chwilkę pogotować a następnie gorącą zalewą zalewamy słoiki. Nie pasteryzujemy, po 2 dniach można już próbować. Najlepiej spożyć w ciągu 2-4 tygodni. Przechowywać w lodówce.


Marynowane pędy rdestowca
Młode pędy rdestowca myjemy, pozbawiamy listków. Co wrażliwsi mogą dodatkowo obrać ze skórki. Upychamy w słoiku i zalewamy zalewą tak, by wsad był zakryty. Zalewa najprostsza z możliwych, na 4 części wody dajemy 0,5 części octu 10%, sól i cukier do smaku, 1 liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego i  pieprzu. Gotujemy i przestudzamy. Pasteryzować krótko, 3-5 minut, by się nie rozpadło. Jak ktoś lubi, można fantazjować z innymi zalewami i dodatkami.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Rok poszukiwacza roślin - kwiecień


Zielono zrobiło się w lasach, na polach i łąkach. Opady deszczu i wyższa temperatura powodują szybki rozwój roślin. Z dnia na dzień rozwijają się nowe pąki, liście, kwiaty itp. Wiosna to intensywny okres dla zbieracza, obfitość młodych, delikatnych liści oraz kwiatów, ale nie tylko.

Wykaz gatunków dzikich roślin jadalnych zacznę od korzeni, gdyż dadzą nam najwięcej energii. Niedługo z korzeni wyrosną nowe rośliny także trzeba się ich zbiorem pospieszyć. Dalej można zbierać prawie wszystkie korzenie, kłącza i bulwy roślin, które wymieniłem w marcu. Wyjątkiem jest świeżąbek, na którego zbiór jest już za późno. W kwietniu zbieramy korzenie i bulwy: chmielu, chrzanu, czyśćca błotnego, dzikiej marchewki, dzwonka jednostronnego, groszku bulwiastego, łopianu, mniszka, pałki, paproci orlicy, pasternaku, perzu, pięciornika gęsiego, sitowia, tataraku, topinamburu, trzciny, wiesiołka, ziarnopłonu i złoci.

W dalszym ciągu można pozyskiwać sok z brzozy, chociaż nie wszędzie. To już końcówka sezonu. W miejscach nasłonecznionych brzozy wypuściły liście i sok przestał lecieć. Prócz brzozy w kwietniu można pozyskać sok z grabu, chociaż nie jest on taki słodki.

Surowce na herbatki: pędy malin, jeżyn, sosny, świerka, jodły, borówki, czeremchy, brzozy dostępne są przez cały rok.

Od marca podrosły znacznie niektóre rośliny, np. pokrzywa już nie jest wcale taka malutka. Piękne rozety liści ma mniszek (są teraz mniej gorzkie), inne jak np. żywokost czy rdestowiec dopiero wychodzą z ziemi. Pędy chmielu pną się w górę, to takie dzikie szparagi. Bluszczyk nie jest jeszcze tak aromatyczny jak podczas kwitnięcia, ale też można już go zrywać. Na przechadzce warto skubać młode listki i próbować je jeść na surowo. Z zebranych i opłukanych robimy surówki, zupy, przekąski itd. Młody rdestowiec i podagrycznik przetwarzam na zimowe zapasy. 

Liście poziomki zaczynają u mnie sezon na fermentowane herbatki. Te zebrane w późniejszym okresie już nie są takie ładne.

Jadalne młode liście, pąki, ogonki liściowe i ziele w kwietniu ma: arcydzięgiel, babka, barszcz zwyczajny, biedrzeniec, bluszczyk kurdybanek, bratek, brzoza, buk, chmiel, chrzan, cykoria, czosnaczek, czosnek niedźwiedzi, dzięgiel leśny, dzika marchewka, dziki szczypiorek, dziurawiec, głóg, gwiazdnica, jabłoń, jasnota biała i purpurowa, koniczyna, krwawnik, lipa, łopian, mięta, mniszek, niecierpek, ostrożeń, pałka, perz, pięciornik gęsi, pokrzywa, podagrycznik, porzeczka, przetacznik, poziomka, przytulia, rdest, rdestowiec, rukiew, rzeżucha, sitowie, skrzyp, stokrotka, szczaw, szczawik zajęczy, tasznik, trybula, wyka, ziarnopłon,  żywokost.

