sobota, 21 grudnia 2013

Biesy


Chceš-li být šťastný jeden den - najez se.
Chceš-li být šťastný 1 rok - ožeň se.
Chceš-li být šťastný celý život - dej se na turistiku.

Tłumaczyć nie muszę, zrozumiałe, każdy ma prawo do szczęścia.

Znów w Bieszczady, ale nie do końca tak miało to wyglądać. Wyjazd planowałem pod koniec jesieni, znacznie dłuższy, inny rejon i cel, tylko zdjęcia, bez relacji. Wyszło jednak tak, że postanowiłem opisać tych kilka dni wędrówki. Wjechałem w nocy, u mnie deszcz, błoto i temperatura na plusie. Na miejscu przywitało mnie słonko, śnieg i mróz, skąpo co prawda, ale zawsze to coś.

Pierwsze kilka dni spędziłem w ulubionej bacówce, nikt nie zakłócał mi spokoju, więc pełnia szczęścia. Rano wychodziłem w teren, jak zwykle ''zbiory'' i rozpoznanie, po drodze znajome ślady, kudłaty jeszcze nie śpi, innego zwierza niewiele. Grzybki (ucho bzowe, boczniak), tego nie brakowało, podobnie owoce - tarnina, kalina, dzika róża, nawet bukwi jeszcze nazbierałem, ''zielenina'' przysypana śniegiem, korzonków nie chciało mi się kopać. Przed zmrokiem znosiłem opał, woda ze strumienia, który nieco wysechł, gotowanie jedzenia a później ''zabawy z ogniem'' i inne takie. Zrobiłem zestaw do krzesania z granitowej kostki brukowej i gwoździa, zdobyte na miejscu, całkiem dobrze się sprawuje, chociaż ciężki do noszenia. Hubkę też robiłem ale mało, trudno było wyciąć plasterki, owocniki zamarznięte na kamień.
Dalej przemieściłem się do schroniska Pod Rawkami, rano na Rawki, na dole mgła a na górze pięknie błękitne niebo i widoki zapierające dech w piersiach. Był to jeden z najlepszych dni do robienia zdjęć, warunki dopisywały. Cudownie mróz przyozdobił wszystkie gałązki, biały śnieg, oszronione drzewa i trawy, gra świateł. Do tego morze przepływającej mgły, stałem i przyglądałem się długo usiłując zapamiętać i nasycić fantastycznymi widokami oczy.

Było wcześnie, więc podreptałem na Połoninę Caryńską, dzień zakończyłem w Chatce Puchatka. Tutaj oglądałem zachód i wschód słońca, ależ wspaniałe barwy nieba o poranku!
Schronisko to pamiętam z jak najlepszej strony, zawsze dużo ciekawych ludzi, wieczorne rozmowy i koncertowanie. Tym razem doznałem szoku, nie było żadnego nocującego turysty, tylko ja. Nie ma chętnych do zimowych wędrówek po Bieszczadach, pustki na szlakach. Bo zimno, wieje, ślisko i śnieg przeszkadza. O narodzie, co się dzieje?  Lutek Pińczuk, który już 50 lat tu ''urzęduje'' powiedział, że świat zmierza ku upadkowi, pod tym względem trudno było się z nim nie zgodzić. Gdy już leżałem w śpiworku do schroniska przyszła para młodych ludzi z Krakowa, a że spać się nie chciało tośmy sobie porozmawiali dłużej. Najciekawsze i zarazem to, co się przyczyniło miedzy innymi do powstania tego wpisu, opowiedzieli mi o swojej pracy w fundacji na rzecz osób niewidomych. Zawstydzony pomyślałem, a czy ja mogę zrobić coś dla innych?
Rankiem poszedłem ku Smerkowi, silny wiatr na grani, trochę mną ''rzucało''. Tego dnia jeszcze na zachód słońca wbiegłem na przełęcz pod Tarnicą.

Następnego dnia bez pospiechu wdrapywałem się znów na Tarnicę aż tu nagle moim oczom widok niezwykły - choinka przyozdobiona różnymi owocami, warzywami, nasionami, pierniki, słoninka itd. a na szczycie zamiast gwiazdy zawieszone było pęto kiełbasy:)  Myślałem, że mam halucynacje, ale skąd by, nie piłem a i kaszkę rano zjadłem, więc z głodu też nie. Gdy ochłonąłem przyjrzałem się dokładnie tej bardzo smacznie wyglądającej choince, śmiałem się długo podziwiając jednocześnie fantazję i trud osoby, która to zrobiła. Widocznie w okolicy narodziła się nowa tradycja :)
A gdybym sobie taką samą choinkę sprezentował na najbliższe święta, przyozdobił ładnie w domu, ciekawe co ksiądz by na to powiedział?
Z Tarnicy jeszcze na Krzemień i zawróciłem, to był koniec łażenia po górach.

Niektórzy nie rozumieją, co takiego człowieka ciągnie w te góry, na dodatek jeszcze zimą?
Odpowiedz jest prosta, im wyższe góry tym bliżej do nieba :)
Za te widoki, tam na górze, oddałbym wszystkie skarby.

W drodze powrotnej zahaczyłem o Zamek w Sanoku, by kolejny już raz popatrzeć na prace Zdzisława Beksińskiego. Niesamowite, to skromne określenie, przykuwają uwagę i mogę się w nie wpatrywać godzinami. Wizjonerskie, nieco dziwne, mroczne, ale mi się bardzo podobają.

Każdy pewnie ma w domu album ze zdjęciami, w wersji papierowej czy elektronicznej, przechowuje zdjęcia i od czasu do czasu je przegląda. Najczęściej są to zdjęcia rodzinne, dokumentują nasze życie. Jak każdy ja również lubię oglądać zdjęcia, bardziej te zrobione przez innych jak swoje, gdyż te już znam wiem, co na nich jest, gdzie były zrobione, znam towarzyszącą im historię. Dają możliwość przeniesienia się w czasie jak i miejscu, do świata, który bardzo często, z różnych względów nigdy nie dane nam będzie oglądać. Zdjęcia dużo znaczą dla mnie, to zapis mojego życia, wędrówek, wspomnień, mogę opowiedzieć gdzie byłem, co robiłem, wracają przeżycia, dlatego pstrykam. Tylko cześć zdjęć, które robię udostępniam publicznie, wykorzystuje je głownie do zobrazowania wpisów na moim blogu.
Druga sprawa to zdjęcia innych osób, zwykle podpatrzone gdzieś w sieci, to doskonała inspiracja do działania.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy, nawet mimo ogromnych chęci mogą gdziekolwiek wyjechać. Przyczyny są różne, czasami jest to kwestia wieku, braku sprzętu, pieniędzy, czasu, ale bywa i tak, że przeszkodą nie do pokonania jest choroba. Choroba, która uniemożliwia normalne funkcjonowanie, wejście na niewielką górkę może być olbrzymim wezwaniem, zrobienie kilku kroków czy nawet wstanie z łóżka. Są osoby, które nigdy nie będą mogły podziwiać piękna gór, morza, lasów, poznają świat tylko przez szybę szpitalnego okna i zdjęcia. Więc jeśli można sprawić, że choć jeden uśmiech szczęścia pojawi się na twarzy takich osób, gdy będą oglądać zdjęcia, to warto je robić i się dzielić z innymi.

Dla KN

Link do zdjęć:  https://picasaweb.google.com/101961305466505913296/BiesyXII2013#

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Kamienny dysk

''Cacko z dziurką'' tak można nazwać rzecz, którą znaleziono przy Ötzim. Kamienny dysk wykonany z białego dolomitu z otworem na środku, przez który został przewleczony skórzany rzemień z kilkoma węzłami na końcu. W sumie powiązanych razem było dziewięć rzemieni, przywiązane do pasa, tworzyły rodzaj pompona, stanowiły materiał naprawczy. Kamienny dysk mógł w wilgotnych warunkach i przy niskiej temperaturze ułatwiać rozplątywanie rzemieni, innego przeznaczenia trudno się domyśleć. Być może pełnił tylko rolę ozdoby, zabawki lub amuletu, taki pojedynczy koralik, miał magiczne znaczenie dla posiadacza. Funkcja kamiennego dysku do końca pozostaje niejasna.

Też zrobiłem sobie taki kamienny dysk, kilka godzin ręcznego szlifowania na płycie piaskowca a później jeszcze wiercenie otworu krzemiennym wiertnikiem. Teraz próbuję zrozumieć, do czego mógł Ötzi używać ''cacka z dziurką".

czwartek, 5 grudnia 2013

Pieczone w ognisku dzikie gruszki i jabłka

W swoich jesiennych wędrówkach po lasach, polach i łąkach często mijam drzewa owocowe, są to różne gatunki, ale dominują przeróżne odmiany grusz i jabłoni. Rosną przy drodze, szlaku, w pobliżu dawnych zabudowań, na miedzy wśród pól, zdarza się, że nawet w środku lasu. Towarzyszą człowiekowi i są świadectwem jego obecności, wraz ze wzrostem zagospodarowania terenu mamy większą szansę na znalezienie drzew owocowych.
Dzikie grusze i jabłonie wrosły w krajobraz naszych pól, malowniczo zdobią monotonną przestrzeń, w lecie służą cieniem strudzonemu wędrowcowi, zapewniają schronienie zwierzynie, a jesienią ich owoce to darmowa stołówka, w tym także dla nas.


Każdy wie jak wygląda jabłko i gruszka, ale większość zna tylko te odmiany, które dostępne są w handlu. Są to wyłącznie odmiany pochodzące z upraw, wybór odmian jakie się uprawia w sadach jest z wielu powodów bardzo ograniczony. Niektóre odmiany np. jabłoni popularne 20 lat temu, obecnie są zapomniane. To tylko jeden z szeregu negatywnych skutków rozwoju rolnictwa i postępu gospodarczego.

Jabłoni i gruszy istnieje tysiące odmian, wydają owoce o różnym kształcie, wielkości, barwy, smaku. Jednak dzikie gatunki gruszek i jabłek w niewielkim tylko stopniu przypominają, te które kupujemy w sklepie. Próbując owoców możemy łatwo się przekonać, jak wielki postęp dokonał się przez kilka tysiącleci również w sadownictwie.

W terenie spotkamy gatunki drzew owocowych uprawiane, zdziczałe, dzikie oraz różne krzyżówki. Dzikie odmiany grusz i jabłoni rodzą małe owoce, nadrabiają za to bardzo obfitym owocowaniem. Jadalne na surowo ale niezbyt smaczne, twarde, cierpkie, zwykle trudno przełkną, dla niektórych wręcz niejadalne.
Pogardliwie spoglądamy i zostawiamy, traktujemy je bardziej jako pokarm dla zwierząt niż dla ludzi. Gdy mam w czym wybierać to oczywiście skorzystam z bardziej szlachetnych odmian, gdy nie to i te dzikie gruszki i jabłka są dla mnie przysmakiem.

Owoce grusz i jabłoni zbieram od końca lata do końca jesieni, niekiedy jeszcze na początku zimy o ile nie ma śniegu.

Najprostszy sposób na przygotowanie dzikich gruszek i jabłek to ich upieczenie w żarze ogniska, metoda prymitywna i skuteczna. Zwykle skórka jest spalona i trzeba ją usunąć. Owoce można też nabić na zaostrzony patyk i piec nad żarem. Owoce po upieczeniu stają się miękkie, soczyste, aromatyczne i słodkie, bez porównania smaczniejsze niż na surowo.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Świerząbek bulwiasty - smaczna bulwa

Z cyklu ''zabytki kulinarne'', gatunki ''wymarłe'', nieznane i zapomniane :)
Dziki buchtują ściółkę w lesie w poszukiwaniu żołędzi, a ja przekopuję brzeg rzeki szukając bulw świerząbka bulwiastego.
Bulwy te tak bardzo mi posmakowały, że postanowiłem o tym napisać, pomimo tego, że jest to roślina, którą całkiem niedawno ''odkryłem''.


