niedziela, 23 kwietnia 2017

Tytanowe krzesiwo - pierwsze próby


Przed kolejnym wyjazdem w góry postanowiłem maksymalnie odchudzić swój ekwipunek. Walczyłem o każdy gram i centymetr. Duży i ciężki plecak to udręka w czasie wędrówki, zwłaszcza w trudnym terenie. Jedną z rzeczy, które wówczas zrobiłem była  wymiana naczyń stalowych na tytanowe, odciąłem też ucho w tytanowym kubku, zawsze to kilka gram mniej do dźwigania. Podczas cięcia tytanowego ucha w kubku na szlifierce stołowej powstawały duże ilości jasnych iskier. Już wtedy, prawie 10 lat temu, pomyślałem nad możliwością zrobienia krzesiwa z tytanu, które by działało tak jak tradycyjne stalowe. Skoro z tytanu powstają gorące iskry, jaśniejsze niż przy krzesiwie stalowym, to dlaczego miały by one nie zapalić hubki? Teoretycznie krzesiwem tytanowym dającym iskry o wyższej temperaturze powinniśmy zapalić hubki o wyższej temperaturze zapłonu. O ile wyższej, jakie hubki i czy teoria znajdzie potwierdzenie w praktyce, to wymagało sprawdzenia.

Do prób użyłem tytanowej patelni turystycznej, uderzałem mocno rantem patelni o krzemień, iskry były co prawda jasne, ale skrzesałem ich bardzo mało w porównaniu do krzesiwa stalowego. Materiał, z jakiego była wykonana patelnia, był zbyt miękki, by używać go tak samo jak krzesiwa tradycyjnego. Zniechęcony odłożyłem temat tytanowego krzesiwa.

Kilka lat później przeczytałem ciekawy artykuł o pożarach w USA powstałych w trakcie gry w golfa. Nie był to jednorazowy przypadek, kilkadziesiąt hektarów spłonęło. Sucha roślinność kortów zapaliła się od iskier powstałych w wyniku uderzenia kijem golfowym o kamieniste podłoże.  Kije golfowe powlekane tytanem bądź wykonane ze stopu tytanu przy uderzaniu o kamienie mogą być źródłem iskier o temperaturze do 1500C i spalają się dłużej niż 1 sekundę! Tytan gwałtownie reaguje zarówno z tlenem jak i azotem z powietrza. To wystarczająca energia do zapłonu suchej trawy czy liści.

Kilka miesięcy temu, na forum www.bushcraftusa.com. przeczytałem recenzję krzesiwa tytanowego wykonanego przez Vladimira Zubkowa z Rosji. Post jest ze 4 stycznia 2015 roku, zatem można uznać to za nowinkę w temacie ognia. Wnioski płynące z testów były bardzo zachęcające, krzesiwo tytanowe wytwarza iskry o temperaturze 700 do 800 stopni wyższe niż zwykły napastnik ze stali węglowej. Porównajmy, krzesiwo tradycyjne stalowe umożliwia skrzesanie iskier o temperaturze ok. 800C, krzesiwo tytanowe ok. 1600C, a krzesiwo syntetyczne ok. 3000C. Ponieważ iskry z krzesiwa tytanowego mają wyższą temperaturę niż iskry powstające przy uderzaniu krzesiwem tradycyjnym o krzemień, możliwe jest użycie hubek o wyższej temperaturze zapłonu. Liczba dostępnych hubek jest też dużo większa. Nie będę przepisywał listy hubek, które inni sprawdzili i działają, innym razem się tym zajmę po tym jak sam je przetestuję. Dotychczas z krzesiwem tytanowym sam używałem jedynie zwęglonej bawełny. By skrzesać iskrę tytanowym napastnikiem trzeba mocniej uderzać, ponieważ tytan nie jest tak twardy jak wysoko zahartowana stal, nawet po utwardzeniu czy przy stopach tytanowych.

Napisałem do Vladimira by wykonał dla mnie jedno krzesiwo tytanowe, lecz odmówił tłumacząc, że krzesiwa są dopiero na etapie testów, był niezadowolony z małej ilości krzesanych iskier. No cóż, cierpliwie poczekam na krzesiwo od niego. Pozostało mi samemu poszukać materiału na krzesiwo.
Tytan jest rzadko spotykanym metalem, bez porównania do wszędobylskiej stali. Ze względu na wysoką wytrzymałość mechaniczna i odporność na korozję tytanu używa się zwykle w stopach z innymi metalami. Dla przykładu tytanu używa się w przemyśle lotniczym, sportów ekstremalnych (np. rowery, sprzęt wspinaczkowy), ale i do zastosowań domowych (np. podgrzewacze wody, prostownice do włosów). Nie każdy wyrób z tytanu nadaje się do skrzesania skier, to tak jak ze stalą. Do moich prób potrzebowałem tytanu o wysokiej twardości.

Z pomocą przyszedł kolega, który przysłał mi kawałek blaszki tytanowej, czy to jest czysty tytan, czy stop trudno powiedzieć. Pierwsze próby i szybkie rozczarowanie, mało iskier, które trudno ukierunkować i złapać na hubkę. Uderzałem o krzemień, kwarcyt, radiolaryt, pomyślałem, ze zmiana materiału krzesaka coś pomorze. I był to trop we właściwym kierunku. Po kilku próbach najlepszym rozwiązaniem okazało się uderzanie tytanową blaszka o posadzkę wyłożoną terakotowymi płytkami. Czyli nie ostra krawędź krzemienia, a płaska i dość gładka płytki. To jest zrozumiałe, trudno oderwać pod wpływem uderzenia o ostrą, twardą krawędź miękki metal. Zdeformujemy go prędzej, a jeśli już to wiór będzie miał za małą energię początkową. Ważny jest rozmiar powstających wiórów jak i prędkość. Uderzanie tytanową blaszką o powierzchnię płytki posadzkowej z dużą prędkością powoduje znaczne tarcie, rozgrzanie do wysokiej temperatury i efekcie oderwanie od krawędzi blaszki małych, tytanowych wiórów. Mają one na tyle dużą energię, że ulegają zapłonowi.

Sukces w 100%, dużo iskier, długo się żarzących, hubka bez problemu chwyta iskry i ulega zapłonowi. Technika nie najłatwiejsza, ale jak najbardziej powtarzalna. Z tytanowej blaszki i małego kawałka terakotowej płytki zrobiłem zestaw do krzesania o dość niecodziennym wyglądzie, raczej nikt by nie podejrzewał do czego może to służyć. Pozostaje mi przetestowanie możliwości tytanowego krzesiwa z rożnymi hubkami. A gdy dorwę kawałek tytanu, z którego da się zrobić krzesiwo o bardziej klasycznym wyglądzie i technice krzesania, to zdam relację.

Krótki film z testów tytanowego krzesiwa:  https://www.youtube.com/watch?v=Yk8hMdw4vnU

wtorek, 18 kwietnia 2017

Jak zrobić gwizdek z metalowej łuski po naboju


Z metalowej łuski po naboju można wykonać kilka przydatnych gadżetów, między innymi gwizdek.
Krótka instrukcja jak wykonać taki gwizdek.