Jadalne kwiaty ma: podbiał, fiołek, jabłoń, jasnota, mniszek, stokrotka, klon, pod koniec kwietnia powinny być już pierwsze kwiatostany sosny. Z kwiatów robię syropy, parzę herbatki, smażę w tempurze lub dodaje do sałatek i deserów. Pyszne są kwiatostany sosny, w surówce czy w czekoladzie.

Wybierając się na zbiory na zbiory w kwietniu trzeba dobrze zaplanować co chce się zbierać, gdyż spontaniczne zbieranie wszystkiego, co oczy wypatrzą, może się źle skończyć :)

środa, 5 kwietnia 2017

Bushcraftowe krzesełko


Rzecz idzie o to, byśmy mieli na czym wygodnie usiąść w lesie przy ognisku. Kamienie, kłody, gałęzie, uschnięte trawy, mech itp., które robiły za prowizoryczne siedziska znudziły mi się. Dobre są na jeden raz, ponieważ wymagają niewielkiego nakładu sił i czasu. Z kolei noszenie składanego krzesełka zakupionego w sklepie całkowicie odpada, to nie w moim stylu.

W naszym stałym obozowisku, w którym organizujemy szkolenia jak i sam często przebywam, zapragnąłem mieć wygodne i przenośne krzesełko. Tak by można było się oprzeć, nogi nie były podkurczone, siedzisko było suche i nic nie uwierało. Krzesełko proste w budowie i wykonane z naturalnych materiałów. I takowe powstało, z kilku gałęzi połączonych jutowym sznurkiem i korzeniami sosny. Żadne drzewko przy tym nie ucierpiało, wykorzystałem kilka gałęzi ze ścinki większych drzew z oczyszczania lasu. Nie użyłem ani jednego gwoździa, wkręta czy śrubki. Potrzebowałem składanej piłki, siekierki, noża i kilku metrów naturalnego sznurka. Do tego pomysłowość i odrobina chęci. W razie potrzeby krzesełko można zrobić też za pomocą samego noża.

Są różne wersje krzesełek wykonanych z gałęzi, na zdjęciu widoczne są dwie. Ogólnie wykonanie krzesełka opiera się na zrobieniu z czterech gałęzi dwóch liter V, a następnie połączeniu ich szerszymi końcami pod kątem około 90 stopni. Pionową ramę w kształcie litery V wzmacniamy dwoma poprzeczkami pomiędzy którymi poziomo umieszczamy końce drugiej ramy. Pod poprzeczki warto w grubszych gałęziach zrobić nacięcia. W cieńszych nie robimy nacięć, tylko przewiązujemy sznurkiem. Pionowa rama stanowi oparcie dla pleców, końce poziomej ramy to konstrukcja pod siedzisko, na której kładziemy krótsze gałęzie. Ja nie przywiązywałem ich, są luźno ułożone, ale można je przywiązać. W wersji najprostszej oparcie pleców stanowi rama wykonana z dwóch gałęzi, można ją wypełnić  poziomymi lub pionowymi poprzeczkami. Krzesełko wykonane z cieńszych gałęzi warto wzmocnić dodatkowo przywiązując z tyłu podpórkę, połączy w ten sposób końce obu ram.


Na bushcraftowym krzesełku wygodnie się siedzi, daje dobre oparcie zmęczonym plecom. Bytowanie w lesie nie oznacza wcale rezygnację z wygód. Krzesełko to przydatna rzecz.



piątek, 24 marca 2017

Małe co nieco z ogniska

Lubicie pieczonego węża z ogniska? A może skusicie się na  soczystego steka z rakiety? Czy preferujecie rośliny, np.duszone na parze bulwki pięciornika gęsiego z liśćmi czosnaczku? Jakby ktoś był głodny, to jeszcze są inne dania. Mam nadzieję, że pomożecie mi to wszystko zjeść? Tak, wyszło tego dużo.