Świerząbek bulwiasty (Chaerophyllum bulbosum) to pospolita, dwuletnia roślina dziko rosnąca w całej Polsce, szczególnie w dolinach rzek i na przydrożach, w miejscach żyznych i ocienionych. Roślina mało znana jednak łatwa do odróżnienia od podobnych gatunków, łodyga ma charakterystyczne zgrubienia w węzłach oraz owłosiona jest tylko u dołu. Poza tym w pierwszym roku wegetacji wytwarza bulwy (w odróżnieniu od podobnych gatunków) o cienkiej, żółtawej skórce i białym wnętrzu. Bulwy świerząbka, okrągłe lub owalne do kształtu przypominającego małą, pękatą marchewkę, są niewielkie, zwykle średnica nie przekracza 1-2 cm i długości do 4 cm, rzadko większe.

Kiedyś świerząbek był nawet uprawiany, do XIX wieku bardzo popularny w Galicji, jego bulwy w kuchni staropolskiej znane były pod nazwą ''popie jajka''. Przy uprawie bulwy osiągają większe rozmiary i zbiór jest bardziej opłacalny. Cenione ze względu na pożywność i bardzo dobry smak podobny do orzechów. Jadano je na surowo lub gotowane podobnie jak ziemniaki, wykorzystywano również liście dodając je do potraw zamiast pietruszki.

Zbiór bulw od końca sierpnia do początku maja. Szukamy w pobliżu uschniętych dwuletnich okazów tego gatunku, płytko pod powierzchnią ziemi, często zaraz pod warstwą liści. Bardzo przydatna przy poszukiwaniu bulw jest prymitywna kopaczka zrobiona z gałęzi lub poroża, którą rozgarniamy warstwę ściółki w poszukiwaniu bulw. Bulwy są małe i z tego względu zbiór jest bardzo czasochłonny, w ciągu godziny zbieram do 200-300g tego przysmaku.

Bulwy świerząbka są bogate w skrobię, ok. 20%, poza tym zawierają 4% białka. Można jej jeść na surowo lub gotowane, wystarczy klika minut by zmiękły. Skórka łatwo schodzi, jej usuwanie nie jest konieczne. Bulwy mają bardzo przyjemny smak, zwłaszcza po ugotowaniu, są miękkie, mączyste i lekko słodkawe. Wdaje mi się, że to najsmaczniejsze bulwy, jakie można znaleźć w naszych warunkach.

wtorek, 5 listopada 2013

Bukiew

Dawne to czasy, gdy na pańskie stoły podawano bukiew. Czasu nie cofnę, ale do lasu po bukiew wybrać się można.
Buk zwyczajny (Fagus silvatica) jest pospolitym i bardzo charakterystycznym drzewem, raczej nie możliwości pomyłki z innymi roślinami.
Trójgraniaste, do 2 cm długości, brązowe orzeszki, nazywane bukwią, umieszone są po dwa w miękko owłosionej, zdrewniałej okrywie. Owoce buka dojrzewają od września do października, okrywa pęka na cztery części i orzeszki wypadają. Zbieramy je z ziemi pod drzewami, sprawdzamy czy nie są puste lub nadpsute. Nie każde drzewo  i nie co roku owocuje, dobre urodzaje trafiają się średnio co 7-10 lat. W sprzyjających warunkach zbieranie jest bardzo opłacalne, w ciągu godziny do kilku kilogramów bukwi, o ile mieszkańcy lasu nasz nie uprzedzą.

Bukiew jest jadalna na surowo i po uprażeniu, zawiera 30-40% tłuszczów, 20-23% białek, skrobię, cukry, sole mineralne, bogate w magnez, żelazo i wapń. Orzeszki buka są wysokoenergetyczne, 100 g prażonej bukwi to 576 kcal/100g.
Świeża bukiew ma ok. 16-20% wody, dość łatwo ulegają zepsuciu, jeśli chcemy dłużej przechowywać to należy je wysuszyć.

W bukwi zawarta jest też trująca fagina, alkaloid o oszałamiający działaniu podobnym do alkoholu. Notowano już zatrucia po spożyciu dużych ilości bukwi, objawy to ból głowy, brzucha, wymioty, biegunka. Na pytanie, jak dużo można zjeść by się nie zatruć nie jest łatwo odpowiedzieć, zależy to od wielu czynników. Na szczęście fagina łatwo ulega całkowitemu rozkładowi w wysokiej temperaturze, wystarczy bukiew lekko uprażyć w menażce, kubku lub na patelni. Poza tym faginy w bukwi jest bardzo niewiele i zjedzenie kilku orzeszków nie grozi zatruciem. Ja po zjedzeniu 3 garści świeżej bukwi nie odczuwam żadnych dolegliwości.
Obłupanie bukwi z łupiny jest bardzo pracochłonne, przygotowanie porcji 0,5 kg to kilka godzin, dlatego już z tego względu zatrucia buczyną są bardzo rzadkie. Gdy jesienią wędruję i uda mi się zebrać troszkę bukwi to nie zaprzątam sobie głowy prażeniem, napycham do kieszeni i po drodze podgryzam na surowo. Jeśli jednak nazbieram więcej to prażę, zyskują na smaku i mam pewność, że mi nie zaszkodzą. Prażę bukiew również wówczas gdy chcę ją przechować na później oraz zamierzam nimi częstować innych. Bukiew można wykorzystywać tak jak inne orzechy, dodawać do różnych potraw (placuszki, kasze, sałatki), zrobić z nich batoniki itd. Bukiew traktuję jako sezonowy smakołyk, zdrowy i pożywny, nie tylko dla dzików ale i ludzi.

czwartek, 24 października 2013

Recon X

W ostatni weekend w pobliżu Dąbrowy Górniczej odbył się zlot użytkowników forum reconnetu. Napisze relację, której miało nie być, gdyż miałem nie pojechać na zlot. No ale to 10-lecie reconnetu, jak mógłbym, tyle zawdzięczam temu forum i jego użytkownikom? To miejsce skąd czerpałem i nadal czerpie informacje, źródło kontaktów, gromadzi wiele osób zajmujących się różnymi dziedzinami. W mojej opinii najlepsze w kraju forum związane z tym, czym się zajmuję, odpowiada mi jego atmosfera i styl, pewnie dlatego ciągle jestem jego użytkownikiem. A więc zapadła decyzja - jadę.

W piątek późnym południem dotarłem do stacji PKP Gołonóg, dalej pieszo wzdłuż brzegu zbiornika wodnego, zaszedłem jeszcze do sklepu po drobne zakupy i spokojnie dreptałem sobie podziwiając widoki. Plecak ciążył wypchany różnymi ''zamorskimi specjałami'' - korzenie wężymordu, czosnek niedźwiedzi, suszone rybki, olej z rydzyka, kandyzowany imbir, adżika, mąka razowa z siemieniem lnianym na placuszki, przyprawy ziołowe, dodatkowo mięsko na rosół, 5l wody i napoje. W sumie ważył więcej niż bym zabrał na 2 tygodnie w góry. Po drodze zobaczyłem jeszcze na drzewie owoce jarzębu szwedzkiego, nie umiałem się powstrzymać i narwałem w woreczek, będzie na powidła.

Dotarłem bez przeszkód do miejsca przeprawy gdzie razem z inną osobą na pontonie przeprawiliśmy się na wyspę. Na brzegu czekało na nas już kilku starych znajomych  z ''poczęstunkiem'', schowaliśmy ponton w sosenkach i poszliśmy do obozowiska. Tam większość zapowiadających się zlotowiczów już była, niektórzy nawet od czwartku. Przywitałem się ze wszystkimi, wypakowałem kilka rzeczy z plecaka do wspólnej spiżarki i rozglądałem się za miejscem, gdzie mógłbym rozwiesić plandekę. ''Elyta'' rozbiła się w ''dzielnicy willowej'', czyli na wysokiej skarpie z przepięknym widokiem na ''morze''. Postanowiłem również się tam rozbić, szybko znalazłem dwa drzewka i rozłożyłem swój dobytek. Organizatorzy wybrani wspaniałą miejscówkę, wyspa na dużym zbiorniku wodnym z czyściutka wodą, piaszczyste plaże jak w tropikach, zalesiona, urozmaicony brzeg.

Byłem głodny, więc próbowałem specjałów przywiezionych przez innych, na stoliku mogłem wybierać w kulinarnych dziełach sztuki - sało, smalczyk, mięska wszelakie, chlebek, ogórki, grzybki, różne pasty, przetwory, dżemy, miody, syropy, napitki, łatwiej było by wymienić czego tam nie było, niż w drugą stronę, wszystko oczywiście smaczne i domowej roboty. Tyle dobra przez te kilka dni spróbowałem, że nie wiem jak mój żołądek to zniósł, chyba tylko dzięki napojom ''na trawienie''. Przed wieczorem ugotowane było jeszcze chili con carne, przybywali ostatni zlotowicze. Szczególną atrakcją tego dnia był przywieziony przepyszny tort z forumowym logo. Wieczorem zasiedliśmy wszyscy przy ognisku, były rozmowy, żarty, wspólne śpiewanie przy gitarze (nawet formowa pieśń powstała) i popijanie ''z centrali'', nie z kielonka. Taki nowy zwyczaj na zlotach, kielonek kojarzy się z niepotrzebnym, zupełnie burżuazyjnym obyczajem, dodatkowa nadwaga w plecaku a tak z centrali bardziej bezpośrednio, z samego źródła, z serca :)
Co niektórzy wytrwali do rana, tych było niewielu, pewnie oszukiwali, co bardziej ''zmęczeni'' po ''trudach podróży'' i kłopotach z ''aklimatyzacja'' zalegli już w dzień. To świeże śląskie powietrze potrafi być bardzo zdradliwe :)

W sobotę rano gotowanie rosołku, który tak przyprawiliśmy, że wyszedł z tego bardziej bulion, ale i tak był pyszny. Tego dnia jeszcze piekliśmy placuszki na słodko z różnymi dodatkami, na słono z razowej żytniej mąki z siemieniem lnianym, a na kolację był gulasz, który ''nieco'' ostrawy wyszedł. Przywiezione korzenie wężymordu ugotowane w samej wodzie zjedliśmy niczym nie przyprawiając, i tak były smaczne. W okolicy obozowiska nakopaliśmy jeszcze korzeni wiesiołka, które gotowaliśmy w rosołku. Dżem z dyni z tostami również smakował. O czymś tak trywialnym jak np. sklepowa kiełbaska podgrzana na ruszcie wspominać nie będę, bo to wstyd:) Jak ktoś był głodny to częstował się tym, co było na ''szwedzkim stoliku'', myślę, że nikt głodny nie był, na słodko, słono, łagodne i ostre, do wyboru do koloru. Wieczorem jeszcze delektowaliśmy się wędzonkami, boczek, skrzydełka, kiełbaski, kaszanka, mięska no i na koniec najlepsze - wędzona rybka. Na którymś z kolejnych zlotów powstało określenie "fudgazm'', które w pełni oddaje przezywane przez nas rozkosze podniebienia:)

W sobotę na nadbrzeżnej ''stoczni'' z gałęzi, traw, trzcin i plandeki powstała jednostka pływająca. Na wodowanie ''Doris'', bo taka dostał nazwę, przyszli wszyscy w napięciu czekając kiedy zatonie:)Dwóch głównych budowniczych tez nie było pewnych wyniku doświadczenia, dla dodania sobie otuchy pociągnęli po solidnym łyku czegoś mocniejszego. Jednostka świetnie sobie radziła na wodzie, stabilna i trwała konstrukcja, miała pomieścić 2 osoby a próby wyszły znacznie lepiej, 5 osób i nic złego się nie działo. Później przyszedł czas na morsowanie, woda co prawda bardzo czysta, ale zimna, to 19 października. Początkowo jedna osoba, potem kolejna, nawet dziewczyny się przyłączyły. Zachęcony poczynaniami innych wskoczyłem do wody, i to było najlepsza decyzja jaką mogłem podjąć. Dwa wejścia, popływałem łącznie kilkanaście minut i nie odczuwałem specjalnie zimna, za to po wyjściu z wody wspaniałe uczucie, prócz ożywienia czułem przypływ gorąca, jakbym stał pod prysznicem z gorącą wodą. Cudowne przeżycie, chyba zostanę morsem:)
Na małej piaszczystej skarpie wybudowaliśmy polową wędzarnię, w której wędziliśmy różne mięsiwa. Ciepłe, aromatyczne i o wspaniałym smaku, szybko znikły.
Kto chciał mógł postrzelać tego dnia z wiatrówki, podłubać w drewnie i zrobić łyżkę.