Do dyspozycji miałem kilka łusek różnej wielkości, wybrałem dwie największe i z nich zrobiłem gwizdki.

Zwężającą się końcówkę łuski (linia cięcia zaznaczona czarnym markerem linią przerywaną) odcinamy. Brzegi po cięciu trzeba wyrównać. W warunkach survivalowych i braku wszelkich narzędzi typu, pilnik czy piłka do metalu, końcówkę ścieramy na kamieniu.



W odległości ok. 1-1,5 cm od ustnika robimy wcięcie o kształcie jak na zdjęciu obok. Wycięcie przypomina literę ''V'' lub ''U''. Nie może ono sięgać głębiej niż do połowy średnicy łuski.
Jeśli nie posiadamy narzędzi otwór uzyskamy pocierając o ostrą krawędź kamienia, krawężnika czy betonowej płytki.
Docinamy gałązkę (zatyczkę) o średnicy wewnętrznej łuski i długości ok. 1-1,5 cm. Ja docinam odrobinę dłuższą zatyczkę, a po dopasowaniu średnicy skracam ją na równo z ustnikiem. Zatyczka musi być dokładnie dopasowana, tak bym nam nie wypadała z łuski. Od góry ścinamy zatyczkę na płasko do ok. 1/4 -1/3 wysokości. Patrz zdjęcie obok.

Bez piłki, siekiery czy noża też da się to zrobić.

Przyciętą drewnianą zatyczkę wsuwamy w łuskę. Koniec zatyczki w środku ma się pokrywać z początkiem wycięcia w metalowej łusce. Całość po złożeniu powinna wyglądać ja na zdjęciu obok.  Teraz spróbujcie zagwizdać. Głos powinien być czysty i przenikliwy.

Dźwięk, jaki wydawać będzie nasz gwizdek zależy od wielkości łuski, kształtu i rozmiaru wycięcia oraz zatyczki. Wsuwając i wysuwając zatyczkę płycej lub głębiej można w pewnym stopniu regulować jego brzmienie. Podobnie jest z zatyczką to, na jaką wysokości ją przetniemy, będzie miało wpływ na głos naszego gwizdka. Gdyby zatyczka wypadała to możemy ją przykleić.

Do gwiazdka warto dorobić zawieszkę do zawieszenia na szyi. Masz teraz super taktyczny gwizdek. Ciesz się z nowej zabawki i gwiżdż na wszystko :)

czwartek, 13 kwietnia 2017

Pikle i marynowany rdestowiec


Młode pędy, na popędy :) Oczywiście mam na myśli popęd skierowany ku dzikim roślinom jadalnym.

Posmakował mi wielce kwaśny smak rdestowca. A że teraz jest sprzyjający okres zbioru jego młodych, delikatnych pędów, to wykorzystuje go w kuchni do rożnych dań oraz robię z niego przetwory. Pikle z rdestowca, marynowane pędy w różnych zalewach, chińszczyzna, stir-fry, ciasta, musy, lody i napoje. Ja się rdestowca nie boję :) Oto kilka przepisów na dziś.

Pikle z pędów rdestowca
Najlepiej wybierać pędy młode, o grubości palca, które są delikatne i mało włókniste. Starsze pędy trzeba obrać z włóknistej skórki. Pędy myjemy, pozbawiamy listków i kroimy na 1 cm długości plasterki. Wkładamy do słoików i zalewamy zalewą. Zalewę robimy klasyczną gotując 4 części wody z 0,5 częściami octu 10% plus cukier, sól i kilka ziarenek gorczycy do smaku. Ciepłą jeszcze zalewą zalewamy pokrojone pędy rdestowca. Do każdego słoika dodajemy ziele angielskie i liść laurowy. Szczelnie zakręcamy słoiki i pasteryzujemy 3-5 minut. Inny sposób to zalanie wsadu bardzo gorącą zalewą.

Podobnie można zrobić pikle z pędów rdestowca z dodatkiem czosnku, ostrej papryczki lub pieprzem. Zamiast octu spirytusowego warto użyć własnego wyrobu octu jabłkowego lub innego. W końcu skoro tyle tego octu narobiliśmy, to trzeba coś z niego zrobić :)


Egzotyczne pikle z rdestowca
Na dnie każdego słoika umieścić kilka ziaren kardamonu, anyżu i goździków. Pocięte na kawałki pędy rdestowca ułożyć w słoiku. Zalewę robimy mieszając w proporcji 1:1 ocet jabłkowy z wodą, dodajemy cukier do smaku, pocięty na plasterki imbir i odrobinę soli. Chwilkę pogotować a następnie gorącą zalewą zalewamy słoiki. Nie pasteryzujemy, po 2 dniach można już próbować. Najlepiej spożyć w ciągu 2-4 tygodni. Przechowywać w lodówce.


Marynowane pędy rdestowca
Młode pędy rdestowca myjemy, pozbawiamy listków. Co wrażliwsi mogą dodatkowo obrać ze skórki. Upychamy w słoiku i zalewamy zalewą tak, by wsad był zakryty. Zalewa najprostsza z możliwych, na 4 części wody dajemy 0,5 części octu 10%, sól i cukier do smaku, 1 liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego i  pieprzu. Gotujemy i przestudzamy. Pasteryzować krótko, 3-5 minut, by się nie rozpadło. Jak ktoś lubi, można fantazjować z innymi zalewami i dodatkami.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Rok poszukiwacza roślin - kwiecień


Zielono zrobiło się w lasach, na polach i łąkach. Opady deszczu i wyższa temperatura powodują szybki rozwój roślin. Z dnia na dzień rozwijają się nowe pąki, liście, kwiaty itp. Wiosna to intensywny okres dla zbieracza, obfitość młodych, delikatnych liści oraz kwiatów, ale nie tylko.

Wykaz gatunków dzikich roślin jadalnych zacznę od korzeni, gdyż dadzą nam najwięcej energii. Niedługo z korzeni wyrosną nowe rośliny także trzeba się ich zbiorem pospieszyć. Dalej można zbierać prawie wszystkie korzenie, kłącza i bulwy roślin, które wymieniłem w marcu. Wyjątkiem jest świeżąbek, na którego zbiór jest już za późno. W kwietniu zbieramy korzenie i bulwy: chmielu, chrzanu, czyśćca błotnego, dzikiej marchewki, dzwonka jednostronnego, groszku bulwiastego, łopianu, mniszka, pałki, paproci orlicy, pasternaku, perzu, pięciornika gęsiego, sitowia, tataraku, topinamburu, trzciny, wiesiołka, ziarnopłonu i złoci.

W dalszym ciągu można pozyskiwać sok z brzozy, chociaż nie wszędzie. To już końcówka sezonu. W miejscach nasłonecznionych brzozy wypuściły liście i sok przestał lecieć. Prócz brzozy w kwietniu można pozyskać sok z grabu, chociaż nie jest on taki słodki.

Surowce na herbatki: pędy malin, jeżyn, sosny, świerka, jodły, borówki, czeremchy, brzozy dostępne są przez cały rok.