Dawno już nie piekłem na ognisku węża, chleba indiańskiego ani robinsonki, to powolutku nadrabiam. Pieczony wąż to nic innego jak ciasto podpłomykowe uformowane w wałek i oplecione na kiju. Do smaku dodałem przy wyrabianiu ciasta suszonej i sproszkowanej kani. Wyborne w smaku pieczywo o grzybowym posmaku. Kolejnym razem upiekę węża ziołowego i z bakaliami na słodko. Z ciasta podpłomykowego upiekłem na rozgrzanym kamieniu kilka podpłomyków, nic niezwykłego. Podpłomyki ze zwykłej mąki szybko się nudzą, dobrze jest dodać coś do smaku. W żarze, po dodaniu popiołu upiekłem popielaki, czyli podpłomyki z dodatkiem popiołu z ogniska. Ciekawy aromat i smak, niczym paluszki. Smakują mi bardziej, niż zwykłe podpłomyki. Dużo pieczonych bulw i korzeni, gdyż niedługo będzie kilkumiesięczna przerwa, wiosna przyszła i tylko patrzeć jak z bulw wyrosną młode rośliny. W zakopanym żarze ogniska upiekłem trochę korzeni i bulwy topinamburu, wiesiołka, chmielu i pałki wodnej. Na wiosnę są najlepsze, słodkie i mączyste, po prostu pychota. Mniejsze bulwy, świerząbka i pięciornika, piekłem zawinięte w liście szczawiu i wierzbowe łyko. Na słodko były podane kłącza trzciny opiekane nad ogniskiem. Mięsne dania również, dwa steki wołowe, jeden upieczony na uplecionej, wierzbowej rakiecie, a drugi bezpośrednio na żarze.


Miałem jeszcze gorącą herbatę do popicia, bo dzień zimny i wietrzny. Wszystkiego rzecz jasna nie zjadłem przy ognisku, zabrałem resztę do domu. Teraz zastanawiam się, co przygotować na kolejne ognisko.

Film: https://www.youtube.com/watch?v=m9Zo6a7sXPA

sobota, 11 marca 2017

Szałas tipi i zimowe szkolenie 7 dni w lesie












Na zdjęciach śnieg widać, to z zimowego szkolenia, dopiero teraz wrzucam. Nie nadążam z niektórymi wpisami, takie życie, ale szałas dalej stoi :)

Budowa nowego szałasu był konieczna z kilku względów, tylko jednym z nich było zadbanie o dobre warunki dla uczestników zimowego szkolenia. Ujemne temperatury w nocy, następnie odwilż, mgła i duża wilgotność powietrza. W kolejnych dniach intensywne opady deszczu i silny wiatr. Szałas podczas takich warunków sprawdził  się doskonale. Nic nie przeciekało, w środku było ciepło i przytulnie. Tak naprawdę, to nie chciało się z niego wychodzić. Z konieczności tylko po wodę, jedzenie, opał no i na warsztaty :)
A noc spędzona w takim szałasie, ech ....  ,co Wam będę opowiadał.


