czwartek, 26 lutego 2015

Łyżka z lipowego drewna


Zimowe wieczory są długie, gdy już po całym dniu samotnej wędrówki spoczniemy przy ognisku, zjemy małą kolację i napijemy się gorącej herbatki, zanim pójdziemy spać można porobić coś przyjemnego, choćby strugać w drewnie.

Drewno lipowe jest miękkie, doskonale nadaje się do tego, by zrobić np. łyżkę. Na taka małą wystarczy 15 cm długości obrzynek z gałęzi, świeżej lub sezonowanej, najlepiej o prostych słojach. Zdejmujemy korę, ścinamy na płasko tak by pozostała ok. 2 cm grubości deseczka. Następnie nożem łyżkowym wybieramy drewno na przyszłą komorę zupną. Najpierw komora zupna a dopiero brzegi, tak jest bezpieczniej.  Dalej zdejmujemy nadmiar drewna nożem aż do uzyskania kształtu łyżki. Nie trzeba papieru ściernego, taki surowy wygląd jest bardziej naturalny.

Kilka wieczorów i wracamy do domu z prezentem, albo nawet kilkoma :)

piątek, 20 lutego 2015

Drewniany kubek


 [...] Gdy przyleciałem w połowie października, kiwał do mnie z brzegu kwitnący zdrowiem, dobrze odżywiony, a nawet odpasiony.  Nie koniec na tym, na skraju lasu stał fajny dom z biewron, przytulnie urządzony i już ogrzewany, a  w nim stół, krzesła, dużo regałów i ciepłe łóżeczko z miękkimi skórami. Z lewej strony był murowany kominek, a okno z szybkami ze zwierzęcych skór przepuszczało do środka światło. Z kalenicy zwisały wędzone szynki, a na podłodze zamiast dywanów leżały brunatne i czarne futra. Mężczyzna zrobił sobie pierwszorzędną sieć na ryby, a talerze, garnki i kubki zmajstrował z drewna. W kącie wisiała lampa tranowa, w składzie zaś miał tyle zapasów, że mógłby przeżyć całą zimę. Powiadam panu, że rzadko jadłem tak smacznie i do syta, jak u zdumiewającego Jana Kolszewskiego. Nie brakło mu niczego do szczęścia, w ogóle i generalnie niczego! Wszystko zrobił sam, posługując się jedynie siekierą, nożem i dwiema własnymi rękami." - Hans-Otto Meissner ''Sztuka życia i przetrwania''.

Inspirujące, prawda? Umiejętności godne podziwu, chociaż na początku XXI zupełnie niepotrzebne. Jestem przekonany, że nie znajdę nikogo w naszym kraju o takich umiejętnościach, gdybym dał komuś z młodzieży nóż i siekierę do rąk, powiedział - masz i zrób, to miałbym poważne obawy czy nie zrobi sobie krzywdy. Młodzież nie jest zainteresowana poznawaniem strych rzemiosł, ma inne spojrzenie na świat. Dla niej nie ma sensu robić własnoręcznie drewnianego kubka przez kilka godzin, skoro można kupić plastikowy czy metalowy kubek za kilka PLN, nie męczyć się, a do tego ładny, kolorowy i praktyczny. Zanika umiejętność posługiwania się siekierą, piłą, nożem, wiedza o właściwościach różnych gatunków drewna i jego ręcznej obróbki. Ten wpis jest dla żyjących ''dinozaurów'' ceniących sobie ręczną robotę w drewnie i  kunszt rzemiosła, co chcą mieć naturalny wyrób jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, a nie jeden z wielomilionowej produkcji z taśmy.

Praca w drewnie nam się spodobała, więc dłubiemy dalej. Kubek z uchem i z pozostawioną białą brzozową korą wygląda bardzo klimatycznie.

Jeśli kubek ma być bez ucha to sprawa jest prosta, wystarczy kawałek prostej gałęzi. Składaną piłką przycinam na odpowiednia długość, a nieodstępnie nożem łyżkowym wybieram wnętrze. Zwykle robię kubki bez ucha, łatwiej znaleźć materiał  i ucho nie jest mi potrzebne, Jeśli zaś z uchem, to najprostszym rozwiązaniem wg mnie jest znalezienie grubszej gałęzi z mniejszym, bocznym odrostem, który będzie uchwytem.