Od marca podrosły znacznie niektóre rośliny, np. pokrzywa już nie jest wcale taka malutka. Piękne rozety liści ma mniszek (są teraz mniej gorzkie), inne jak np. żywokost czy rdestowiec dopiero wychodzą z ziemi. Pędy chmielu pną się w górę, to takie dzikie szparagi. Bluszczyk nie jest jeszcze tak aromatyczny jak podczas kwitnięcia, ale też można już go zrywać. Na przechadzce warto skubać młode listki i próbować je jeść na surowo. Z zebranych i opłukanych robimy surówki, zupy, przekąski itd. Młody rdestowiec i podagrycznik przetwarzam na zimowe zapasy. 

Liście poziomki zaczynają u mnie sezon na fermentowane herbatki. Te zebrane w późniejszym okresie już nie są takie ładne.

Jadalne młode liście, pąki, ogonki liściowe i ziele w kwietniu ma: arcydzięgiel, babka, barszcz zwyczajny, biedrzeniec, bluszczyk kurdybanek, bratek, brzoza, buk, chmiel, chrzan, cykoria, czosnaczek, czosnek niedźwiedzi, dzięgiel leśny, dzika marchewka, dziki szczypiorek, dziurawiec, głóg, gwiazdnica, jabłoń, jasnota biała i purpurowa, koniczyna, krwawnik, lipa, łopian, mięta, mniszek, niecierpek, ostrożeń, pałka, perz, pięciornik gęsi, pokrzywa, podagrycznik, porzeczka, przetacznik, poziomka, przytulia, rdest, rdestowiec, rukiew, rzeżucha, sitowie, skrzyp, stokrotka, szczaw, szczawik zajęczy, tasznik, trybula, wyka, ziarnopłon,  żywokost.

Jadalne kwiaty ma: podbiał, fiołek, jabłoń, jasnota, mniszek, stokrotka, klon, pod koniec kwietnia powinny być już pierwsze kwiatostany sosny. Z kwiatów robię syropy, parzę herbatki, smażę w tempurze lub dodaje do sałatek i deserów. Pyszne są kwiatostany sosny, w surówce czy w czekoladzie.

Wybierając się na zbiory na zbiory w kwietniu trzeba dobrze zaplanować co chce się zbierać, gdyż spontaniczne zbieranie wszystkiego, co oczy wypatrzą, może się źle skończyć :)

środa, 5 kwietnia 2017

Bushcraftowe krzesełko


Rzecz idzie o to, byśmy mieli na czym wygodnie usiąść w lesie przy ognisku. Kamienie, kłody, gałęzie, uschnięte trawy, mech itp., które robiły za prowizoryczne siedziska znudziły mi się. Dobre są na jeden raz, ponieważ wymagają niewielkiego nakładu sił i czasu. Z kolei noszenie składanego krzesełka zakupionego w sklepie całkowicie odpada, to nie w moim stylu.

W naszym stałym obozowisku, w którym organizujemy szkolenia jak i sam często przebywam, zapragnąłem mieć wygodne i przenośne krzesełko. Tak by można było się oprzeć, nogi nie były podkurczone, siedzisko było suche i nic nie uwierało. Krzesełko proste w budowie i wykonane z naturalnych materiałów. I takowe powstało, z kilku gałęzi połączonych jutowym sznurkiem i korzeniami sosny. Żadne drzewko przy tym nie ucierpiało, wykorzystałem kilka gałęzi ze ścinki większych drzew z oczyszczania lasu. Nie użyłem ani jednego gwoździa, wkręta czy śrubki. Potrzebowałem składanej piłki, siekierki, noża i kilku metrów naturalnego sznurka. Do tego pomysłowość i odrobina chęci. W razie potrzeby krzesełko można zrobić też za pomocą samego noża.

Są różne wersje krzesełek wykonanych z gałęzi, na zdjęciu widoczne są dwie. Ogólnie wykonanie krzesełka opiera się na zrobieniu z czterech gałęzi dwóch liter V, a następnie połączeniu ich szerszymi końcami pod kątem około 90 stopni. Pionową ramę w kształcie litery V wzmacniamy dwoma poprzeczkami pomiędzy którymi poziomo umieszczamy końce drugiej ramy. Pod poprzeczki warto w grubszych gałęziach zrobić nacięcia. W cieńszych nie robimy nacięć, tylko przewiązujemy sznurkiem. Pionowa rama stanowi oparcie dla pleców, końce poziomej ramy to konstrukcja pod siedzisko, na której kładziemy krótsze gałęzie. Ja nie przywiązywałem ich, są luźno ułożone, ale można je przywiązać. W wersji najprostszej oparcie pleców stanowi rama wykonana z dwóch gałęzi, można ją wypełnić  poziomymi lub pionowymi poprzeczkami. Krzesełko wykonane z cieńszych gałęzi warto wzmocnić dodatkowo przywiązując z tyłu podpórkę, połączy w ten sposób końce obu ram.


Na bushcraftowym krzesełku wygodnie się siedzi, daje dobre oparcie zmęczonym plecom. Bytowanie w lesie nie oznacza wcale rezygnację z wygód. Krzesełko to przydatna rzecz.



piątek, 24 marca 2017

Małe co nieco z ogniska

Lubicie pieczonego węża z ogniska? A może skusicie się na  soczystego steka z rakiety? Czy preferujecie rośliny, np.duszone na parze bulwki pięciornika gęsiego z liśćmi czosnaczku? Jakby ktoś był głodny, to jeszcze są inne dania. Mam nadzieję, że pomożecie mi to wszystko zjeść? Tak, wyszło tego dużo.

Dawno już nie piekłem na ognisku węża, chleba indiańskiego ani robinsonki, to powolutku nadrabiam. Pieczony wąż to nic innego jak ciasto podpłomykowe uformowane w wałek i oplecione na kiju. Do smaku dodałem przy wyrabianiu ciasta suszonej i sproszkowanej kani. Wyborne w smaku pieczywo o grzybowym posmaku. Kolejnym razem upiekę węża ziołowego i z bakaliami na słodko. Z ciasta podpłomykowego upiekłem na rozgrzanym kamieniu kilka podpłomyków, nic niezwykłego. Podpłomyki ze zwykłej mąki szybko się nudzą, dobrze jest dodać coś do smaku. W żarze, po dodaniu popiołu upiekłem popielaki, czyli podpłomyki z dodatkiem popiołu z ogniska. Ciekawy aromat i smak, niczym paluszki. Smakują mi bardziej, niż zwykłe podpłomyki. Dużo pieczonych bulw i korzeni, gdyż niedługo będzie kilkumiesięczna przerwa, wiosna przyszła i tylko patrzeć jak z bulw wyrosną młode rośliny. W zakopanym żarze ogniska upiekłem trochę korzeni i bulwy topinamburu, wiesiołka, chmielu i pałki wodnej. Na wiosnę są najlepsze, słodkie i mączyste, po prostu pychota. Mniejsze bulwy, świerząbka i pięciornika, piekłem zawinięte w liście szczawiu i wierzbowe łyko. Na słodko były podane kłącza trzciny opiekane nad ogniskiem. Mięsne dania również, dwa steki wołowe, jeden upieczony na uplecionej, wierzbowej rakiecie, a drugi bezpośrednio na żarze.