Atmosfera wokół ogniska była genialna, nie tylko rozmowy i świńskie kawały, "zróbmy koło", ''pięciobój'', ''No dobra, namówiłeś mnie. Ty to potrafisz zagaić'' to sobie zapamiętam. Było też i coś dla ducha, szczególnie wieczorem się działo. Grupowe i indywidualne występy ''artystyczne'' również się odbyły, szczególnie taniec jednego aktora dobrze wszyscy zapamiętają, tego w siatkowanej koszulce ''na rosyjskie komary" :D
Nocne rozmowy przy ognisku na długo zapadną w pamięci każdego, kto tam był. Szliśmy spać późno ale warto było posiedzieć i porozmawiać, w końcu nie spotykamy się dla przyjemności:)
Gdy zostało już niewielu słuchaczy i stężenie procentów było odpowiednie by nabrać śmiałości i powiedzieć szczerze to, co się chciało powiedzieć naprawdę.
Przyjechałem na zlot  aby zrelaksować się psychicznie i mi się to udało. Wyjątkowo nie prowadziłem żadnych warsztatów, nic nie obiecywałem, jeśli ktoś czuje się zawiedzony to przepraszam.

W niedziele rano śniadanko, dżemik z dyni z chlebkiem, jajecznica i gorąca, mocna kawa z kotła postawiła nie jednego na nogi. Wczesnym rankiem, czyli tak gdzieś koło godziny 11 zrobiliśmy jeszcze wspólne zdjęcie. Wszyscy nie zdołali wstać, część już wcześniej wyjechała i na zdjęciu nie wszyscy widnieją. W sumie oceniam, że w zlocie udział wzięło ponad 40 osób, to ładny wynik.
Pakowanie i trzeba było się żegnać. Nie lubię pożegnań, smutne gdy trzeba wracać do rzeczywistości.  

X-lecie Recona wypadło bardzo okazale, zarówno gospodarze jak i zlotowicze stanęli na wysokości zadania, długo będzie co wspominać. Urocza miejscówka, podpisała pogoda, wrażeń mnóstwo, mega pozytywne odczucia. Dziękuję wszystkim.

Jak przeżyć zlot?
Gdy spotyka się 40 ''normalnych'' osób, to nic normalnego dziać się nie może. Starzy wyjadacze wiedzą ale młodzi, którzy pierwszy raz pojawią się na zlocie mogą być zaskoczeni wieloma rzeczami. I tutaj zalecam wcześniejszy ''trening'', przygotowanie mentalne i fizyczne:)
Tak jest na każdym zlocie i do tego trzeba przywyknąć. Bardzo trudno opisać to wszystko co się wydarzyło na zlocie, mimo, że to tylko kilka dni. Żadne biuro podróży nie zapewni takich atrakcji jak zlot recona, tutaj można spotkać starych kumpli jak i zawrzeć nowe znajomości, poczuć domową atmosferę, ugoszczą, dadzą jeść, pić, okryją gdy zimno, pocieszą gdy człek smutny, krzywdy zrobić nikomu nie dadzą.
Bo ludzie z reconnetu to ludzkie Pany są :)

Do zobaczyska.

piątek, 11 października 2013

Syrop buraczany


''Walden, czyli życie w lesie''  Henry'ego Davida  Thoreau, tą pozycję znać powinien każdy. Niezwykła, filozoficzna, mądra, ''poradnik'' z bogactwem aluzji, chociaż dla niektórych dziwna i niezrozumiała. Pomimo upływu czasu przekaz zawarty w książce jest jak najbardziej aktualny - krytyka konsumpcjonizmu, obojętności wobec niszczenia natury, świadomość egzystencji i indywidualny sposób na życie.


W tej książce jeszcze jedna rzecz, bardziej przyziemna, zwróciła moją uwagę, autor na liście tego, co jadł podczas ponad 2 letniego samotnego mieszkania w lesie, umieścił między innymi melasę z buraka cukrowego.

Dziś opisze jak zrobić namiastkę cukru z tego, co można wyhodować na własnej działce przed domem. Nie będzie to melasa ale rzecz bardzo zbliżona właściwościami - syrop z buraków cukrowych. Niektórzy mylą melasę z syropem a to nie to samo, melasa to produkt uboczny przy produkcji cukru. Syrop buraczany to zagęszczony (odparowany) sok z buraków cukrowych.

Pod niektórymi względami syrop wypada korzystniej niż melasa np. zawartość cukrów w syropie jest wyższa i wynosi 65-70g/100g zagęszczonego syropu, w melasie ok. 55-60g. W butelce, w której trzymałem syrop po jakimś czasie na ściankach wykrystalizował się cukier. Pozostałe składniki syropu buraczanego: białka 2,3g, tłuszcze poniżej 0,1g, żelazo, magnez, mangan, cynk, wapń, potas, witaminy z grupy B i C, betanina. Wartość energetyczna ok. 280kcal/100g.
Syrop buraczany zawiera wiele cennych składników odżywczych i z tego względu jest dużo lepszym rozwiązaniem niż zwykły cukier. Nie będę pisał o zdrowotnym wpływie syropu na organizm człowieka, bo tego można się domyśleć.

Syrop buraczany ma ciemnobrązowy kolor, konsystencja miodu, gęsty i lepki, delikatny słodki smak przypominający karmel i przyjemny aromat. Jest doskonałym zamiennikiem cukru o takim samym zastosowaniu, można nim słodzić kawę, herbatę, dodatek do ciast, jogurtów, deserów, do smarowania na pieczywa, nadaje im niepowtarzalnego aromatu i smaku.
Syrop dzięki dużej zawartości cukru jest odporny na grzyby i pleśnie, bez obawy można go długo przechowywać.

Zwykle październik jest czasem zbioru buraków cukrowych. Na wstępie trzeba pozbyć się liści i zielonej, górnej części. Dokładnie oczyścić, obrać i umyć pozostawiając tylko białą część. Kroimy na części i przepuszczamy przez maszynkę do mielenia mięsa. Wcześniej można buraki upiec w piekarniku by zmiękły ale nie jest to konieczne. Rozdrobnione buraki przekładamy do dużego garnka i zalewamy wodą tak by były zakryte. Gotujemy aż buraki zmiękną (o ile wcześniej buraki nie były upieczone), cukier i pozostałe składniki powinny być wypłukane z buraków, powstanie szary, słodki płyn, który dalej zagęszczamy przez odparowywanie aż do uzyskania zadowalającej nasz konsystencji.
Jeśli chodzi o wydajność, z 3 buraków średniej wielkości uzyskałem ok. 0,5l syropu. Może nie jest to dużo, no cóż, tutaj ważniejsza jest jakość, a nie ilość.

Zacząłem od Thoreau i również skończę, cytatem: “Zamieszkałem w lesie albowiem chciałem żyć świadomie. Stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się czy potrafię  przyswoić sobie to, czego życie może mnie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem wcale.”

wtorek, 8 października 2013

Sok z rokitnika


Najlepszy sok owocowy jaki piłem, to bez wątpienia sok z rokitnika. Gdy pierwszy raz miałem okazję skosztować soku na warsztatach u Łuczaja padło określenie ''napój bogów''. Pomyślałem, że to lekka przesada, ale okazało się, że ta nazwa jest jak najbardziej na miejscu, sok naprawdę wspaniale smakuje.

Rokitnik zwyczajny (Hippophae rhamnoides), to silnie rozgałęziony, ciernisty krzew o lancetowatych, szarozielonych liściach. W Polsce roślina objęta ochroną gatunkową na stanowiskach naturalnych (wybrzeże Bałtyku), coraz liczniej nasadzana jako roślina ozdobna oraz w celu ochrony gleb, często zdziczała. Ma niewielkie wymagania, może rosnąć na piaszczystych glebach, jest światłolubna i kwasolubna, odporna na mrozy, łatwo się rozrasta. Tak więc nie powinniśmy mieć problemu z pozyskaniem owoców tej rośliny, warto ja na pewno posadzić. Rokitnik jest rośliną rozdzielnopłciową co oznacza, że musi mieć zapylacza, na 5 żeńskich wystarczy 1 męski zapylacz.

Osoby, których interesuje permakultura zapewne dobrze znają tą roślinkę. Rokitnik jest też coraz częściej uprawiany ze względu na rosnące wykorzystanie soku w przemyśle spożywczym, są wprowadzane odmiany uprawne o owocach większych niż u formy dzikiej i o przyjemniejszym smaku.

Owoce jajowate, do 1 cm średnicy, żółto pomarańczowy pestkowiec, mięsisty, miękki, łatwo go zgnieść. Soczyste o charakterystycznym bardzo kwaśno cierpkim smaku, czasem z lekko gorzkawym posmakiem. Bywa nazywany rosyjskim ananasem.

Rokitnik to po dzikiej róży jedna z najbardziej cennych roślin w naszych warunkach. Miąższ owoców jest bogaty w witaminy, cukry, kwasy organiczne, garbniki, sole mineralne. W 100 g świeżych jagód w zależności od miejsca występowania zawarte jest ok. 200 mg witaminy C. Owoce te można długo przechowywać nie martwiąc się utratą witaminy C, ponieważ rokitnik  nie zawiera enzymu askorbinazy, która powoduje rozkład tej witaminy. Poza witaminą C w owocach znajdują się witaminy: E, F, K, P, kwas foliowy, prowitaminy A i D, antocyjany, flawonoidy, fosfolipidy, garbniki, nienasycone kwasy tłuszczowe oraz mikro i mikroelementy. Na uwagę zasługuje duża, bo aż 8-9% zawartość tłuszczów w miąższu.

Nic dziwnego więc, że owoce rokitnika wykorzystywane są przy uzupełnianiu niedoborów witamin w organizmie. Mają działanie wzmacniające siły obronne organizmu, przeciwbólowe, stosuje się je przy dolegliwościach żołądkowych, chorobach reumatycznych, przeziębieniach i chorobach skóry. Owoce wykazują silne działanie przeciwutleniające, połączenie wielu związków, które występują w rokitniku to doskonały sposób na podniesienie odporności i opóźnienie procesów starzenia. Prócz owoców wykorzystuje się również liście i olej, ale to nie tym razem. Miało być o soku, więc drążmy temat.

Zbiór owoców od końca września do grudnia przed mrozami, ponieważ po przemrożeniu tracą na wartości. Owoce, jeśli nie zjedzą je ptaki, utrzymują się aż do wiosny. Zbiór jest pracochłonny, trzeba ręcznie odrywać lub odcinać owoce z krótkich szypułek uważając by ich nie zgnieść. Poza tym utrudnieniem są łodygi pokryte cierniami.