Nasze leśne tipi można porównać do hotelu, w porównaniu z innymi naturalnymi schronieniami, jest naprawdę  komfortowe. Zamknięte z czterech stron z wejściem zasłanianym dodatkowo wełnianym kocem. Uszczelnione grubą warstwą ściółki by wiatr ani deszcz nie wnikał do środka szałasu. A w środku wygodne posłania i ognisko. ''Jak takie warunki, to ja nie 7 dni, a na 3 miesiące chcę tu zostać'' :)
I nie są to bynajmniej moje ani Katarzyny słowa.
Jak wyglądała budowa takiego szałasu. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy to wybraliśmy miejsce. Przede wszystkim, równe, suche i przepuszczalne podłoże. Druga rzecz to dobre osłonięcie od wiatru i deszczu. Ustalenie z której strony wieją najczęściej wiatry, by wiedzieć gdzie zrobimy wejście do szałasu. Konstrukcja szałasu wynikała z warunków jakim ma sprostać.
Początkowo myślałem o innym typie szałasu, ale zamarznięta ziemia zmusiła nas do budowy tipi. Wybraliśmy miejsce pośród młodych sosen, których gałęzie były dodatkową osłoną przed deszczem. Wspólnie ustaliliśmy jakiej wielkości ma być szałas, na ile osób. Po oczyszczeniu miejsca wyznaczyliśmy zarys podstawy szałasu. Na jednej tyczce o rozwidlonym końcu oparliśmy jeszcze dwie proste, tak by stworzyć zarys schronienia. Dokładaliśmy tyczki, w większości suche, zagęszczając szczelnie konstrukcję. Na koniec przyrzuciliśmy na wierzch ściółkę (z rozbiórki starego szałasu, jak większość materiałów) i dokładnie uszczelnili by nie było prześwitów.

Wejście zasłoniliśmy kocem. W kolejnych dniach konieczne okazało się dalsze uszczelnianie poszycia szałasu ze względu na to, że ściółka wysychała i osiadała. Budowa tipi poszła bardzo sprawnie (jakieś kilka godzin). Zanim zapadł zmrok w środku paliło się już ognisko, mieliśmy zrobione posłania i zgromadzony opał. Gorąca herbatka i dużo opowieści na dobranoc. Moc wrażeń i zmęczenie bierze górę, oczy się same zamykają. Przykryty ciepłym kocem wpatrujesz się w ognisko i po chwili zasypiasz.


Więcej o zimowym szkoleniu 7 dni w lesie można poczytać na blogu Katarzyny oraz Rafała:
http://wmiejskiejkniei.blogspot.com/2017/03/7-dni-w-lesie-luty-2017.html

niedziela, 5 marca 2017

Rok poszukiwacza roślin - marzec


Upłynął niecały miesiąc od mojego lutowego wpisu, a zmiany zaszły rewolucyjne. Mamy przedwiośnie, śnieg już kilka dni temu zniknął, na zbiornikach wodnych pozostały resztki topniejącego lodu. Tylko na bagnach miejscami ziemia jeszcze zamarznięta, ale przy tych warunkach to kwestia kilku dni. Słońce mocno grzeje, w przyrodzie widać duże ożywienie. Klucze żurawi, motyle i pierwsze zielone listki roślin. To zapowiedz nowego, pysznego sezonu.

Wczoraj i dziś chodziłem po okolicy w poszukiwaniu dzikich roślin jadalnych. Jest tego bardzo dużo, ale zacznijmy od tego, co najciekawsze - od soków. Krótki czas zbioru soków, więc trzeba przypilnować, bo warto, szczególnie  smaczny jest sok z klonu i brzozy. Już dwa tygodnie temu ruszyły soki w klonach, wczoraj spuszczałem pierwsze litry soku z brzozy. Na razie cieknie tylko na najcieplejszych, piaszczystych wzgórzach. Na grab będzie trzeba jeszcze zaczekać.

Co do dzikich nowalijek, które mnie równie cieszą, skubanie małych, zielonych listków w słoneczny, wiosenny dzień jest samą przyjemnością. Trzeba dłużej zbierać, bo są jeszcze małe, ale nie o ilość nam chodzi. Po zimie organizm potrzebuje witamin i minerałów, te zawarte w roślinach są łatwo przyswajalne i zdrowe. Listek do listka i na sałatkę się uzbiera. Zbierać można już pierwsze młode listki: pokrzywy, bluszczyku kurdybanku, czosnaczku, dzikiego szczypioru, szczawiu, szczawiku, podagrycznika, gwiazdnicy, trybuli, stokrotki, cykorii, mniszka, jasnoty, chrzanu, tasznika, wyki, ziarnopłonu, rukwi, rzeżuchy, koniczyny, krwawnika, ostrożnia.