Miałem jeszcze gorącą herbatę do popicia, bo dzień zimny i wietrzny. Wszystkiego rzecz jasna nie zjadłem przy ognisku, zabrałem resztę do domu. Teraz zastanawiam się, co przygotować na kolejne ognisko.

Film: https://www.youtube.com/watch?v=m9Zo6a7sXPA

sobota, 11 marca 2017

Szałas tipi i zimowe szkolenie 7 dni w lesie












Na zdjęciach śnieg widać, to z zimowego szkolenia, dopiero teraz wrzucam. Nie nadążam z niektórymi wpisami, takie życie, ale szałas dalej stoi :)

Budowa nowego szałasu był konieczna z kilku względów, tylko jednym z nich było zadbanie o dobre warunki dla uczestników zimowego szkolenia. Ujemne temperatury w nocy, następnie odwilż, mgła i duża wilgotność powietrza. W kolejnych dniach intensywne opady deszczu i silny wiatr. Szałas podczas takich warunków sprawdził  się doskonale. Nic nie przeciekało, w środku było ciepło i przytulnie. Tak naprawdę, to nie chciało się z niego wychodzić. Z konieczności tylko po wodę, jedzenie, opał no i na warsztaty :)
A noc spędzona w takim szałasie, ech ....  ,co Wam będę opowiadał.


Nasze leśne tipi można porównać do hotelu, w porównaniu z innymi naturalnymi schronieniami, jest naprawdę  komfortowe. Zamknięte z czterech stron z wejściem zasłanianym dodatkowo wełnianym kocem. Uszczelnione grubą warstwą ściółki by wiatr ani deszcz nie wnikał do środka szałasu. A w środku wygodne posłania i ognisko. ''Jak takie warunki, to ja nie 7 dni, a na 3 miesiące chcę tu zostać'' :)
I nie są to bynajmniej moje ani Katarzyny słowa.
Jak wyglądała budowa takiego szałasu. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy to wybraliśmy miejsce. Przede wszystkim, równe, suche i przepuszczalne podłoże. Druga rzecz to dobre osłonięcie od wiatru i deszczu. Ustalenie z której strony wieją najczęściej wiatry, by wiedzieć gdzie zrobimy wejście do szałasu. Konstrukcja szałasu wynikała z warunków jakim ma sprostać.
Początkowo myślałem o innym typie szałasu, ale zamarznięta ziemia zmusiła nas do budowy tipi. Wybraliśmy miejsce pośród młodych sosen, których gałęzie były dodatkową osłoną przed deszczem. Wspólnie ustaliliśmy jakiej wielkości ma być szałas, na ile osób. Po oczyszczeniu miejsca wyznaczyliśmy zarys podstawy szałasu. Na jednej tyczce o rozwidlonym końcu oparliśmy jeszcze dwie proste, tak by stworzyć zarys schronienia. Dokładaliśmy tyczki, w większości suche, zagęszczając szczelnie konstrukcję. Na koniec przyrzuciliśmy na wierzch ściółkę (z rozbiórki starego szałasu, jak większość materiałów) i dokładnie uszczelnili by nie było prześwitów.

Wejście zasłoniliśmy kocem. W kolejnych dniach konieczne okazało się dalsze uszczelnianie poszycia szałasu ze względu na to, że ściółka wysychała i osiadała. Budowa tipi poszła bardzo sprawnie (jakieś kilka godzin). Zanim zapadł zmrok w środku paliło się już ognisko, mieliśmy zrobione posłania i zgromadzony opał. Gorąca herbatka i dużo opowieści na dobranoc. Moc wrażeń i zmęczenie bierze górę, oczy się same zamykają. Przykryty ciepłym kocem wpatrujesz się w ognisko i po chwili zasypiasz.


Więcej o zimowym szkoleniu 7 dni w lesie można poczytać na blogu Katarzyny oraz Rafała:
http://wmiejskiejkniei.blogspot.com/2017/03/7-dni-w-lesie-luty-2017.html

niedziela, 5 marca 2017

Rok poszukiwacza roślin - marzec


Upłynął niecały miesiąc od mojego lutowego wpisu, a zmiany zaszły rewolucyjne. Mamy przedwiośnie, śnieg już kilka dni temu zniknął, na zbiornikach wodnych pozostały resztki topniejącego lodu. Tylko na bagnach miejscami ziemia jeszcze zamarznięta, ale przy tych warunkach to kwestia kilku dni. Słońce mocno grzeje, w przyrodzie widać duże ożywienie. Klucze żurawi, motyle i pierwsze zielone listki roślin. To zapowiedz nowego, pysznego sezonu.

Wczoraj i dziś chodziłem po okolicy w poszukiwaniu dzikich roślin jadalnych. Jest tego bardzo dużo, ale zacznijmy od tego, co najciekawsze - od soków. Krótki czas zbioru soków, więc trzeba przypilnować, bo warto, szczególnie  smaczny jest sok z klonu i brzozy. Już dwa tygodnie temu ruszyły soki w klonach, wczoraj spuszczałem pierwsze litry soku z brzozy. Na razie cieknie tylko na najcieplejszych, piaszczystych wzgórzach. Na grab będzie trzeba jeszcze zaczekać.

Co do dzikich nowalijek, które mnie równie cieszą, skubanie małych, zielonych listków w słoneczny, wiosenny dzień jest samą przyjemnością. Trzeba dłużej zbierać, bo są jeszcze małe, ale nie o ilość nam chodzi. Po zimie organizm potrzebuje witamin i minerałów, te zawarte w roślinach są łatwo przyswajalne i zdrowe. Listek do listka i na sałatkę się uzbiera. Zbierać można już pierwsze młode listki: pokrzywy, bluszczyku kurdybanku, czosnaczku, dzikiego szczypioru, szczawiu, szczawiku, podagrycznika, gwiazdnicy, trybuli, stokrotki, cykorii, mniszka, jasnoty, chrzanu, tasznika, wyki, ziarnopłonu, rukwi, rzeżuchy, koniczyny, krwawnika, ostrożnia.

O listkach wiedzą prawie wszyscy, ale na wiosną można też zbierać pierwsze młode źdźbła perzu i innych traw (do pierwszego kolanka). Ciekawe są kiełki niecierpka, bardzo smaczny dodatek do sałatki. W miejscach podmokłych możemy poskubać situ. Za kilka tygodni powinien być już skrzyp polny i młode pędy chmielu.

Co niektórzy zbierają młode pączki drzew: lipy, brzozy, klonu, wierzby, głogu, topoli. Na sosnę jeszcze za wcześnie.

Na krzewach widziałem już ostatnie owoce dzikiej róży i głogu. Dwa tygodnie udało mi się jeszcze znaleźć garść żołędzi na kawę. To nie pora na owoce. Jedynie co to owoce jałowca można zbierać.
 
Surowce na herbatki bez zmian: pędy malin, jeżyn, sosny, świerka, jodły, borówki, czeremchy, brzozy. Pojawiły się młode listki poziomki i glistnika jaskółcze ziele.

Wiosna to pora zbioru korzeni: chmielu, chrzanu, dzikiej marchewki, pasternaku, łopianu, wiesiołka, mniszka, pięciornika gęsiego, kłącza pałki, czyśćca błotnego, trzciny, perzu, sitowia, bulwy topinamburu, świerząbka, złoci.