Owoce rokitnika można jeść na surowo lub przetwarzać na wiele sposobów - dżemy, galaretki, konfitury, nadzienia i ciasta z dodatkiem owoców, soki, nalewki. Ze względu na kwaśny smak doskonale zastępują cytrynę. Przetwory z rokitnika można mieszać z innymi owocami, przepisów jest całe mnóstwo, wg uznania, jak kto lubi.

Sok wyciskamy tak jak z innych owoców, trzeba uważać, bo ładnie plami. Czysty sok z rokitnika ''ma moc'', trzeba dużo cukru, można też rozcieńczyć wodą lub dodać sok z innych owoców.
Masy pozostałej po wyciśnięciu soku nie wyrzucamy, robimy z tego smarowidło na placuszki.

Teraz rozumiecie skąd wzięła się nazwa ''napój bogów'', wiecznie młodzi, zdrowi, szczęśliwi.
Sok z rokitnika to eliksir, również nam może pomóc. To na zdrowie szklaneczkę soku siup...
Bo dzikie, jest dobre :)

niedziela, 6 października 2013

Bulwy strzałki wodnej


Pod koniec lata, zanim jeszcze obumrą liście i poziom wody się podniesie, wędruję nad pobliską rzekę by wykopywać bulwy strzałki wodnej. Bulwy tworzą się na końcu jasnych, długich korzeni, łatwo się urywają i dlatego by dostać się do bulw najlepiej kopać. Jeśli znamy miejsce, gdzie rosną strzałki możemy je wykopywać od jesieni do wiosny. Tradycyjnie kopię zaostrzonym na płasko z jednej strony patykiem. Dobrze jeśli strzałka rośnie na piaszczystym podłożu, grzebanie w mule jest mniej przyjemne, jeszcze gorzej, gdy trzeba wejść do zimnej wody. Przy rozkopywaniu bulwy widać, częściej jednak szukam w błocie lub mętnej wodzie i wtedy wyczuwam bulwy w palcach. Przy bogatych stanowiskach bardzo dobre źródło pożywienia, najczęściej jednak trzeba się sporo natrudzić by pozyskać zadowalającą porcję.
Bulwy trzeba dokładnie umyć z mułu.


Bulwy, z racji rozmiarów należałoby raczej powiedzieć bulwki, są niewielkie, owalne, do 1-2 cm średnicy, jasne wnętrze, zielonkawa skórka z wzorkiem.

Bulwy są niejadalne na surowo. Można je upiec, najlepiej jednak ze względu na wielkość ugotować w niewielkiej ilości wody, zwykle 15 minut gotowania wystarczy by zmiękły. Skórka jest gorzka i najlepiej ją usunąć po ugotowaniu. Ugotowane bulwy strzałki wodnej wyglądają i smakują jak groch lub ziemniaki, jasno żółte, mączyste, lekko słodkawe, bardzo smaczne, pożywne.

Bulwy strzałki są wartościowym pokarmem bogatym w skrobię (zawierają jej więcej niż ziemniaki) i białko. Wartość kaloryczna (gotowane) to 123 kcal/na 100 g, dla porównania odpowiednio - ziemniaki 70kcal, marchew 24kcal i kapusta 20kcal.
Składniki: białko 5g, tłuszcze 0,3g, węglowodany 22,4g, błonnik 0,9g, wapń, fosfor, żelazo, potas.

Mimo niewielkich rozmiarów bulwy strzałki były jedzone przez różne pierwotne społeczności. Mogą stanowić podstawę pożywienia. Warto się potrudzić i wybrać jesienią nad zbiornik wodny w poszukiwaniu tej rośliny.

środa, 2 października 2013

V Konwent

Będzie krótko i na temat. Przybliżę ideę i opiszę, co się wydarzyło podczas jubileuszowego, V Konwentu Survival Village. Miejsce to Chata Rodło, Wisła Czarne u stup Baraniej Góry (1220 m n.p.m.), urocza polana, w około lasy. Czas 20-22 września, dotarłem w nocy w piątek, wyjechałem wcześnie rano w niedzielę. Ciepło i wilgotno, w nocy opady deszczu, mgła, błoto na szlaku.

Ideą konwentu jest spotkanie ludzi o podobnych zainteresowaniach, ogólnie pojęta aktywność na
świeżym powietrzu, wymiana wiedzy i poznawanie nowych technik. Szczytny cel mający promowanie tej formy spędzania wolnego czasu, chwała organizatorom.
Przyjechało w sumie 78 osób z całej Polski, w różnym wieku, najmłodszy uczestnik miał 3 miesiące!

Spanie do wyboru, pod chmurką we własnym namiocie, w hamaku, w dużej wspólnej sali, dla wygodnych łóżko w chacie. Dostęp do sanitariatu i bieżącej wody, ognicho do grzania się i kucharzenia. Wojskowa polowa kuchnia, z której serwowany był obiad -  żurek i grochówka, reszta posiłków we własnym zakresie. 

Największa atrakcją konwentu były niewątpliwie liczne prelekcje, pokazy i warsztaty. Andrzej (ape) Podgóreczny opowiedział o praktycznych zastosowaniach chusty w pierwszej pomocy. Grzegorz i Paweł Surdel (The Hawk Family) - pokaz i nauka rzucania nożami i tomahawkami oraz pokaz strzelania batem. Jacek Gaj - wykład o nożach i innych narzędziach tnąco-rąbiących. Jan Szeliga (Magnetoit) - chodzenie po rozżarzonych węglach "ścieżka ognia". Staszek Kędzia (blog "mybushcraft" )  techniki survivalowe rozpalania ognia z wykorzystaniem tego ''co w samochodzie'', Rafał "Gryf" Łoziński - łuk ogniowy, świder ręczny i krzesiwo tradycyjne, mój wkład to piryt/ markasyt i krzemień oraz świder ręczny. Łukasz Tulej (Tooley Survival) przedstawił najważniejsze założenia survivalu. Piotr Kaczmarczyk (Kapitan Apteka) - zagrożenia związane z pozyskiwaniem roślin dzikich roślin. Dr Wojciech M. Szymański (Projekt Bushcraft) - warsztaty, prelekcja, opowiadania, zupa i inne specjały z dzikich roślin jadalnych (główny cel mojego wyjazdu). Jacek Straszak (Projekt Bushcraft) - bolas i atlat, budowa i technika rzucania, wykonanie z łuku z rury PVC i strzelanie. Ola Dzik i Daniel Piskorz (Bluemu) - organizacja wypraw wysokogórskich (już wiem gdzie pojadę, niech no tylko dostanę urlop). Firma Lesovik - prezentacja hamaków.
Część rzeczy mnie ominęła np. liczne konkursy organizowane w niedzielę. Ogólnie warto było pojechać, odpocząć, po naukę, poznać innych.
Zdjęcia z wyjazdu w galerii.


Podziękowania dla organizatorów konwentu.

niedziela, 29 września 2013

Kamień optymizmu


Przepraszam, ale pozwólcie, że ten wpis będzie nieco wyjątkowy, bardziej osobisty;/

A zacznę od takiego pytania, gdybyście byli np. fanami piłki nożnej i mieli taką możliwość to, co wybierzecie:
bramka nr 1 - oglądacie samotnie mecz w domu na ekranie telewizora,
bramka nr 2 - oglądacie mecz ze znajomymi na żywo na stadionie,
bramka nr 3 - macie możliwość zagrać w meczu?

Ja wybrałem bramkę nr 3, od jakiegoś czasu stało się to oczywiste, wręcz naturalne. Gdyby ktoś jeszcze rok temu powiedział mi, że będę robił to, co teraz, to bym nie uwierzył. Nawet nie marzyłem o tym.
Nie jestem pewien, może to jakiś znak z Niebios, powinienem coś zmienić w swoim dotychczasowym życiu, jakieś konkretne decyzje, bo to że podążam w dobrą stronę nie mam wątpliwości. Ten rok jest bardzo wyjątkowy, miałem przyjemność uczestniczyć w wielu pokazach, dużo zobaczyć, doświadczyć, poznać wspaniałych ludzi i przeżyć cudowne chwile, z czego jestem bardzo zadowolony.

Mój serdeczny kompan z kilku tegorocznych pokazów, niejaki Grześ potrafi pokonać wszelkie trudności i załatwić jak to się mówi prawie wszystko, a czasami nawet więcej. Ponownie mnie wrobił a ja łatwowierny mu uwierzyłem, tym razem miałem wziąć udział w imprezie w Sandomierzu, jeszcze wtedy nie wiedziałem, czym to grozi. Powiedział, że będą znajomi, na pewno będzie bardzo sympatycznie, totalny luz, jak to mawia - spokojnie, powoluśku, noga za nogą...:D
Napiszę cała prawdę, jak było, najwyżej więcej mnie nie zaproszą. Nie do końca mówił prawdę, czas upłyną bardzo szybko i było znacznie przyjemniej, to się po prostu ''w pale nie mieści'' :D
Nie da się tego ani opisać, opowiedzieć czy pokazać na zdjęciach, z 5 dni w kilku zdaniach to nie możliwe, nawet nie zamierzam spróbować.

Pod każdym względem było wyjątkowo, miejsce, wydarzenia, ludzie. Królewskie Miasto Sandomierz, nadwiślański gród, światowa stolica krzemienia pasiastego. Można zobaczyć tu jedną z największych kolekcji biżuterii z wykorzystaniem tego kamienia. W Muzeum Okręgowym w dziale archeologicznym wystawiane są najstarsze wyroby człowieka z krzemienia pasiastego, w licznych galeriach można nie tylko obejrzeć, ale również kupić wyroby współczesne. Sam pomysł imprezy powstał wcześniej bo na przełomie 2010 i 201, Cezary Łutowicz i Mariusz Pajączkowski, artyści w głowach, których zrodziła się idea i bez których nie było by festiwalu. W tym roku odbyła się już druga edycja Festiwalu Krzemień pasiasty - kamieniem optymizmu. Kamień jest odwiecznym symbolem trwałości, mocy, pochodzi z głębin ziemi. Z krzemienia można zrobić  narzędzia, których człowiek potrzebuje w swej codzienności, przy uderzeniu o stal daje iskrę, w więc symbol ognia. Kamień pasiasty to coś jeszcze więcej, charakterystyczny ''pasiak'', warstwy jaśniejsze i ciemniejsze przypominają fale wody, symbolizują zatem siły wiatru i wody. W takim kamyku można dostrzec połączenie różnych żywiołów. Dzięki niepowtarzalnemu wyglądowi i unikatowemu występowaniu krzemieniowi pasiastemu przypisywano w przeszłości najróżniejsze znaczenia symboliczne, współcześnie panuje przekonanie, że krzemień pasiasty podnosi poziom optymizmu. Kamień pasiasty występuję tylko w jednym miejscu na świecie, u podnóża Gór Świętokrzyskich. Używany był już w neolicie 4000 tys. lat temu, wtedy również był wyjątkowo ceniony, powstawały z niego nie tylko przedmioty użytkowe, ale i symbole kultu, władzy, bogactwa. Festiwal krzemienia pasiastego to kontynuacja w czasie, jest kamieniem wyjątkowym, kiedyś i dzisiaj.

W programie tegorocznego Festiwalu, który trwał od 7 września do 30 października, były kiermasze, wystawy, konkursy, pokazy, warsztaty, koncerty, filmy, spotkania, wycieczki. Mnóstwo atrakcji, działo się bardzo wiele, nieraz jednocześnie w kilku miejscach. Wszystko łączy oczywiście tematyka związana z krzemieniem pasiastym. Szczegółowy program był podany w linku w przedostatnim wpisie, ja skupię się na opisaniu tego, co utkwiło mi w pamięci.