O listkach wiedzą prawie wszyscy, ale na wiosną można też zbierać pierwsze młode źdźbła perzu i innych traw (do pierwszego kolanka). Ciekawe są kiełki niecierpka, bardzo smaczny dodatek do sałatki. W miejscach podmokłych możemy poskubać situ. Za kilka tygodni powinien być już skrzyp polny i młode pędy chmielu.

Co niektórzy zbierają młode pączki drzew: lipy, brzozy, klonu, wierzby, głogu, topoli. Na sosnę jeszcze za wcześnie.

Na krzewach widziałem już ostatnie owoce dzikiej róży i głogu. Dwa tygodnie udało mi się jeszcze znaleźć garść żołędzi na kawę. To nie pora na owoce. Jedynie co to owoce jałowca można zbierać.
 
Surowce na herbatki bez zmian: pędy malin, jeżyn, sosny, świerka, jodły, borówki, czeremchy, brzozy. Pojawiły się młode listki poziomki i glistnika jaskółcze ziele.

Wiosna to pora zbioru korzeni: chmielu, chrzanu, dzikiej marchewki, pasternaku, łopianu, wiesiołka, mniszka, pięciornika gęsiego, kłącza pałki, czyśćca błotnego, trzciny, perzu, sitowia, bulwy topinamburu, świerząbka, złoci.

Jedną z oznak nadchodzącej wiosny jest kwitnąca leszczyna. Z jej kwiatostanów zaparzymy smaczną herbatkę oraz zrobimy placuszki.
Dziś zbierałem pierwsze kwiaty podbiału na syrop. Niedługo też zaczną  kwitnąć fiołki.

Dzień jest coraz dłuższy, jest też coraz cieplej. Robi się zielono, kolorowo, roślin będzie przybywać. Cieszmy się nadchodzącą wiosną niczym ptaki.

czwartek, 2 marca 2017

Nowe filmy dla Leśnego Rzemiosła

Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale powstały kolejne filmy dla Leśnego Rzemiosła. Wrzucam hurtowo. Tematyka bez zmian, prymitywne techniki ogniowe. Można jeszcze stary szałas i zimę powspominać.
Nie chwaliłem się też filmem ze zlotu jesiennego Forum Bushcrafter na którym również byłem. Miłego oglądania.









czwartek, 16 lutego 2017

Anorak z koca wełnianego DIY


Pierwsza rzecz jaka kojarzy mi się z anorakiem to Inuici. W licznych relacjach podróżników z najzimniejszych obszarów naszego globu możemy przeczytać o anoraku, nosili go zarówno rdzenni mieszkańcy jak i przybysze, którzy przekonali się do jego zalet. Anorak to nieprzemakalna, czasami również ocieplana kurtka z kapturem i ściągaczem, zakładana na wierzch, stanowił doskonałą ochronę przed wychłodzeniem. Jego krój był staranie przemyślany, dostosowany do niskich temperatur i silnych wiatrów oraz zapewnienia maksymalnej ochrony przed wychłodzeniem. Tradycyjnie anorak nie był rozpinany z przodu, wkładało się go przez głowę. Wydawało by się, że brak zamków czy rozpięć to poważny problem, jednak tak nie jest, przekonałem się o tym testując własny anorak.


Wiele współczesnych kurtek producenci nazywają anorakiem, nie będę się spierał czy słusznie czy też nie. Dostępne na rynku produkty tego typu nie odpowiadają moim potrzebom, są mało praktyczne i straszą wysoką ceną. Ich krój nie jest dostosowany do leśnych potrzeb, a więc jak najlepszej ochrony przed zimnem. Bo powiedźcie mi po co mi kurtka która sięga ledwie do pasa? Nie osłania nerek ani pleców. Jestem wymagającym użytkownikiem i nie kupię niczego, co jest niepraktyczne. Pomarudziłem, nie kupię to co inni zrobili, a chciałbym mieć anorak. Rozwiązanie tego problemu jest tylko jedno, uszycie własnego anoraka, według własnego projektu.