Jedną z oznak nadchodzącej wiosny jest kwitnąca leszczyna. Z jej kwiatostanów zaparzymy smaczną herbatkę oraz zrobimy placuszki.
Dziś zbierałem pierwsze kwiaty podbiału na syrop. Niedługo też zaczną  kwitnąć fiołki.

Dzień jest coraz dłuższy, jest też coraz cieplej. Robi się zielono, kolorowo, roślin będzie przybywać. Cieszmy się nadchodzącą wiosną niczym ptaki.

czwartek, 2 marca 2017

Nowe filmy dla Leśnego Rzemiosła

Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale powstały kolejne filmy dla Leśnego Rzemiosła. Wrzucam hurtowo. Tematyka bez zmian, prymitywne techniki ogniowe. Można jeszcze stary szałas i zimę powspominać.
Nie chwaliłem się też filmem ze zlotu jesiennego Forum Bushcrafter na którym również byłem. Miłego oglądania.









czwartek, 16 lutego 2017

Anorak z koca wełnianego DIY


Pierwsza rzecz jaka kojarzy mi się z anorakiem to Inuici. W licznych relacjach podróżników z najzimniejszych obszarów naszego globu możemy przeczytać o anoraku, nosili go zarówno rdzenni mieszkańcy jak i przybysze, którzy przekonali się do jego zalet. Anorak to nieprzemakalna, czasami również ocieplana kurtka z kapturem i ściągaczem, zakładana na wierzch, stanowił doskonałą ochronę przed wychłodzeniem. Jego krój był staranie przemyślany, dostosowany do niskich temperatur i silnych wiatrów oraz zapewnienia maksymalnej ochrony przed wychłodzeniem. Tradycyjnie anorak nie był rozpinany z przodu, wkładało się go przez głowę. Wydawało by się, że brak zamków czy rozpięć to poważny problem, jednak tak nie jest, przekonałem się o tym testując własny anorak.


Wiele współczesnych kurtek producenci nazywają anorakiem, nie będę się spierał czy słusznie czy też nie. Dostępne na rynku produkty tego typu nie odpowiadają moim potrzebom, są mało praktyczne i straszą wysoką ceną. Ich krój nie jest dostosowany do leśnych potrzeb, a więc jak najlepszej ochrony przed zimnem. Bo powiedźcie mi po co mi kurtka która sięga ledwie do pasa? Nie osłania nerek ani pleców. Jestem wymagającym użytkownikiem i nie kupię niczego, co jest niepraktyczne. Pomarudziłem, nie kupię to co inni zrobili, a chciałbym mieć anorak. Rozwiązanie tego problemu jest tylko jedno, uszycie własnego anoraka, według własnego projektu.

Zacznijmy od materiału. W grę wchodziła tylko wełna, najlepiej czysta. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się tutaj wykorzystanie wełnianych koców pochodzących z wojska, dobry materiał w przyzwoitej cenie. W rękach miałem tylko wojskowy polski koc wełniany, który jest dla mnie za gruby na anorak. O popularnych na rynku pochodzących z demobilu kocach wojsk amerykańskich czy niemieckich trudno mi coś powiedzieć poza tym, że mają nadrukowane napisy. Zaryzykowałem i kupiłem kilka wełnianych koców bułgarskich wykonanych z czystej bawełny. Koce te są średniej grubości, bardzo ciepłe, miękkie ale jak się szybko okazało też mało wytrzymałe. Materiał mechaci się, na szwach anorak w kilku miejscach rozchodzi się i konieczne będzie naszycie dodatkowych wzmocnień. Nie zmartwiło mnie to bardzo, to tylko prototyp, kolejny anorak będzie wykonany już staranniej z bardziej wytrzymałego materiału. 

Na internetowych forach jak i na YT można bez problemu odnaleźć  materiały jak krok po kroku uszyć własny anorak, od najprostszych wzorów po nieco bardziej wyszukane z gotowymi wykrojami. Zdecydowałem się na anorak bez rozcięcia pod szyją, z kapturem i małą kieszenią w której mogę ogrzać zmarznięte ręce. Rozcięcia u dołu dają swobodę ruchów. Ważną rzeczą było dla mnie osłonięcie pleców podczas snu, tył anoraka jest o kilka centymetrów wydłużony w stosunku do przodu. 
Szycie to zasługa Katarzyny, dzielnie zniosła moje marudzenie, dziękuję. Ona sobie również uszyła anorak ale bez kaptura i rozcięciem pod szyją zapinanym na guziki.

Testowałem anorak tylko przez weekend, ale już mam kilka spostrzeżeń. Anorak jest bardzo wygodny i praktyczny, nie mam problemu  z jego zakładaniem czy zdejmowaniem, nie czuć że jest ciężki, nie zawadza przy przedzieraniu się przez krzaki. Co najważniejsze dla mnie to doskonale chroni przed wychłodzeniem. Przy -3C miałem na sobie założoną koszulkę bawełnianą z krótkim rękawem, cienki sweterek wełniany i anorak. Podczas marszu w lesie po śniegu czy zbieraniu opału na ognisko było mi zdecydowanie w takim zestawie za gorąco. Anorak powstał z myślą o zimowych warsztatach 7 dni w lesie, by spać w nim przy ognisku i nie martwić się zanadto wypalonymi przez iskry dziurami w kurtce. Na zimowym szwendaniu po okolicznych lasach też będę go nosił. Zamierzam go używać jako jako wierzchnią warstwę przy niskich temperaturach, przy opadach i silnym wietrze dodatkowo będę zakładał na wierzch nieprzemakalną kurtkę.

Wełniany anorak to nie tylko klimat i nawiązanie do tradycji, ale też praktyczna rzecz.



wtorek, 14 lutego 2017

Indiańska sauna w zimie

























Zima, temperatura w nocy spada do -15C, w dzień trochę cieplej. Siedzimy sobie w lesie już 2 tydzień. Mamy wygodny, ciepły szałas w spokojnej okolicy. Wodę przynosimy z malutkiego, mulistego strumienia, który przy tej pogodzie prawie zamarzł, dobrze, że jest jeszcze śnieg. Dni wypełnione są zbieraniem opału, pozyskiwaniem żywności, pracami obozowymi i odpoczynkiem. Wszystko pięknie, w zasadzie niczego nie brakuje nam do szczęścia, ale każdy marzy o gorącym prysznicu...

Dziś będzie nie o gorącym prysznicu a o indiańskiej saunie, która w warunkach polowych bardzo dobrze go zastępuje. Indiańska sauna to sposób na utrzymanie higieny w zimne dni, kiedy temperatura wody zniechęca nas do wskoczenia do jeziora lub rzeki.

Sauna pozwala wspaniale zrelaksować się po męczącym dniu. W saunie rozgrzejemy zmarznięte ciało, wypocimy się, oczyścimy organizm. Dobrze, jeśli po wyjściu z sauny można się schłodzić w zimnej wodzie lub śniegu. Po takich zabiegach czuję niezwykłe odprężenie i lekkość. Saunę indiańską, która ma takie samo działanie jak zwykła sauna, można w prosty sposób zrobić w warunkach polowych, i to nie tylko w ciepłej porze roku, ale również zimą.