Nasze obozowisko znajdowało się na dziedzińcu przed Zamkiem, nieco ''egzotyczne'' miejsce - równy, wyłożony granitową kostką plac, murek z cegieł, zadbana roślinność. Sytuację ratował nawieziony piach, dolomit z którego odwzorowaliśmy wychodnię kopalni krzemienia oraz powstałe obozowisko. Nie zdążyliśmy przerzucić całego dolomitu z nadzieją, że wspomogą nas turyści, niektórzy myśleli, że to krzemień, a gdy mówiliśmy że nie wolno tego ruszać oni z jeszcze większym zapałem po kryjomu pakowali kamyki do torebek i plecaków na pamiątkę:)
Największy szałas (mieści się w nim kilkadziesiąt osób) był ekipy PraOsady Rydno, dawał przytulne schronienie w czasie deszczu i chłodu, w środku  paliło się ognisko, przy którym piekliśmy placuszki i gotowali strawę. Tylko jednego dnia, przed południem deszcz uniemożliwił nam normalne pokazy, siedzieliśmy więc przy ognisku w środku szałasu, taka wspólnota plemienna przy ''telewizorze''. Obok powstały dwa mniejsze szałasy, wspomniana wcześniej wychodnia i obozowisko ekipy z Rydna.

Opał był do przygotowania, na szczęście nie musieliśmy iść codziennie na polowanie:)
Organizatorzy zadbali, by nie zabrakło nam świeżego mięsa na pieczyste, mieliśmy też dostawy jajek, wszystko zostało zagospodarowane. Mięsko nadziane na kij i upieczone przy ognisku bez jakichkolwiek przypraw też jest smaczne, mieliśmy jajeczka smażone na kamieniu podane na kościanej łopatce z drewnianym ''widelcem''. Robiliśmy placuszki w wersji na słodko i słono, jak ktoś nie dopilnował to były również inne, specjalne dla wybrednych - niedopieczone dla lubiących przeżuwać, suszone tzw. ''szczękołamacze'', wersja do przegryzania z piaskiem dla osób pragnących pozbyć się kamienia nazębnego czy wzbogacona o węgiel dla cierpiących na zatrucia pokarmowe:)
Przywiozłem ze sobą korzenie kilku dziko rosnących roślin jadalnych, z kłączy czyśćca smażyłem frytki, z pozostałych korzeni ugotowałem wraz z dodatkami zupę "na bogato''. Pierwszy kociołek to wersja ''łagodna'', ponieważ ''nie smakowała'' znikła w żołądkach głodnych, druga wersja dla ''niemowląt'' łagodna i wodnista, znikła jeszcze szybciej. Barwnie było, gdy zanosiliśmy ''obiad'' na rynek dla naszych współplemieńców, no ale to nie było tak zupełnie bezinteresownie:) Najsmaczniejsza zdaniem szacownego ''jury'' była zupa z dodatkiem pokrzywy i podagrycznika, a że za każdym razem towarzyszyła mi improwizacja, przepis pozostanie tajemnicą:)
Kiedyś usłyszałem, że moja wiedza jest smaczna. Nie zdawałem sobie początkowo sprawy, że chodzi o wiedzę dotyczącą sposobów przygotowywania roślin jadalnych.
Fajnie było wziąć wiklinowy kosz i w przebraniu przespacerować się po ''zakupy'', czyli świeżą, młodą pokrzywę i podagrycznik z pobliskiego parku, bez portfela czy karty kredytowej. Któregoś dnia siedziałem przed szałasem i nożem kroiłem na drobno pokrzywę na placuszki, od czasu do czasu przegryzałem świeże listki pokrzywy. Widząc duże zainteresowanie zwiedzających chciałem ich poczęstować, rozdawałem witaminki za darmo, niestety chętnych nie było. Co więcej w ich oczach pojawiło się zdumienie i strach, jak to, zjadł pokrzywę na surowo i się nie poparzył, nie możliwe, jakieś diabelskie sztuczki? Wiele razy próbowałem namówić zwiedzających do spróbowania specjałów przygotowanych przy naszym ognisku, niestety zwykle bezskutecznie. Twierdzi się, że średniowiecze to niewiedza, zacofanie, mroczna epoka pełna przesądów i czarów, ja myślę, że w co niektórych pozostała ona do dzisiaj.

Rozkład dnia, o 9 mieliśmy śniadanie w Klubie Lapidarium na rynku, później pokazy od godz. 10 do 18, obiadokolacja o 18.30 i dalej ''życie nocne neandretalów'', już poza planem :)
W naszej osadzie neolitycznej (przekrój czasowy był trochę szerszy) można było zobaczyć jak dawniej wyglądało obozowe życie (nie opiszę szczegółowo, widać na zdjęciach), zajmowaliśmy się pokazami archeologii doświadczalnej dobrze się przy tym bawiąc. Kontrast - zwiedzający, pachnący, wystrojeni, w garniturach, sukniach, i my przy dymiącym ognisku, przyodziani w skóry lub ''worki'' dobrze, że  ''zieloni'' nie protestowali :)
Na dziedzińcu odbywały się również spektakle "Śmierć wodza'', ''Wymiana'' i ''Teatr ognia'' a wieczorem spotkania przy ognisku i piosence turystycznej.
Komiczne sytuacje podczas pokazów, których nie brakowało nie dadzą się opisać czy powtórzyć, można by było z tego niezłą komedię zrobić. Niektóre komentarze obserwujących: ''o pijany, pijany!'' -gdy umierał wódz, ''ale dzida'', ''ja chcę zdjęcie z tym panem z dużą fają'', ''jajka mamuta'', ''a czy kiedyś to były takie papierosy'', ''co ma pani pod skórami'', ''a wy tutaj tak cały czas mieszkacie'', ''widziała pani takie ...''. Wesoło było cały czas (widać na zdjęciach), zwiedzający zazdrościli nam tak beztroskiego życia i dopytywali o szczegóły - tego patentu nie sprzedajemy:)
Robili nam zdjęcia jako ''atrakcja turystyczna'', czasami jednak można było się poczuć jak zwierzęta na wybiegu w zoo, jeszcze trochę a ludzie rzucaliby nam banany czy orzeszki, byśmy ładnie pozowali do zdjęć.

W Sandomierzu miałem robić pokazy niecenia ognia, taki był plan, ale jakoś tak wyszło, że w zasadzie 4 dni kucharzyłem, a tylko ostatniego dnia zająłem się ogniem, ale to nie istotne. Cieszę się, bo udało mi się zobaczyć wystawę archeologiczną na Zamku oraz wystawy zorganizowane w kilku innych miejscach. W klubie wysłuchałem koncertu oraz obejrzałem filmy ''Pierwszy flet'' i ''Trzcinica - Karpacka Troja''. Miałem przyjemność być w Galerii Otwartej na ogłoszeniu wyników II Konkursu Biżuterii Autorskiej Krzemień Pasiasty-Kamień Optymizmu (się działo). Podziwiałem prace najlepszych artystów i krzemieniarzy.

Najważniejsze, fajnie że mogłem się znów spotkać ze ''starymi'' znajomymi jak też poznać nowe osoby, porobić coś wspólnie, porozmawiać. Generalnie miło spędzony czas, we wspaniałej atmosferze, którą stworzyli fantastyczni ludzie. Chciałbym wszystkim podziękować, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się tej atmosfery. Dziękuję Grzesiowi K., on to sprawca wszystkiego, Marioli za kawę, co potrafi ''mamuta wskrzesić'' dzięki której cało wróciłem do domu, Kasi N. (kokon też człowiek) za rozmowę, drugiemu Grzesiowi za ''kiszonki i c... anielice'', Januszowi za ''średniowieczne narzędzie tortur'', Patrycji za uśmiech i pomoc przy kucharzeniu, Kasi za malunki na moim ciele (już ja się następnym razem odegram), drugiej Kasi za jajeczka z kamienia i pyszne ciasto, Michałowi za mięsko z ogniska i jego Kasi za pilnowanie mojej ''owieczki'', Sykstusowi za niewyczerpane źródło historyjek ze swego bogatego życia i poczucie humoru, Marcinowi za łupanie, Tomkowi (skrytożerczym ciastkożercom mówimy stanowcze - nie), Juli (twarda dziewczyna), Monice za oprowadzenie po muzeum, Izie (siostrzyczki z Archeo), Beacie, Małgosi, Piotrkowi, tym co mi pomogli jednego wieczora - to ''uprawianie sztuki'' wcale nie jest takie łatwe :D
Dziękuję za zaproszenie Mariuszowi, bez niego ta impreza by się nie odbyła.
Specjalne podziękowania dla wszystkich sprawców nieustannego, 5 dniowego bólu brzucha ze śmiechu. Przepraszam jeśli kogoś pominąłem.

Link do zdjęć: https://picasaweb.google.com/101961305466505913296/Sandomierz2013#

Miało być bardziej osobiście i będzie, na koniec. Wróciłem późnym wieczorem do domu, niewyspany i zmęczony. Sprawdziłem pocztę a zaraz później zdjęcia, chciałem sprawdzić jak wyszły. Oglądałem i śmiałem się, tak było przez chwilę, by popaść w drugą skrajność. Niestety życie jest takie, że po chwilach szczęścia przychodzi smutek i zwątpienie. Myślę nawet, że im większa radość tym później większe rozczarowanie i żal. Często wydaje mi się, że wszystko co najlepsze to już w życiu doświadczyłem, lepiej już być nie może, nie ma więc sensu...
Od kilku osób w niedługim odstępie czasu usłyszałem, że nie ma we mnie wiary. Zdziwiło, zaniepokoiło, a może mówią prawdę tylko ja nie chcę się z tym pogodzić. Na ile można poznać człowieka po kilku minutach rozmowy, czy w kontaktach z innymi jestem sobą, zachowuje się normalnie myślę, że nie? Jeśli czegoś nie widać na moich zdjęciach, nie mówię o tym to czy znaczy, że tego nie ma?

Z Sandomierza przywiozłem ze sobą kamyk optymizmu, gdy biorę go do ręki na myśl przychodzi mi taka sentencja J. Kochanowskiego - ''Nie porzucaj nadzieje jakoć się kolwiek dzieje: bo nie już słońce ostatnie zachodzi a po złej chwili piękny dzień przychodzi…”  

wtorek, 24 września 2013

Słowiańskie babie lato


Dostałem zaproszenie na kolejne warsztaty w Grodzisku Żmijowiska. Powiem szczerze, że perspektywa ponownego udziału nie wydawał się zbyt atrakcyjna, sam nie wiem dlaczego, może to ''zmęczenie sezonem''. I gdybym nie pojechał to bym bardzo żałował, to były pod wieloma względami wyjątkowe warsztaty.