Materiał to kawałki gałęzi rożnych gatunków drzew, o średnicy 5-10 cm i długości do 12 cm. Nożem łyżkowym trzeba zrobić na środku zagłębienie i je powiększać. Początkowo to jest łatwe, bo nie przeszkadzają nam ścianki, ale by wybrać materiał głębiej trzeba już większej  wprawy w posługiwaniu się nożem łyżkowym. Ścianki powinny być równej grubości i niezbyt cienkie. Aby uzyskać gładką powierzchnię kubka szlifujemy ją drobnym papierem ściernym lub gąbką szlifierską, po wstępnym oczyszczeniu zwilżamy wodą, co spowoduje wstanie włosa. Ponownie suszymy i ostatecznie szlifujemy.

Najczęściej wybieram świeże drewno, jest to łatwiejsze z uwagi na to, że jest bardziej miękkie. Nie ma problemu by zrobić kubek z drewna sezonowanego, potrwa to nieco dłużnej. Preferuję miękkie gatunki drzew, zwykle materiałem na kubki jest brzoza, olcha, lipa, wierzba, jałowiec, rzadziej drzewa owocowe. Początkującym poleciłbym pracę w świeżej brzozie, ma miękkie drewno i nie pęka tak łatwo. Pozostawiona kora brzozowa z zewnątrz chroni przed szybkim wysychaniem.

Nasze kubki można przyozdobić barwiąc drewno naturalnymi barwnikami roślinnymi, wycinać lub wypalać rożne wzory. Bardzo ciekawie kolorystycznie wygląda drewno z rożnymi przebarwieniami, sękami, poskręcanym układem słojów.

Praca w drewnie świeżym wymaga większej ostrożności. Nie wolno się spieszyć podczas pracy w świeżym drewnie, musi ono powoli schnąć, równomiernie w całej objętości, tak by nie doszło do przesuszenia powierzchniowego gdyż w efekcie wyrób popęka nam. W zależności od gatunku drewna i wielkości kubka będzie ono mniej lub bardziej narażony na powstawanie pęknięć.

W czasie przerw w pracy zawijamy kubek razem z drewnianymi strużynami w lnianą szmatkę lub chowamy do szczelnej papierowej bądź foliowej torebki. Len i papier oddycha, przepuszcza parę wodną, drewno powoli schnie. Foliowe torebki z tworzyw sztucznych nie przepuszczają pary wodnej, w wysokiej temperaturze i przy dużej wilgotności może spowodować to pojawienie się pleśni na powierzchni drewna. Kontrolujemy zatem proces schnięcia drewna, co jakiś czas wyjmujemy i sprawdzamy, pozwalamy podeschnąć. W zależności od gatunku drewna, jego wilgotności początkowej i wielkości kubka, czas schnięcia będzie rożny, od kilku dni do kilku tygodni. Ja najczęściej korzystam z drewna ściętego zimą, kiedy nie krążą w nim soki, skraca to czas schnięcia.

Końcowym etapem robienia drewnianego kubka będzie wtarcie w jego powierzchnię oleju jadalnego. Dzięki temu drewno nie wchłania wilgoci z płynów, które będziemy pili i zabezpiecza go przed pękaniem.

Na ostatnim zdjęciu praktyczne (wewnątrz sok z brzozy) zastosowanie kubka, żeby nie było, że drewniane kubki to tylko dla sztuki się robi :)

środa, 11 lutego 2015

Herbatka z gałązek świerka, jodły lub sosny


Z czego uwarzyć czaju w zimie, w górach, gdy śniegu tyle, że przebrnąć ciężko, śnieg przykrył całą roślinność i jedyne, co widać to świerki - a no właśnie z gałązek świerka. Podobnie zastosowanie jak świerk ma też igliwie jodły i sosny. Najbardziej cenię sobie herbatkę z jodły, w następnej kolejności ze świerka i sosny.

W igliwiu i pędach świerkowych obok olejku świerkowego znajduje się żywica bogata w kwas abietynowy; ponadto prowitamina A, witamina C 175-400 mg/100 g, zależnie od wieku igieł, terminu zbioru. To kilka razy więcej niż owocach dostępnych w sklepach - jabłka ok. 20, cytryny 60, truskawki 90. Witamina C jest bardzo nietrwała, jej zawartość w skutek obróbki termicznej zmniejsza się o około połowę.


Przepis na herbatkę jest prosty, do wrzątku wrzucamy młode, czyste gałązki świerka i czekamy kilka minut aż naciągnie, wg mnie tak przygotowana ma najlepszy smak. Niektórzy gotują krótko (2 minuty), ale nie jest to konieczne. Zbyt długie gotowanie z kolei niekorzystnie wpływa na smak herbatki, robi się bardziej gorzka. Można igliwie drobno pociąć nożem, wtedy szybciej napar nabierze smaku, ale jednocześnie trudniej będzie później je nam wyłowić.