Budowa sauny indiańskiej nie zajmuje dużo czasu i jest prosta do wykonania. Wystarczy trochę prostych i giętkich gałęzi, kamienie, plastikowa folia oraz koce. Wielkość sauny uzależniona jest od ilości osób biorących w niej udział. Należy pamiętać, że im mniejsza ona będzie, tym łatwiej będzie ją ogrzać do odpowiedniej temperatury i mniej kamieni będzie potrzebne. Na równej powierzchni wytyczamy okrąg. W środku wykopujemy dołek i wykładamy go kamieniami (nie jest to konieczne), w tym miejscu będziemy układać rozgrzane w ognisku do czerwoności kamienie, które ogrzeją wnętrze szałasu. Przy małych szałasach, na 2-3 osoby, miejsce na rozgrzane kamienie przesuwamy bliżej ściany by lepiej wykorzystać wnętrze. W podłoże po okręgu wbijamy gałęzie, a końce związujemy tak, by utworzyły kopułę. Całość wzmacniamy poprzecznymi prętami zostawiając wolną przestrzeń na wejście. Konstrukcję przykrywamy folią i kocami. Folia zatrzymuje parę wodną, a koce pomagają dłużej zachować ciepło we wnętrzu szałasu.
Kamienie służące do ogrzania sauny rozgrzewamy w ognisku, które palimy za zewnątrz. Wnosimy je po jednym do środka, bardzo ostrożnie, podnosząc stopniowo temperaturę. W lecie liczę 2-3 kamienie na osobę, w zimie dwa razy więcej. Wybieramy kamienie wielkości dużej, zaciśniętej pięści człowieka, maksymalnie wielkości do bochenka chleba. We wnętrzu sauny robimy miejsce do siedzenia, by odizolować się od zimnego podłoża, kładziemy słomę, trawę, gałązki świerku lub koce. Zwykle na początku robimy saunę suchą, później polewamy rozgrzane kamienie co jakiś czas wodą,  by otrzymać więcej pary. Od nas zależy, jaką temperaturę chcemy mieć w środku i jak długo będziemy tam siedzieć. Niektórzy posypują rozgrzane kamienie ziołami, które dają aromatyczny dym a czasem i wizje :)
Indiańska sauna może mieć znaczenie nie tylko czystko higieniczne, ale też towarzyskie i duchowe.

Indiańską saunę robiłem razem z Katarzyną w ostatnią sobotę, w księżycową, mroźną noc. W ciemnościach, co by wiewiórek w lesie nie gorszyć ;) Wiatr tylko nieznacznie dawał o sobie znać, temperatura powietrza spadła poniżej -10C. Po wyjściu z sauny dałem nura w śnieg, nacierałem się nim by zmyć pot. Doskonały sposób na odprężenie i hartowane organizmu. Po saunie siedzieliśmy jeszcze kilka godzin przy ognisku popijając herbatkę. Nockę przespaliśmy w saunie, konstrukcja była gotowa, wyniosłem tylko kamienie i rozłożyłem posłanie. Na wiosnę, gdy ruszą soki w brzozie zrobię kolejną indiańską saunę.

sobota, 11 lutego 2017

Łognicho i nieco tradycyjnego bushcraftu


Miałem ochotę na prawdziwe mięso odymione przy ognisku oraz pieczone ziemniaczki. To tylko część kulinarna powodów wyjścia w teren, poza tym miałem testować w terenie nowy anorak uszyty przez Katarzynę z wełnianego koca, zbierać dzikie rośliny jadalne, porobić zdjęć i poszwendać się po krzakach. Miało być pracowicie, ale i przyjemnie. Do naszych wiklinowych ''plecaków'' zapakowaliśmy wełniane koce by przyjemnie się siedziało na postoju, czajniczek, herbatę, 2 kuksy, steki z karkówki, ziemniaczki, chleb, siekierkę, krzesiwo oraz aparat fotograficzny. Cały ten majdan mieścił się w mniejszym plecaku.
Mróz odrobinę zelżał, co mnie niespecjalnie ucieszyło, na szczęście lód na bagnach trzymał i w lesie śnieg nie stopniał. Trochę ślizgiem, cześć spacerem bezpiecznie przemierzaliśmy zamarznięte rozlewiska pstrykając zdjęcia w ciekawszych miejscach.


Po południu na zrębie rozpaliliśmy ognisko, pozostawione świerkowe gałęzie przydały się do zrobienia wygodnego siedzenia. Zjedliśmy smaczny obiadek, wypiliśmy kilka porcji herbatki, przy ognisku zrobiło się tak przyjemnie, że się wracać nie chciało do domu. W lesie cicho, żywego ducha nie uświadczy. Padający coraz obficiej śnieg głuszył wszelkie odgłosy.

W tradycyjnym bushcrafcie nie ma miejsca na plastik i masową produkcję, jest za to sięganie do tradycji, a więc do materiałów naturalnych takich jak drewno, skóra, poroże, wełna, bawełna czy stal węglowa oraz ręczną robotę. Ekwipunek w miarę możliwości powinien być własnoręcznie wykonany, posiadać indywidualne cechy, chociażby zdobienia czy inne drobne elementy określające właściciela. W tym wyróżnianiu nie chodzi wcale o chwalenie się posiadanym sprzętem, bo on nie sprawi że będziemy kimś lepszym, a odzwierciedlenie osobowości twórcy.

Tradycyjny bushcraft to dążenie do harmonii z przyrodą, dlatego używamy materiałów przyjaznych środowisku, które jak najbardziej się wpasują w leśne klimaty. Materiały, które nie rażą kolorami, blaskiem, szelestem. Nawet gdy zdarzy się nam jakąś rzecz zgubić, to jej rozkład nie potrwa np. 500 lat a znacznie krócej.
W lesie jesteśmy gośćmi, nie wypada więc urazić jego gospodarzy. Dobre wychowanie obowiązuje także w lesie.

Śnieg i mróz zachęcają by wybrać się do lasu, w ten weekend w planach indiańska sauna, nocka w lesie oraz oglądanie pełni księżyca.


wtorek, 7 lutego 2017

Rok poszukiwacza roślin - luty


Luty nas nie rozpieszcza, po kilku dniach odwilży powróciła zima z kilku stopniowym mrozem i opadami śniegu. Oblodzony, twardy śnieg przykrył świeży puch. Zbiór dzikich roślin jadalnych w takich warunkach jest bardzo utrudniony. Większość roślin skryta jest pod warstwą śniegu, brnięcie przez śnieg i odkopywanie roślin wymaga dużo wysiłku. Kiedy uda się nam już wydobyć z trudem ze zmarzniętej ziemi kilka korzonków czeka nas jeszcze czyszczenie ich z błota, w zimnej wodzie, na mrozie. Kilka razy by wydobyć kłącza pałki spod lodu musiałem dziabać przerębel. Nie zawsze jednak jest tak strasznie, co zbierzemy możemy spakować do plecaka, a w domu przetwarzać dalej. Najzagorzalsi poszukiwacze dzikich roślin jadalnych nie kończą sezonu jesienią, gdyż dla nich sezon trwa cały rok. Nawet jak jest mróz i śnieg oni coś znajdą.