Na samych warsztatach, które trwały w sumie 3 tygodnie nie byłem, ale za to po raz pierwszy byłem na Słowiańskim babim lecie, czyli posumowaniu tegorocznych warsztatów. Opiszę tylko to, co wydarzyło się podczas tych ostatnich dwóch dni, jeśli ktoś jest zainteresowany i czuje niedosyt informacji to odsyłam na stronę Żmijowisk:
http://zmijowiska.pl/news/warsztaty-ad-2013/
http://zmijowiska.pl/news/slowianskie-babie-lato-po-raz-czwarty/

Warsztaty odbyły się w obsadzie międzynarodowej, z Czech przyjechała ośmioosobowa ekipa z Centrum Archeologii Eksperymentalnej Destne, prezentowali oni kowalstwo, brązownictwo (piękne siekierki i ozdoby mieli), ciesielstwo i tkactwo (w tym rękawiczek!). Bardzo posmakowały mi robione przez nich placuszki ze zmielonej mąki na kamiennych żarnach z dodatkiem czosnku i pieczone w stalowej formie - to je výborné.
Andrei i Anna Petrauskas z Instytutu Archeologii Ukraińskiej Akademii Nauk w Kijowie próbowali uzyskać w dymarce żelazo z rudy darniowej po jej rozdrobnieniu i prażeniu.
Podobną dymarkę zbudowali również Władysław Weker i Tomasz Majer (PMA Warszawa), korzystali oni z innego rodzaju rudy. Mój udział w tym eksperymencie to ''odpalenie'' dymarek ogniowym świdrem ręcznym oraz pirytem i krzemieniem.
Marta Wasilczyk (Pracownia Ceramiki Artystycznej Lublin) kierowała pracami związanymi z pozyskaniem surowca, wyrobem i wypałem naczyń. Ceramika była wzorowanych na ceramice zabytkowej z VIII-IXw. typu chodlikowskiego. Czesi przywieźli do wypału naczynia z jasnej glinki toczone na kole garncarskim. Prócz tego powstały przęśliki, kości do gry i ''naczynka kultowe'' :)
Ogień w piecu garncarskim dla urozmaicenia roznieciłem łukiem ogniowym.
Pierwszy raz mogłem obejrzeć jak wygląda hartowanie naczyń w rozwodnionym zaczynie z żytniej mąki, powstała niepowtarzalnej urody ceramika o dużej szczelności.
Krzysztof Wasilczyk (Muzeum Wsi Lubelskiej) pozyskiwał smołę i dziegieć metoda beznaczyniową, ja niestety mogłem zobaczyć już tylko efekt końcowy.
Hanna Lis to jak zwykle eksperymenty związane z odtworzeniem pożywienia wczesnośredniowiecznych Słowian. Miałem przyjemność spróbować barszczu z barszczu w ciekawej wersji oraz prawdziwego żytniego chleba pieczonego w ognisku pod glinianym kloszem.
Eksperymenty Mariki dotyczyły farbowania naturalnymi barwnikami przędzy i tkanin. Ciekawe, żywe uzyskane z różnych surowców kolory, na który wpływ miał rodzaj naczynia - ceramika, żelazo i mosiądz.
Były także pokazy uzbrojenia i zainscenizowana potyczka wojów, przygotowana przez puławską grupę Dyptam, chętni mogli postrzelać z łuku.

W tym roku przypada 10 rocznica zmagań z archeologią doświadczalną na Grodzisku Żmijowiska, musiało więc być wyjątkowo. Przed częścią oficjalną członkowie Klubu Seniora z Wilkowa częstowali przybyłych gości regionalnymi smakołykami, dokładnie jakimi tego nie zdradzę :)
Do tej pory jest dla mnie zagadką w jaki sposób pewien pan, w regionalnym stroju z sumiastym wąsem o ponad 20 cm długości, radził sobie z jedzeniem :)

W części oficjalnej oczywiście przemówienia przybyłych gości i miejscowych władz, później część artystyczna.

Najlepsze jednak było na koniec. Przy zachodzącym słońcu, na tle obwarowań grodu obejrzeliśmy wyjątkowy, specjalnie przygotowany na tą okazję, spektakl z ogniem ''Żywioł'', Kto nie widział niech żałuje, mała próbka:
https://www.youtube.com/watch?v=pKOjZtT43Qs
https://www.youtube.com/watch?v=aUOotMZrQgs

Oczywiście atrakcji było więcej, bywalcy warsztatów dobrze o tym wiedzą:)

Co jeszcze, otóż zaszły korzystne zmiany w otoczeniu grodziska, zrekonstruowanych obwarowaniach, chatach i wyposażeniu. Bardzo spodobał mi się doświadczalny ogródek, który powstał w tym roku, z roślinami użytkowymi: len, soczewica, groch, bób, brukiew, rozmaryn, tymianek, kminek, koper, kolendra, mięta, gorczyca. Doskonale wkomponował się w otoczenie, nadał uroku otoczeniu zrekonstruowanych chat i stanowi ''zaplecze'' kuchni.

Ma to miejsce jakiś niepowtarzalny urok, dzięki gospodarzom, przybyłym gościom, ale nie tylko. Nie wiem jak to się dzieje, przyjeżdżam już trzeci rok z kolei na warsztaty i zawsze są doskonałe warunki pogodowe, pewnie gospodarze mają jakieś układy:)
Atrakcje w ciągu dnia zapewnione, o jedzenie nie musiałem się martwić, spałem w chacie i byłem szczęśliwy. Co mi tam mięciutkie łóżko w hotelu. Ja tu miałem ciszę w nocy, gwieździste niebo, poranny szron na okolicznych łąkach, pobudkę przez stadko kuropatw, pianie kogutów dobiegające z pobliskiego Chodlika, cudowny wschód słońca i orzeźwiającą kąpiel w zimnej wodzie pobliskiej rzeczki. Tego wszystkiego nigdzie nie kupię, to trzeba przeżyć samemu, właśnie tutaj, w Grodzisku Żmijowiska.

Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/101961305466505913296/SOwianskieBabieLatoZmijowiska2013#

Ps. Paweł, dziękuję za zaproszenie.

poniedziałek, 9 września 2013

Krzesiwo tradycyjne


Trochę teorii dzisiaj, przyda się, warto wiedzieć, a i na pokazach powiedzieć kilka słów wypada. Poza tym teorie trzeba poznać by móc lepiej rozumieć działanie praktyczne rzeczy.

Jeśli w Wikipedii wpiszemy hasło ''krzesiwo'' to otrzymamy taką informację : ''Krzesiwo – historycznie, narzędzie do rozniecania ognia powszechnie stosowane przed wynalezieniem zapałek. Był to podłużny kawałek żelaza, grubości ok. 0,5 cm, długości 4 – 15 cm, przeważnie łukowato wygięty, którym uderzano o krzemień (czyli tzw. skałkę) w taki sposób, aby powstające przy tym iskry padały na kawałeczek hubki, która ulegała zapłonowi.'' 
Niewiele informacji i mało precyzyjne, ja postaram się napisać bardziej szczegółowo.

Krzesiwo, nazwa jak można się domyśleć wzięła się od krzesania. Przy uderzaniu krzesiwem o ostrą krawędź krzemienia (lub odwrotnie, w
zależności od techniki) odrywane są drobiny stali, pod wpływem ciepła pochodzącego z tarcia i w kontakcie z powietrzem ulegają zapłonowi, my widzimy małe iskierki.

Kiedy człowiek nauczył się krzesać iskry kawałkiem żelaza i krzemienia trudno dokładnie określić, być może za krzesiwo służyły pierwsze meteoryty? Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak późniejsze pochodzenie krzesiwa, gdy człowiek nauczył się otrzymywać żelazo z rudy i opanował obróbkę tego metalu. Nie do końca wyjaśnione są początki tej epoki ale przeważa pogląd, że pierwsze wyroby z żelaza pochodzenia meteorytowego pochodzą z terenów Egiptu i Azji Mniejszej z ok. VI-III tysiąclecia p.n.e., były to bardzo nieliczne przedmioty. Dopiero około II tyś p.n.e. wraz z opanowaniem wytopu żelaza z rud przez Hetytów przedmioty żelazne stawały się coraz powszechniejsze. Znajomość obróbki żelaza różnymi drogami rozprzestrzeniała się, na terenie Polski przedmioty żelazne pojawiają się ok. roku 700 p.n.e., były to importy, początki wytopu żelaza z własnych rud to V w p.n.e. Technika wytopu i obróbki żelaza nastręczała początkowo trudności  co powodowało wysoką cenę wyrobów, pierwsze wyroby żelazne to głównie ozdoby.

Krzesiwo używane było powszechnie do końca XIX w., do momentu gdy upowszechniło się użycie zapałek i rozniecanie ognia stało się prostą czynnością. W niektórych przypadkach krzesiwa stalowe były używane aż do XX w. np. podczas II wojny światowej przez partyzantów ukraińskich. Historia krzesiwa jest więc dosyć długa, liczy ponad 2 tys. lat.
Obecnie dalej krzesiwo jest używane przez różne grupy zajmujące się rekonstrukcja historyczną.

Krzesiwo to ogólnie mówiąc kawałek węglowej, wysoko zahartowanej stali. Nadawano mu taki kształt, by wygodne było się nim posługiwać, zwykle podłużny, grubości 3-5 mm i długości 5-15 cm, łukowato wygięty. Główne typy krzesiw spotykane na naszych ziemiach: iglicowe, sztabkowe, ogniwkowe (dwustronne), dwukabłąkowe. Najstarsze krzesiwa znalezione na naszych ziemiach  pochodzą z terenów Cesarstwa Rzymskiego (krzesiwa trapezowe) i Skandynawii (iglicowe). Krzesiwa ogniwkowe i dwukabłąkowe są charakterystyczne dla wczesnego średniowiecza. Większości osób krzesiwo kojarzy się z kształtem litery ''C'',  a więc krzesiwo dwukabłąkowe, były one szczególnie popularne w okresie nowożytnym. Z czasem krzesiwa stawały się coraz bardziej ozdobne, o fantazyjnych kształtach, łączone z innymi materiałami. W niektórych przypadkach za krzesiwo służyły inne przedmioty wykonane z odpowiedniej stali np. głownie noży.

O krzemieniu, hubce i technikach krzesania napiszę innym razem.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Dymarki Świętokrzyskie 2013


W Górach Świętokrzyskich w II I III w n.e. działało jedne z największych w Europie Środkowej centrów górniczo-hutniczych. Obecnie na terenie Centrum Kulturowo-Archeologicznego w Nowej Słupi u podnóża Łysej Góry, co roku pod koniec sierpnia organizowana jest ogólnopolska, plenerowa impreza pod nazwą "Dymarki Świętokrzyskie''. Jedna z najstarszych (od 1967 roku) i największych tego typu imprez, główną atrakcją jest rekonstrukcja procesu wytopu żelaza w prymitywnych piecach. Ciekawostką jest to, że obecnie mimo poznanej teorii nikt na świecie nie potrafi w pełni odtworzyć wytopu żelaza w piecu kotlinkowym.

Pokazy mają charakter festynu archeologicznego, prócz starożytnego hutnictwa prezentowane jest codzienne życie i wytwórczość dawnych mieszkańców ziem polskich oraz Imperium Rzymskiego. Na terenie CK-A powstała wioska barbarzyńców gdzie zrekonstruowano kilka chat, tzw. Długi Dom oraz replikę drewnianej rzymskiej wieży obserwacyjnej i fortyfikacje. Na czas trwania imprezy rozstawiono też namioty, zamieszkały w nich min. rzymskie legiony. Wyodrębniona strefa gdzie zamieszkali Rzymianie, Celtowie oraz barbarzyńcy, czyli ja :)

Napiszę pokrótce, co można było zobaczyć. Oczywiście najbardziej widoczne były dymarki, pełny proces starożytnego procesu otrzymywania żelaza, od prażenia rudy do wytopu. Powstało kilka pieców, różnej wielkości, oprócz świętokrzyskich również rekonstrukcje piecowisk z innych centrów hutniczych - mazowieckiego i śląskiego. Docenić trzeba ciężką pracę przy takim piecu, ciągłe kontrolowanie procesu (wytop mógł zająć kilkanaście godzin), dosypywanie węgla (w największym co godzinę, przez całą noc), wysoka temperatura. Pięknie wyglądał największy, prawie 3 m wysokości piec w nocy, pióropusz z iskier i huk zasysanego powietrza. Rozbijanie pieca było bardzo widowiskowe, po ostygnięciu można było ocenić efekty wytopu. Problemem, z którym naukowcy do tej pory się borykają, jest odseparowanie metalicznego żelaza od żużlu, podczas Dymarek udaje się uzyskać tzw. łupkę o zawartości do 20% żelaza, wymaga ona jednak dalszej obróbki. Wysiłki dymarzy wspomagał Jens, duński gość imprezy, któremu udało się uzyskać blisko 50% zawartość żelaza w swoim wytopie.