Herbatka z igliwia jodły, świerka lub sosny rozgrzewa, ma przyjemy aromat i delikatny smak. Nie trzeba nosić w plecaku i surowca w lesie bez liku.

środa, 4 lutego 2015

Ryż z curry i dzikimi roślinami



Czytam po raz kolejny książkę Johna Krakauera "Wszytko za życie'' i złość mnie bierze, że nie mam odwagi  zrealizować wszystkich swoich marzeń. Robię małe rzeczy, ale to nie to, pozostaje niedosyt. Drobne działania, które są tylko namiastką prawdziwej przygody. Książka Krakauera to dla mnie źródło inspiracji, dużo wspaniałych cytatów i informacji. Nie będę pisał o wzniosłych ideach ani omawiał tego co zrobił, to pozostawię czytelnikowi jego własnej ocenie, zajmę się bardziej przyziemnymi sprawami, a mianowicie ryżem :)

McCandless wędrując niedaleko Zatoki Kalifornijskiej przeżył ponad miesiąc odżywiając się w tym czasie ryżem (nieco ponad 2 kg na 36 dni!) i tym, co udało mu się wyłowić z morza. Również na ostatnią podróż zabrał 5 kilogramową torbę ryżu, to było jedyne pożywienie jakie zabrał. Wiemy,  że swoją dietę uzupełniał o upolowane zwierzęta i dzikie rośliny jadalne. Oczywiście jego bilans energetyczny był ujemny, ale nie o to mi chodzi. Miał odwagę, to czego wielu nam brakuje, nie szedł na łatwiznę, zdobywanie dzikiego pożywienia dawało mu poczucie wolność, niezależność od sklepów i pieniędzy.

Zdecydowana większość z nas postępuje inaczej, myślę że w 99% naszych wypraw jedzenie zabieramy ze sobą w plecaku, no bo tak wygodniej. Obliczamy kalorie, zawartość poszczególnych składników odżywczych, minerałów i witamin. Wybieramy takie racje, które mają korzystny stosunek kalorii do wagi, dobrze znoszą transport i łatwo je przygotować. Zwykle zgarniamy prosto ze sklepowej pułki, liofilizatory rzadko w naszych plecakach lądują ze względu na cenę, czasami sami coś przygotowujemy. Jedni przejmują się bardziej, a inni mniej. Dla niektórych wycieczka kończy się z chwilą gdy kończą się kanapki, ciasteczka, papierosy lub piwo, oni też uprawiają swoisty rodzaj survivalu, jak przeżyć bez alkoholu :)

Według mnie w większości przypadków nie ma problemu by podczas naszych wędrówek znaleźć jadalne roślin. To tylko kwestia naszego obeznania z tematem i chęci. Zbieranie roślin jadalnych to dla mnie nie tylko wielka frajda, ale potrawy zyskują na smaku, korzysta na tym mój organizm i portfel, mniej dźwigam, częściowo uniezależniam się od sklepów, Moje wyprawy mają inny wymiar, bardziej zbliżam się do natury.

Wracając do tematu, sam ryż jest wartościowym pożywieniem, podstawowy składnik wielu innych dań. Nie ma problemu by wrzucić do plecaka kilka torebek, nie warzą dużo. Wymaga długiego gotowania, co nie jest na ognisku żadnym problemem. Przepisów bez liku, zwykle gotuje go z zebranymi roślinami, trochę korzeni, zieleniny oraz inne zdobycze.
Kilka dni temu (1 luty) wyruszyłem w teren, warunki były sprzyjające, las obdarzył. W kociołku wylądowała pokrzywa, gwiazdnica, rzeżucha, korzenie chmielu, marchwi, wiesiołka, kłącza czyśćca błotnego i topinambur oraz kilka grzybków. Do tego ryż i curry. Danie smaczne i sycące, zjadłem niecałą połowę, resztę zabrałem do domu.

Piękna słoneczna pogoda, bez śniegu z  niewielkim tylko mrozem w nocy. Klony zaczęły już puszczać słodki sok. Cały dzień wędrowałem, tysiące hektarów lasów, bagien i zaniedbanych łąk, i tymi wszystkimi skarbami mogłem się cieszyć sam, bo tego dnia nie spotkałem nikogo. Nikt nie zakłócił mi spokoju. Dużo dobrej energii wchłonąłem, odpocząłem. Niektóre rzeczy by zrozumieć trzeba poczuć. Oby takich chwil jak najwięcej.