W lutym mniej jest dzikich owoców, objadają je ptaki, opadają, czasem tylko marne resztki znajdziemy. Rośliny, które można było zbierać w styczniu również są dostępne w lutym. Rośliny widoczne na zdjęciu zbierałem w ostatni weekend. Miałem mało czas na zbiory, ograniczyłem się, więc do zbioru surowców na herbatkę oraz dodatku do podpłomyków. Po prawej stronie zdjęcia widoczne są jednoroczne gałązki wierzby purpurowej, zebrałem je by zaparzyć z nich herbatkę podobnie ja z liści borówki (na środku zdjęcia). Pod rozłożystymi świerkami, gdzie śniegu było mało, znalazłem dużo szyszek. Po wysuszeniu szyszek chcę z nich pozyskać nasiona i dodać do podpłomyków.

Bardzo skromnie w lesie ze zbiorami.  Dobrze, że mam w piwniczce troszkę zakonserwowanych różnych dzikich, czas po nie sięgnąć. Korzystać z zapasów, opróżniać pojemniki, słoiki i butelki. Podjadając te smakołyki tęsknię za dzikim, zielonym jedzeniem, za pierwszymi smacznymi pąkami, listkami, a najbardziej marzę o pokrzywowych plackach. Chociaż w sumie, zjadłbym cokolwiek dzikiego i zielonego :)
Jakby śnieg stopniał i mróz odpuścił, to dobrał bym się do korzeni: dzika marchew, pasternak, wiesiołek, pięciornika, po zimie są delikatniejsze. W sprzyjających latach, gdy było słonecznie i ciepło zbierałem już o tej porze sok klonowy. Przyjdzie jeszcze poczekać pewnie, choć zwiastuny przedwiośnia w lesie już widać.

W naturze łatwo dostrzec cykl, zima dla dzikich zwierząt to czas niedostatku i głodu, wiosna to początek  odrodzenia w przyrodzie, pierwsze soczyste rośliny. Kolorowe lato to urodzaj owoców, i w końcu jesień, czas obfitości wszelkich roślin, zbiorów i gromadzenia zapasów. Tak myślę sobie, że gdyby chcieć poczuć się prawdziwym leśnym człowiekiem, dobrze było by do takiego cyklu nawiązać. Skoro jest zima, to czemu nie zastosować głodówki i nie zrzucić kilka zbędnych kilogramów, oczyścić organizm z toksyn? Dać odpocząć organizmowi psychicznie i fizycznie, odbyłoby się to z korzyścią dla naszego zdrowia. Głodówka jako taka forma przygotowania do wiosny, na początek nowego sezonu poszukiwacza roślin.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Wikilnowy kosz a'la plecak :)

Był duży, jest również mniejszy. Z przykryciem od góry i zapięciem, tak by nic nie wypadało. Materiały i technika ta sama co poprzednio za wyjątkiem szelek, które są zrobione z wełny.

Po weekendowej wędrówce zostawiłem wiklinowy kosz w pokoju i mam zapachowy plecak, pięknie pachnie salicylanami.

sobota, 4 lutego 2017

Szałas typu norka - leszczyna, świerk i liście

Przeglądałem ostatnio archiwum i znalazłem dużo zdjęć z okresu, kiedy nie pisałem jeszcze bloga, między innymi zdjęcia tego szałasu. Nie jest on modelowy, ale też nie jest taki straszny, więc mogę pokazać co kilka lat temu zbudowałem. To był pierwszy mój szałas typu norka, kolejne są już tylko doskonalsze.

Pogodnego, wiosennego dnia wybrałem się do lasu na ognisko, chciałem pobiwakować, upiec gołąbki, ugotować zupę z pokrzyw, nie planowałem budowy szałasu. W trakcie poszukiwań miejsca na ognisko znalazłem świeżo przewrócony świerk i wpadłem na pomysł by przećwiczyć budowę schronień. Wybór padł na norkę, gdyż wcześniej nie robiłem podobnych szałasów. Materiału w pobliżu było po dostatkiem zatem budowa poszła mi sprawnie.

Na zdjęciach widać w jaki sposób powstał szałas. Pierwszym krokiem było ścięcie leszczynowych gałęzi, wygięcie ich w kształt litery U i wbicie końcami w podłoże, tak by utworzyły tunel rozszerzający się ku wejściu. Konstrukcję przeplotłem i wzmocniłem przeplatając je w poprzek cieńszymi gałązkami. Tak przygotowana konstrukcję obłożyłem gałązkami świerkowymi po czym obsypałem warstwą liści. Posłanie zrobiłem z gałązek świerkowych, na wierzch narzuciłem suchej trawy.

Szałas jest obszerniejszy niż powinien. Nie martwiłem się o to czy zmarznę, noc była ciepła i miałem wełniany koc. Większe wnętrze to większy komfort spania. Nie przykładałem też większej wagi do uszczelnienia szałasu, nic nie zapowiadało deszczu. Przytulnie się śpi nawet w tak byle jak skleconym szałasie.

środa, 1 lutego 2017

Wiklinowy duży kosz do przenoszenia ładunków



Od dłuższego już czasu myślałem o wiklinowym koszu do przenoszenia ładunków, takim prymitywnym, historycznym i jednocześnie koszernym :) Koszu na tyle dużym, by można było zapakować cały sprzęt na wyprawę, tak jak do tradycyjnego plecaka.

W ubiegłym roku miałem małe problemy z zebraniem odpowiedniej ilości materiału, poza tym wiklinę zużyłem na inne wyroby.  Na początku tego roku w trakcie wędrówek po okolicy znalazłem nowe miejsce, gdzie rośnie dużo przepięknej, kolorowej wikliny. Naciąłem cały snop wiklinowych witek i zabrałem je do domu.

Kosz zrobiony jest z wiklinowych witek kilku gatunków wierzb. Na początku wygiąłem dwie długie, grubsze gałęzie w kształt litery U i związałem je ze sobą. Kolejno oplatałem żebra i dodawałem nowe w miarę jak kosz się powiększał. Wierzbowe witki są bardzo plastyczne, bez problemów nadałem mu kształt taki, jaki mnie interesował. Jednego wieczora zanadto się rozpędziłem, tak dobrze szło mi wyplatanie kosza, musiało go później zmieszać.
Kosz jest w przekroju owalny, rozszerza się ku górze, od strony pleców bardziej płaski tak by dobrze przylegał i nie uwierał podczas przenoszenia cięższych ładunków. Brzeg kosza wzmocniłem oplotem z jelit, po wychynięciu trzymają dużo lepiej niż rzemień czy sznurek. Szelki 5 cm szerokości wyciąłem z miękkiej skóry jeleniej, na końcach są porobione ograniczniki z kilkucentymetrowej długości gałązek. Dzięki temu, że kosz jest wypleciony z wierzbowych witek, pomiędzy którymi są wole przestrzenie, to miejsce mocowania szelek mogę zmieniać. Daje mi to możliwość zmiany wysokości zawieszenia, szerokości jak i długości samych szelek. Planuję jeszcze od góry zrobić odpinaną klapę z kawałka skóry by z kosza nic mi nie wyleciało.