Dalej mogliśmy zobaczyć co z takiego żelaza można zrobić, a więc podpatrzeć pracę kowali, wyrób broni, narzędzi codziennego użytku itd. Prócz metalurgii żelaza można było zapoznać się z pracą brązownika, złotnika, mincerza, zobaczyć jak np. wygląda wybijanie monet czy wyrób biżuterii. Prezentowane były tkactwo, filcownictwo, plecionkarstwo, powroźnictwo, kaletnictwo, obróbka kości, poroża, drewna, bursztynu, produkcja szklanych paciorków, wyrób dziegciu i smoły. Dowiedzieć się jak ułożyć mozaikę, z czego robiono starożytne kosmetyki, jak wygląda prawdziwa gąbka oraz pumeks. Na stanowisku garncarza, od wyrabiania gliny do toczenia na kole i wypale w piecu. Do starożytnej ceramiki mam słabość, gromadzę z różnych epok naczynia. Mam jedną replikę urny twarzowej, jest po prostu śliczna. Budzę się co rano a ona się na mnie patrzy, jak człowiek :)

Przyjrzeć się codziennemu życiu starożytnych ludów zamieszkujących nie tylko nasze ziemie, lecz także  Rzymian czy Celtów, jak dawniej mieszkali, co jedli, jak się bawili. Świat materialny jak i duchowy.

Jak Rzym to legiony i gladiatorzy, można było podziwiać aż trzy legiony, grupy rekonstruktorów z Lublina, Sankt Petersburga i Czech. Bardzo widowiskowe były pokazy zorganizowane na przedpolach fortyfikacji, walki gladiatorów, inscenizacja bitwy, musztra, przemarsze, pokazy artylerii i uzbrojenia. Publiczność mogła wziąć udział w sądzie rzymskim oraz targu niewolników.

Smakosze mogli posmakować prawdziwej rzymskiej kuchni min. daktyle z pieprzem, kiełbaski lukańskie, zupy, sery z ziołami, owoce z różnymi dodatkami.

Dodatkowymi atrakcjami Dymarek Świętokrzyskich były koncerty, kiermasze i wystawy.

Na dymarki przyjechałem po raz pierwszy i bardzo mi się spodobało, jedna z najlepszych imprez historycznych na jakiej byłem. Doskonała organizacja, wysoki poziom, prawie 200 wykonawców z całej Polski w tym goście zagraniczni. Wielu z nich to archeolodzy, historycy, konserwatorzy zabytków, metalurdzy oraz pasjonaci, mnóstwo fachowej wiedzy można przyswoić w ciekawy i przyjemny sposób.
Ciekawie było zaobserwować różnicę kulturową i technologiczna, jaka występowała pomiędzy starożytnym Rzymem a Barbaricum. Nawet ja byłem tego dowodem, przyodziany w lniany ''worek' przy wspaniałej, lśniącej zbroi legionisty, ale kompleksów z tego powodu nie miałem:)

Pogoda dopisała, było sucho i upalnie a więc nocleg pod chmurką przy palisadzie. Kuchnia we własnym zakresie, co uważam za doskonały pomysł to, co jedliśmy przejdzie do historii Dymarek, arcyciekawe i niesamowicie smaczne rzeczy. Zwyczaj częstowania się z innymi tym, co powstało w obozowej kuchni sprzyjał integracji z innymi obozami, wymienialiśmy jedzenie za jedzenie, oczywiście nie obeszło się bez próbowania szlachetnych trunków.
Moje miejsce było koło chaty brązownika, dach nie został jeszcze odbudowany ale nam to specjalnie nie przeszkadzało. Za ogródkiem z różnymi roślinami uprawianymi w tamtych czasach rozłożyliśmy gliniany kociołek na trójnogu oraz cały sprzęt kuchenny, przyjemnie było leżeć na skórze jelenia.
Przez dwa dni chodziłem boso, frajda ogromna, ładna ''podeszwa'' mi się zrobiła :D
Jak zwykle zajmowałem się ogniem, trochę kuchnią, ale to nie obowiązek a przyjemność.
Przez dwa dni bawiłem się doskonale, i o to chodzi.

To moja krótka relacja, a teraz wyobraźcie sobie, że to co widać na zdjęciach, to tylko nikła część tego, co się wydarzyło podczas tegorocznych Dymarek.

Z perspektywy wykonawcy wygląda to zupełnie inaczej, dużo ciekawiej, przyjemniej.

sobota, 10 sierpnia 2013

Prażmo


Tereny Polski w dalekiej przeszłości nie były w całości pokryte lasami, obecnie jest ich jeszcze mniej i tylko w niewielkim stopniu przypominają pradawną puszczę. Wędrując po naszym kraju często szlaki będą wiodły przez sady czy pola uprawne, przy drogach spotkamy wiele zdziczałych drzew owocowych, roślin ''uciekinierów z plantacji'' oraz towarzyszących człowiekowi takich, których w lesie nie znajdziemy. Różnorodność gatunków na styku różnych ekosystemów jest bogatsza niż w dużych monokulturalnych kompleksach leśnych. Tereny zagospodarowane przez człowieka są pod tym względem bardzo atrakcyjne, to potencjalne źródło żywności, nie mogę ich pominąć, stąd wiele moich wpisów będzie dotyczyło wykorzystania roślin nie tylko tych ''dzikich'', nie tylko chwastów, ale i tych z upraw takich, które możemy sami wyhodować czy kupić.

Zboża stanowią podstawę pożywienia ludzi na całym świecie od tysięcy lat, pełne ziarno jest bardziej wartościowym pożywieniem niż oczyszczone, gdyż zawiera więcej cennych składników. Sierpień to pora żniw, zboża są na wiele sposobów przerabiane, dzisiaj wspomnę o jednym z najprostszych, już zapomnianych.

Prażmo to jedna z najstarszych potraw ludów rolniczych, przygotowanie zboża przy pomocy ognia. Obecnie zapomniana i bardzo rzadko spotykana potrawa na naszych stołach, chyba znana tylko wśród osób zajmujących się kuchnią dawnych Słowian. Co prawda prażenie innych ziaren jest często spotykane w naszej kuchni (np. słonecznika, dyni, sezamu), produkty z dodatkiem prażonych ziaren (np. chleb) są też dostępne w sklepach, jednak stanowią one zwykle dodatek a nie samodzielną potrawę.

Prażenie polega na opalaniu w wysokiej temperaturze ziaren, niszczy to twardą niestrawna plewę wokół ziarna, nabiera ono słodkawego smaku (następuje rozkład skrobi na glukozę i dekstrynę), jest łatwiej przyswajalne przez organizm.

Słowianie wykruszali niedojrzałe ziarna żyta lub pszenicy i prażyli w piecu lub nad ogniem. Niedojrzałe ziarna są miękkie, bez problemu rozgnieciemy je paznokciem, mają w sobie białe ''mleczko'', nigdzie jednak czegoś takiego obecnie nie kupimy, nie szkodzi. Prażmo można przygotowywano też z dojrzałego zboża, wcale gorsze w smaku nie będzie.
Przygotowywałem prażmo z różnych zbóż, żyta, pszenicy, owsa, jednak najbardziej smakowało mi z jęczmienia. Warto popróbować też z innymi roślinami, z jednego gatunku lub mieszanki, nie koniecznie zbóż, dawniej prażmo przygotowywano również z grochu.

Ziarna trzeba namoczyć, jeśli są zanieczyszczone przepłukać, zalewamy wodą i odstawiamy aż spęcznieją, zwiększą swoją objętość i zrobią się miękkie. Zwykle zalewam wieczorem jednego dnia a następnego już mogę prażyć. Spęczniałe ziarna powierzchniowo osuszam a następnie prażę na patelni, menażce lub bardziej historycznie na płaskim kamieniu lub w glinianym naczyniu. Podczas prażenia ziarna często mieszamy, aby nie przypalić, bo będą wtedy miały nieprzyjemny smak i zapach, mają nabrać złotawego koloru, ziarna powinny być kruche, nie miękkie  i nie za twarde. Jeśli prażyć będziemy za wolno to wysuszymy ziarna, będą twarde, przy zbyt wysokiej temperaturze spalimy wierzchnią okrywę a w środku ziarna będą miękkie.

Mi prażmo przypadło do gustu, całkiem niezła ''przegryzka'' dla tych, co lubią chrupać. Smaczne, zdrowe danie, proste i szybkie do zrobienia, tanie i niewyszukane składniki, no i nasze, ze Słowiańskim rodowodem sięgającym kilku tysięcy lat.
Jeszcze jedno, podczas prażenia ziarna ''strzelają'' jak popcorn, czy aby to nie Słowianie byli pierwszymi jego odkrywcami?

sobota, 3 sierpnia 2013

Ogień mnie jara


Ogień mnie jara, kiedyś, dziś i pewnie za 30 lat będzie tak samo, to zainteresowanie wcale nie
słabnie. Ogniem zajmuję się od dawna i ciągle mnie to bawi, widać to po tym, co robię i piszę. Ogień jest najważniejszy, to podstawa bytu, tak jak kilka tysięcy lat temu tak i obecnie, rzecz ponadczasowa.

Dzień słoneczny, gorący, by odrobinę się schłodzić kupiłem loda, nawet smaczny tyle, że bardzo mały. Nauka wymaga poświęceń, kupiłem więc jeszcze jednego, większego, co sobie będę żałował :)

Normalny człowiek nic niezwykłego w takim lodzie nie zobaczy, ale że ja jestem świrem i mam obsesję w temacie ognia od razu dostrzegłem ukryte możliwości - oczywiście związane z uzyskania ognia.

Firma produkuje lody w plastikowych opakowaniach, w których wieczko ma paraboliczny kształt. Wystarczy nalać do wieczka wody i soczewka gotowa. Przetestowałem dwie wielkości pokrywek, obie działają bardzo dobrze, kilka sekund w jednym punkcie przytrzymałem i był żar. Użyłem spreparowanego hubiaka, podobne hubki też powinny się sprawdzić. Bardzo prosty i szybki sposób na otrzymanie żaru.

To taki mój pomysł na zabawę dla dzieciaków w słoneczny dzień, tych małych i tych większych :)




środa, 24 lipca 2013

II Krzemionkowskie spotkania z Epoką kamienia


Jest takie powiedzenie - raz zobaczyć, to więcej niż 1000 słów, w przypadku Krzemionek to zbyt
mało. Kto nie był, nie widział i sam nie przeżył nie zrozumie.
Nie napisałem relacji z Pińczowskich sobótek ani 2 tygodniowej wędrówki po górach, więc chociaż to. Napisać relację, łatwo się mówi, z takiej imprezy, gdzie tyle się wydarzyło!

Z różnych powodów nie jest możliwe opisanie wszystkiego, a więc moja relacja nie będzie wyczerpująca. Ze względu na duża liczbę zwiedzających zajmowałem się prezentacją na swoim stanowisku, bardzo niewiele czasu miałem by zobaczyć sąsiednie stanowiska, tym bardziej nie widziałem wszystkiego tego, co się w przeciągu tych dwóch dni działo. Najgorsza rzecz - zawiódł mnie sprzęt foto, zdjęć jest niewiele i marnej jakości, przepraszam.
Nie potrafię pięknie pisać, opiszę tak jak umiem, podałem również linki do galerii ze zdjęciami innych osób.