Zacznijmy od materiału. W grę wchodziła tylko wełna, najlepiej czysta. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się tutaj wykorzystanie wełnianych koców pochodzących z wojska, dobry materiał w przyzwoitej cenie. W rękach miałem tylko wojskowy polski koc wełniany, który jest dla mnie za gruby na anorak. O popularnych na rynku pochodzących z demobilu kocach wojsk amerykańskich czy niemieckich trudno mi coś powiedzieć poza tym, że mają nadrukowane napisy. Zaryzykowałem i kupiłem kilka wełnianych koców bułgarskich wykonanych z czystej bawełny. Koce te są średniej grubości, bardzo ciepłe, miękkie ale jak się szybko okazało też mało wytrzymałe. Materiał mechaci się, na szwach anorak w kilku miejscach rozchodzi się i konieczne będzie naszycie dodatkowych wzmocnień. Nie zmartwiło mnie to bardzo, to tylko prototyp, kolejny anorak będzie wykonany już staranniej z bardziej wytrzymałego materiału. 

Na internetowych forach jak i na YT można bez problemu odnaleźć  materiały jak krok po kroku uszyć własny anorak, od najprostszych wzorów po nieco bardziej wyszukane z gotowymi wykrojami. Zdecydowałem się na anorak bez rozcięcia pod szyją, z kapturem i małą kieszenią w której mogę ogrzać zmarznięte ręce. Rozcięcia u dołu dają swobodę ruchów. Ważną rzeczą było dla mnie osłonięcie pleców podczas snu, tył anoraka jest o kilka centymetrów wydłużony w stosunku do przodu. 
Szycie to zasługa Katarzyny, dzielnie zniosła moje marudzenie, dziękuję. Ona sobie również uszyła anorak ale bez kaptura i rozcięciem pod szyją zapinanym na guziki.

Testowałem anorak tylko przez weekend, ale już mam kilka spostrzeżeń. Anorak jest bardzo wygodny i praktyczny, nie mam problemu  z jego zakładaniem czy zdejmowaniem, nie czuć że jest ciężki, nie zawadza przy przedzieraniu się przez krzaki. Co najważniejsze dla mnie to doskonale chroni przed wychłodzeniem. Przy -3C miałem na sobie założoną koszulkę bawełnianą z krótkim rękawem, cienki sweterek wełniany i anorak. Podczas marszu w lesie po śniegu czy zbieraniu opału na ognisko było mi zdecydowanie w takim zestawie za gorąco. Anorak powstał z myślą o zimowych warsztatach 7 dni w lesie, by spać w nim przy ognisku i nie martwić się zanadto wypalonymi przez iskry dziurami w kurtce. Na zimowym szwendaniu po okolicznych lasach też będę go nosił. Zamierzam go używać jako jako wierzchnią warstwę przy niskich temperaturach, przy opadach i silnym wietrze dodatkowo będę zakładał na wierzch nieprzemakalną kurtkę.

Wełniany anorak to nie tylko klimat i nawiązanie do tradycji, ale też praktyczna rzecz.



wtorek, 14 lutego 2017

Indiańska sauna w zimie

























Zima, temperatura w nocy spada do -15C, w dzień trochę cieplej. Siedzimy sobie w lesie już 2 tydzień. Mamy wygodny, ciepły szałas w spokojnej okolicy. Wodę przynosimy z malutkiego, mulistego strumienia, który przy tej pogodzie prawie zamarzł, dobrze, że jest jeszcze śnieg. Dni wypełnione są zbieraniem opału, pozyskiwaniem żywności, pracami obozowymi i odpoczynkiem. Wszystko pięknie, w zasadzie niczego nie brakuje nam do szczęścia, ale każdy marzy o gorącym prysznicu...