Kosz nosi się przyjemnie, nic nie uwiera, nie jest ciężki. By przetestować jego wytrzymałość załadowałem do jego wnętrza ok. 30 kg krzemienia i chodziłem z takim obciążeniem, nic się nie działo złego. W normalnych warunkach nie planuję przenosić większego obciążenia jak 10-15 kg. Kosz powstał głownie z myślą o pokazach historycznych, ale też chcę z niego korzystać podczas zbiorów roślin, warsztatów czy imprezach nawiązujących do  tradycyjnego bushcraftu.

niedziela, 29 stycznia 2017

Szałas typu norka z nawłoci

Planowałem jesienią, kiedy liście opadną iść do lasu na weekend, wybudować szałas typu norka z gałęzi i liści i się w nim przespać. Bez ogniska, śpiwora czy koca, tylko w ubraniach, które miałbym na sobie. Sprawdzić czy w takim schronieniu można bezpiecznie, bez wychłodzenia przespać noc. Jeśli tak, to jak grubej warstwy izolacyjnej z liści wymaga szałas i do jak niskich temperatur da się w nim spać? Niestety opady deszczu sprawiły, że liście były mokre i moje plany budowy szałasu muszę odłożyć do jesieni. Na pocieszenie udało mi się zbudować tego samego typu schronienie, ale wykonane z nawłoci. Chciałbym podzielić się kilkoma uwagami na temat tej właśnie konstrukcji - szałas typu norka z nawłoci.


Szałas zbudowałem na bagnach na niewielkiej wyniosłości, pośród kilku brzóz i zarośli wierzby. Dookoła pełno było inwazyjnej nawłoci, chwastu będącego pożytkiem jedynie dla pszczół. Roślina ta opanowała znaczny teren zagłuszając inne rośliny. W zaroślach nawłoci lubią się chować zwierzęta. Z jej prostych i uschniętych łodyg da się też zrobić całkiem ciepłe posłanie, jest dobrym materiałem na schronienie. Do tego celu ją użyłem, do budowy norki. Szałas typu norka jak sam nazwa wskazuje, to taka nora do spania, tylko do spania. Nie ma w niej miejsca by można było robić w tym schronieniu coś więcej poza leżeniem. Z założenia norkę ogrzewany ciepłem własnego ciała, by było w niej wystarczająco ciepło musimy ograniczyć straty ciepła, a co za tym idzie, ograniczyć do minimum objętość schronienia i zastosować jak najlepszą izolację. Schronienie budujemy o jak najmniejszym wnętrzu, tak byśmy mogli do niego tylko wejść i wyjść plus kilka centymetrów po bokach na przekręcenie się z boku na bok w czasie snu. Większa przestrzeń we wnętrzu norki jest luksusem, będziemy mieli co prawda więcej miejsca, będzie wygodniej, ale szałas może nie zapewnić nam spokojnego snu w zimną noc. Większy szałas to więcej potrzebnego materiału na jego zbudowanie, większy włożony wysiłek i więcej przestrzeni do ogrzania. A nasz organizm to nie grzejnik z regulatorem.
Można zbudować norkę większą, dla przykładu w takiej, w której można usiąść, tylko wtedy musimy pomyśleć o dodatkowej izolacji  w postaci śpiwora czy wełnianego koca. Uwagi te nie dotyczą warunków, gdy mamy ciepłe noce i nie potrzebujemy żadnej dodatkowej ochrony.

Przejmy teraz do budowy norki. Ważna informacja to taka, że budowałem ją w mało sprzyjających warunkach zimowych, w nocy temperatura spadała poniżej -20C, warstwa śniegu ok. 10 cm. Gałęzie wierzby, z których zrobiłem pałąki i przytwierdziłem poszycie z nawłoci przy próbie ich zginania łamały się na takim mrozie jak zapałki. By wygiąć musiałem ogrzewać pręty wierzby nad ogniskiem, dopiero wtedy stawały się elastyczne. Norkę budowałem niespiesznym tempem 3 godziny z przerwami na odpoczynek z powodu dolegającego mi bólu pleców. Gdybym budował norkę nie w zimie a jesienią ten czas byłby znacznie krótszy, opady śniegu wyłamały i przykryły dużą część nawłoci, ich zbiór zajął mi więcej czasu. Budowę schronienia zacząłem od zrywania i znoszenia naręczy uschniętych nawłoci. W miejscu gdzie miał stanąć szałas odgarnąłem śnieg i ułożyłem grubą do wysokości kolan warstwę nawłoci na przyszłe posłanie. Po nocy ta warstwa zmniejszyła się czterokrotnie, nie można oszczędzać na izolacji od podłoża. Kolejną rzeczą było wycięcie z wierzbowych gałęzi i zrobienie z nich pałąków, które powbijałem w podłoże tworząc rodzaj rozszerzającego się ku wejściu tunelu.


 Najwięcej czasu zajęło pokrycie norki warstwą nawłoci, grubość ścian to 20-30 cm. Aby pokrycie się nie rozsypywało konstrukcję z zewnątrz opasałem splecionymi gałęziami wierzby. W trakcie budowy kilka razy przymierzałem czy wielkość norki jest taka jak trzeba.



Kilka osób pytało mnie, czy spałem w tym szałasie podczas mrozów i jak moje odczucia? Zbudowałem norkę z myślą o wyższych temperaturach i przez chwilę nawet nie łudziłem się, że to wystarczające schronienie na tak niskie temperatury. Próbowałem tamtej nocy spać, ale już po godzinie zimno mnie wygoniło z szałasu. Dogrzewanie ogniskiem odpadało. W sytuacji krytycznej mogłem docieplić jeszcze norkę z zewnątrz obsypując ją śniegiem, być może to by pomogło mi przespać noc. Suchy śnieg zapewnia bardzo dobrą izolację.
Przy -20C nie ma szans by dało się przespać noc w takiej norce w samych ubraniach (przynajmniej nie takich, jakie ja miałem na sobie), wyjściem byłoby zastosowanie dodatkowo śpiwora, tylko to zaprzecza mojemu założeniu. Norka zapewnia bardzo dobrą ochronę przed wiatrem, gdy zasłonimy wejście to z każdej strony jesteśmy osłonięci. Tego typu szałas ochrania nasz również przed opadami. Zapewnia też dobrą ochronę przed zimnem, ale jak każda rzecz ma swoje ograniczenia. Przy niskich temperaturach rozwiązaniem jest innego typu szałas z możliwością wykorzystania ciepła ogniska.

Zmierzam wrócić do tego szałasu w zimie, gdy będzie więcej śniegu, który będę mógł go wykorzystać do stworzenia dodatkowej warstwy izolacyjnej, może wtedy uda mi się przespać w nim spokojnie noc. A jak nie, to poczekam aż się zrobi cieplej. Suche liście zapewniają lepszą izolację cieplną, ale z tym muszę poczekać do jesieni. Chcę sprawdzić możliwości spania w terenie w chłodniejsze dni bez śpiwora czy ogniska w szałasie typu norka.