W Muzeum w Krzemionkach byłem ładnych kilka lat temu, miejsce bardzo mi się spodobało, gdy w tym roku dostałem zaproszenie ucieszyłem się. Ponownie zobaczę kopalnie krzemienia, spotkam się ze znajomymi, będzie możliwość poznania ciekawych osób i obejrzenia wielu pokazów. Pojechałem jako osoba, która miała się tam zająć odtwarzaniem i miało to wiele dodatkowych zalet, niedostępnych dla zwiedzających. 
II Krzemionkowskie spotkania z Epoką kamienia odbyły się w dniach 20-21 lipca na terenie rezerwatu ''Krzemionki'' niedaleko Ostrowca Świętokrzyskiego. Miejsce bardzo ciekawe ze względu na pradziejowe kopalnie krzemienia pasiastego, przepiękny surowiec. Impreza miała na celu promowanie archeologii, odtwórstwa historycznego oraz archeologii eksperymentalnej, zjechali pasjonaci archeologii z całej Polski, specjaliści z wielu dziedzin. Na terenie zrekonstruowanej wioski było można zapoznać się z najróżniejszymi aspektami życia człowieka w epoce neolitu i brązu, a nawet trochę szerzej, taka ''epoka kamienia na żywo''. Pokazy dotyczyły myślistwa epoki kamienia, garncarstwa, tkactwa, obróbki surowców organicznych, miedzi, brązu, krzemienia, przygotowania pożywienia, kultury duchowej. Najmłodsi mogli wziąć udział w wykopach archeologicznych czy postrzelać z łuku, był spacer po terenie rezerwatu, wykłady i filmy. Ciekawe dla mnie były badania traseologiczne oraz próby związane z odlewnictwem miedzianego ostrza siekierki, pewnie niektóre rzeczy mnie też ominęły.

Krótko o tym, co robiłem, byłem odpowiedzialny za prezentację sposobów rozpalania ognia oraz przygotowanie pożywienia zdobywanego sposobami nie rolniczymi i nie hodowlanymi odpowiednimi dla tamtej epoki. Ograniczyłem pokazy do ''dwóch kamieni'', ''dwóch patyków'' i łuku ogniowego, warunki pogodowe sprzyjały, ''walka o ogień'' wygrana. Jak zwykle mnóstwo osób pytało o technikę krzesania iskier za pomocą dwóch kamieni, nie wiem skąd się to bierze, ale prawie wszyscy byli przekonani, że można to zrobić za pomocą dwóch kawałków krzemienia. Wydaje się, że jest to kwestia edukacji na poziomie podstawowym, dużo niedomówień i przekłamań jest również w filmach. Sporo osób było mocno zdziwiona jak szybko można rozniecić ognia przy pomocy świdra ręcznego, wydawało się im, że to potrwa kilka godzin, no cóż, może ja jestem za szybki :)
Swoje malutkie stanowisko rozłożyłem koło chaty brązownika gdzie przygotowywaliśmy wspólnie z innymi posiłki. Przywiozłem ze sobą kilka rzeczy (grzybki, miodek, korzonki, roślinki, przyprawy), po drodze tez zajechałem do kamieniołomów w Nasiłowie i tam nad brzegiem Wisły nazrywałem różnych jadalnych roślin - macierzankę, tymianek, pasternak, dziką marchewkę, rdest ostrogorzki, które potem wykorzystaliśmy w naszej kuchni. Chociaż jeszcze nie pora na wykopywanie korzonków to można było porównać wygląd marchewki dostępnej obecnie w sklepie z jej dzikim przodkiem, jak ogromne zmiany zaszły w wyniku uprawy na przełomie kilku tysięcy lat. Ugotowaliśmy, co powoli staje się tradycją tego typu spotkań, barszcz z barszczu, prócz tego była pyszna polewka z soczewicy, placuszki z różnymi dodatkami i pieczone mięsiwa. Zdziwienie wielu osób budziło to, jak można doskonale gotować w glinianym garnku, jest osmolony i wygląda z daleka jak żeliwny,  ale to gliniany garnek o grubych ściankach specjalnie przeznaczony do gotowania. Zabawne było też jak zwiedzający niedowierzali, że to co gotujemy jest do jedzenia, wydawało im się że to robimy na pokaz, wcale tego nie jemy a żywimy się tym co w bufecie. Nawet nie wiedzą jak smaczne potrawy przygotowywaliśmy, niektórzy, tylko co odważniejsi próbowali naszych wyrobów.
Na tego typu imprezach pada mnóstwo pytań od zwiedzających, nie zawsze umiem odpowiedzieć, wtedy człowiek uświadamia sobie, że jest malutki i wiele jeszcze czeka go nauki. 
Przywiozłem jak zwykle z tego typu imprez sporo giftów, sam nie wiem gdzie to upchnę, nazbierałem już tyle, że chyba muzeum otworzę :)

To, że archeologia jest fajna, wiem od dawna. W Krzemionkach było sympatycznie, długo będzie co wspominać.
Dziękuję bardzo wszystkim za tak przyjemnie spędzony czas. Za zaproszenie, możliwość spotkania się, wspaniałą atmosferę, pokazy, kuchnię, towarzystwo, rozmowy - szczególnie te nocne :)

Więcej informacji o samej kopalni i czasach, gdy one funkcjonowały: http://krzemionki.pl/o-krzemionkach/kopalnie/

środa, 17 lipca 2013

Naleśniki z pyłkiem z pałki i jagodami




Po 2 tygodniach wędrówki po górach i kulinarnych przygodach w ''Niemcowej'', gdzie razem z Iwo tworzyliśmy niezwykłe dania kuchni kaukaskiej (min. bliny z różnymi nadzieniami), pomyślałem dzisiaj o naleśnikach, na słodko z jagodami.

Ciasto zrobiłem tak jak do zwykłych naleśników z tym wyjątkiem, że do mąki pszennej dodałem pyłek z pałki szerokolistnej, stąd ten żółty kolor. Jagody dodałem po wylaniu ciasta na patelnię. Nie pytajcie czy było dobre, to oczywiste.
Żałuję tylko, że tak mało w tym roku pyłku nazbierałem.

środa, 3 lipca 2013

Krzesanie ognia za pomocą markasytu, krzemienia i puchu topoli


O markasycie wspomniałem już
przy okazji opisywania pirytu, ma identyczne zastosowanie - krzesania ognia. Znajomość tego zjawiska wykorzystywano już w młodszym paleolicie.

Markasyt fizycznie i krystalograficznie różni się od pirytu. Krystalizuje w układzie rombowym, a jego kryształy maja kształt płaskich płytek lub piramid. Jest jaśniejszy od pirytu, na świeżych powierzchniach jest srebrzysto biały lub jasnożółty, ma metaliczny połysk. Szybko pod wpływem powietrza matowieje na kolor żółtawy lub brązowawy i daje czarną smugę. Twardość markasytu, podobnie jak piryt, 6-6,5 w ska­li Mohsa, jest bardziej kruchy niż piryt. Pod wpływem uderzenia piryt pęka wzdłuż nie­regularnych linii, nie tworząc gładkich krawędzi, markasyt z kolei ma wyraźny, chociaż nierówny przełam. Podobnie jak piryt ulega rozkładowi pod wpływem wody i powietrza. Markasyt tworzy skupienia masywne, zbite, ziarniste, grudkowate, nerkowate, promieniste, często występuje razem z pirytem.
Rzadszy od pirytu, w Polsce występuje w regionie śląsko-krakowskim, Turoszowa (kopalnie węgla brunatnego), Nowej Słupi, w Pomorzanach k. Olkusza, w kopalniach rudy miedzi k. Lubina, kopalnia węgla Bogdanka, poza tym Rudki, Kowala, Wolin. Najczęściej w utworach osadowych np. wapieniach, marglach, skałach ilastych w także w pokładach węgla w postaci konkrecji.

Najwygodniej posługiwać się dwoma ''kamieniami'' takiej wielkości, abyśmy mogli je pewnie uchwycić w dłoni. Jeśli mam mały kawałek markasytu to krzeszą iskry podobnie jak pirytem, przyciskam markasytem hubkę do podłoża i uderzam krzemieniem. Duża konkrecja markasytu stwarza większe możliwości,
wygodniej się posługiwać, więcej iskier powstaje przy pojedynczym uderzeniu gdyż większa jest powierzchnia, można również krzesać iskry trzymając markasyt i krzemień nad hubką, jest to pomocne zwłaszcza przy hubkach puszystych takich jak np. puch topoli. Jednak uważam tą technikę za mniej skuteczną, wymagającą większego ''zdarcia'' materiału i czasu. Zaletą techniki krzesania iskier nad hubką jest to, że jej nie zgniatamy, cały czas pozostaje puszysta. W technice krzesania, gdzie markasyt lub piryt styka się bezpośrednio z hubką, iskry mają stosunkowo krótką drogę. Gdy krzeszemy ''kamieniami'' nad hubką iskry ''pokonują'' większa odległość, spadają bardziej rozproszone na większą powierzchnię, aby zrównoważyć skuteczność w porównaniu z wcześniejszą techniką trzeba użyć większej ilości hubki, co może okazać się wadą. Dodatkowo przy wietrznej pogodzie hubkę zwiewa, zwłaszcza puch topoli, który jest bardzo lekki. Odpowiednią technikę trzeba dopasować do sytuacji tego, czym dysponujemy, wielkości i właściwości konkrecji markasytu/pirytu, hubki, warunków. Z pewnością też własne nawyki i upodobania mają tu znaczenie.

Krzemień powinien mieć ostre krawędzie, będzie łatwiej wtedy o iskrę. Nie powinien mieć jednak zbyt cienkich krawędzi, ponieważ przy uderzeniu szybko się wykruszą i pokryją hubkę warstwą pyłu, który utrudniał będzie złapanie iskry. Podobnie jak przy pirycie napastnikiem nie musi być krzemień, można użyć innych twardych skał/minerałów. Bardzo dobrze spełnia swoją rolę np. kwarc, kwarcyt, radiolaryt, agat oraz inne odmiany chalcedonu.

Hubką może być hubiak pospolity, trzeba ostrym krzemiennym wiórem zeskrobać włókna tak by utworzyły puszysty materiał, lub puch roślinny np. wierzby czy topoli. Puch topoli bardzo ładnie przyjmuje iskry, im bardziej jego włókna są oprószone pyłem z markasytu tym lepiej. Wadą puchu jest większa wrażliwość na zawilgocenie, bardzo szybko wchłania wilgoć z powietrza, pod tym względem hubka z hubiaka jest bezkonkurencyjna.
Jest takie popularne określenie krzesanie ognia ''dwoma kamieniami'' (podobnie zresztą jak ''dwa patyki'' w odniesieniu do świdra ręcznego), można się zastanawiać czy te ''dwa kamienie'' to jakieś uproszczenie, skrót? Czy określają różne czy te same minerały, czy można otrzymać iskry z  dwóch kawałków pirytu lub markasytu? Otóż cały czas pisałem o układzie, w którym wykorzystujemy piryt lub markasyt i krzemień, gdyż jest to najczęściej spotykany  i opisywany zestaw. Ze źródeł etnograficznych jednak wiadomo, że w przeszłości do krzesania iskier wykorzystywane były (w mniejszym stopniu) też dwa takie same ''kamienie'', iskry (i to wcale nie mniejsze) można otrzymać z układu: piryt-piryt, piryt-markasyt, markasyt-piryt, markasyt-markasyt.

Niektórzy twierdzą, że skrzesanie ognia markasytem jest łatwiejsze niż za pomocą pirytu, sam tego nie mogę potwierdzić, pomimo licznych prób z pirytem jak i markasytem pochodzących z różnych miejsc. Wg mnie większe znaczenie mają cechy fizyczne konkretnego okazu, które mogą być odmienne, nawet jeśli są z tej samej lokalizacji.

Techniki krzesania ognia za pomocą ''dwóch kamieni'' są łatwe do opanowania, nie potrzebny jest trening czy wcześniejsze przygotowanie fizyczne, nie są tak męczące. To również mniej zawodna metoda uzyskania ognia, mniej wrażliwa na zawilgocenie i złe warunki przechowywania.

Ktoś, kto pierwszy raz weźmie do rak markasyt i krzemień i uderza z taka siłą by powstały iskry, jak najbardziej jest w stanie uzyskać ogień. A więc można powiedzieć że jest to dla każdego, no prawie...