Dziś będzie nie o gorącym prysznicu a o indiańskiej saunie, która w warunkach polowych bardzo dobrze go zastępuje. Indiańska sauna to sposób na utrzymanie higieny w zimne dni, kiedy temperatura wody zniechęca nas do wskoczenia do jeziora lub rzeki.

Sauna pozwala wspaniale zrelaksować się po męczącym dniu. W saunie rozgrzejemy zmarznięte ciało, wypocimy się, oczyścimy organizm. Dobrze, jeśli po wyjściu z sauny można się schłodzić w zimnej wodzie lub śniegu. Po takich zabiegach czuję niezwykłe odprężenie i lekkość. Saunę indiańską, która ma takie samo działanie jak zwykła sauna, można w prosty sposób zrobić w warunkach polowych, i to nie tylko w ciepłej porze roku, ale również zimą.

Budowa sauny indiańskiej nie zajmuje dużo czasu i jest prosta do wykonania. Wystarczy trochę prostych i giętkich gałęzi, kamienie, plastikowa folia oraz koce. Wielkość sauny uzależniona jest od ilości osób biorących w niej udział. Należy pamiętać, że im mniejsza ona będzie, tym łatwiej będzie ją ogrzać do odpowiedniej temperatury i mniej kamieni będzie potrzebne. Na równej powierzchni wytyczamy okrąg. W środku wykopujemy dołek i wykładamy go kamieniami (nie jest to konieczne), w tym miejscu będziemy układać rozgrzane w ognisku do czerwoności kamienie, które ogrzeją wnętrze szałasu. Przy małych szałasach, na 2-3 osoby, miejsce na rozgrzane kamienie przesuwamy bliżej ściany by lepiej wykorzystać wnętrze. W podłoże po okręgu wbijamy gałęzie, a końce związujemy tak, by utworzyły kopułę. Całość wzmacniamy poprzecznymi prętami zostawiając wolną przestrzeń na wejście. Konstrukcję przykrywamy folią i kocami. Folia zatrzymuje parę wodną, a koce pomagają dłużej zachować ciepło we wnętrzu szałasu.
Kamienie służące do ogrzania sauny rozgrzewamy w ognisku, które palimy za zewnątrz. Wnosimy je po jednym do środka, bardzo ostrożnie, podnosząc stopniowo temperaturę. W lecie liczę 2-3 kamienie na osobę, w zimie dwa razy więcej. Wybieramy kamienie wielkości dużej, zaciśniętej pięści człowieka, maksymalnie wielkości do bochenka chleba. We wnętrzu sauny robimy miejsce do siedzenia, by odizolować się od zimnego podłoża, kładziemy słomę, trawę, gałązki świerku lub koce. Zwykle na początku robimy saunę suchą, później polewamy rozgrzane kamienie co jakiś czas wodą,  by otrzymać więcej pary. Od nas zależy, jaką temperaturę chcemy mieć w środku i jak długo będziemy tam siedzieć. Niektórzy posypują rozgrzane kamienie ziołami, które dają aromatyczny dym a czasem i wizje :)
Indiańska sauna może mieć znaczenie nie tylko czystko higieniczne, ale też towarzyskie i duchowe.

Indiańską saunę robiłem razem z Katarzyną w ostatnią sobotę, w księżycową, mroźną noc. W ciemnościach, co by wiewiórek w lesie nie gorszyć ;) Wiatr tylko nieznacznie dawał o sobie znać, temperatura powietrza spadła poniżej -10C. Po wyjściu z sauny dałem nura w śnieg, nacierałem się nim by zmyć pot. Doskonały sposób na odprężenie i hartowane organizmu. Po saunie siedzieliśmy jeszcze kilka godzin przy ognisku popijając herbatkę. Nockę przespaliśmy w saunie, konstrukcja była gotowa, wyniosłem tylko kamienie i rozłożyłem posłanie. Na wiosnę, gdy ruszą soki w brzozie zrobię kolejną indiańską saunę.