wtorek, 21 czerwca 2016

Naturalnie suszona wołowina

Nasi przodkowie znakomicie radzili sobie z suszeniem mięsa, pomimo że nie mieli piekarników, suszarek i tym podobnych urządzeń. Suszenie to jeden z najstarszych sposobów konserwacji żywności, wystarczy wiatr i odpowiednia temperatura. Pierwotne ludy suszyły mięso w porze obfitości, by korzystać z niego, gdy przyjdzie czas głodu. Indianie północnoamerykańscy suszyli mięso bizonów na słońcu i wietrze, były to zapasy na okres zimy. W czasie wędrówki żuli suszone mięso, w obozie gotowali potrawy z jego dodatkiem.

Suszone mięso to znakomite uzupełnienie porcji żywnościowych zabieranych na wędrówki. Ma wiele zalet, jest przed wszystkim trwałe i łatwe w przechowywaniu, lekkie oraz stanowi wysokobiałkową smaczną przekąską i dodatek do potraw. Z suszonym mięsem i zebranymi po drodze dzikimi roślinami gotuję smaczny bulion, dodaję też go do innych potraw. Byle tylko nie przesadzać z jedzeniem, suszone mięso w żołądku pęcznieje powiększając swoją objętość kilkakrotnie. Jeden kawałek to odpowiednik kotleta.

Suszone mięso szybko daje uczucie sytości w żołądku i zaspokaja chęć na coś mięsnego.

Ze zdobyciem u nas mięsa bizona byłby problem, nieco mniejszy z inną dziczyzną, najłatwiej jednak kupić chudą wołowinę pozbawioną przerostów tłuszcz. Najlepiej nadaje się ligawa, polędwica lub antrykot.
Lekko zmrożone (wtedy łatwiej się kroi) mięso kroimy wzdłuż włókien na plastry grubości nie większej niż 1 cm. Możemy mięso osolić by na wstępnie usunąć z niego cześć wody, posypać suszonymi, roztartymi ziołami lub naturalnie ususzyć je bez dodatków (takie według mnie jest najlepsze). Mięso nadziewamy na patyki, umieszczamy w miejscu ocienionym i przewiewnym. Im wyższa temperatura i prędkość wiatru, tym szybciej zachodzi proces suszenia. Temperatura powietrza w jakiej ja suszyłem mięso wynosiła ok. 26-30 C.
Świeże mięso przyciąga różne owady, ale gdy już podeschnie na powierzchni, staje się ono dla nich nieatrakcyjne. Proces naturalnego suszenie można skrócić dosuszając mięso przy ognisku. W nocy zabezpieczamy mięso przed zwierzętami i zawilgoceniem.

Mięso suszy się kilka dni (mi zwykle zajmowało to 2-3 dni). Jest to zależne od temperatury, siły wiatru, wilgotności, rodzaju mięsa i wielkości porcji. Dobrze wysuszone kawałki mięsa da się rozetrzeć na włókna (widoczne na zdjęciach) w dłoniach, są łamliwe. Na zdjęciu pierwszym od góry - jaśniejsze kawałki to suszone mięso solone, ciemniejsze wysuszone bez dodatku przypraw. Z 1 kg świeżego mięsa pozostanie ok. 300-350 g suszu. W procesie suszenia mięso pozbawione zostaje wody, wszystkie pozostałe składniki (białko, minerały, witaminy) pozostają, dzięki czemu daje się przechowywać  przez bardzo długi czas, zachowując wszystkie wartości odżywcze.

Przygotowanie samodzielnie suszonej wołowiny wychodzi taniej i smaczniej. Takie mięso, bez żadnych dodatków czy polepszaczy, możemy nosić przy sobie bez specjalnych zabezpieczeń przez wiele dni, nie martwiąc się o zepsucie. Byleby było suche. Ja trzymam je w lnianym woreczku w warunkach pokojowych. Dobrze wysuszone i przechowywane mięso możemy  spożywać bez obawy i po kilku latach.

środa, 15 czerwca 2016

7 dni w lesie - czerwiec


Drugie survivalowe szkolenie zaawansowane prowadzone na tych samych warunkach, co kwietniowe. Przed nami jeszcze dwa czerwcowe, również 7 dniowe szkolenia dla kobiet o nieco zmienionych zasadach. To dopiero będzie survival, 6 kobiet w lesie i ja sam. Muszę opracować dobrą taktykę by przetrwać :)

Sobotni, czerwcowy poranek, wszyscy docierają o czasie, niektórzy nawet przed :)  W grupie jest 5 śmiałków, 3 mężczyzn (jeden 17 latek) i 2 kobiety. Jak dotychczas poznałem tylko Damiana, reszta to fani i inni dziwni tacy :)
Jeszcze mały poczęstunek, ostatnia kawa, wspólne zdjęcie, sprawdzanie czy mamy wszystkie potrzeby rzeczy i w drogę. Pogoda i humory dopisują, i tak będzie cały czas. Po drodze do szałasu poznaję uczestników i opowiadam im o szkoleniu, o najbliższej okolicy i tym, co będziemy robić przez najbliższy tydzień. Docieramy do obozu, informuję, co gdzie jest, wspólnie ustalamy plan działania. Mówię im o oszczędzaniu energii, ale to nie pomaga, ich rozsadza chęć działania. Do czasu. Z poprzedniego szkolenia wiem, że po 2-3 dniach głodówki siły opadają.

Grupa ma ułatwione zadanie w porównaniu do poprzedników. Szałas już stał, oparł się silnym burzom, co świadczy o jego wytrzymałości. Postanawiamy przebudować nieco szałas. Robimy mniejsze wejście po przeciwnej stronie, by ograniczyć przeciągi i zadymienie w środku. Podwyższamy ściany szałasu i uszczelniamy. Każdy wybiera sobie miejsce do spania, a następnie znosi i robi nowe posłanie ze świeżych gałązek sosny i żarnowca. Niektórzy związali gałązki żarnowca na materac, dobre posuniecie. Oszczędność materiału i energii, gruby, ciepły i wygodny materac, gałązki nie rozsuwają się na boki. Łatwej przesuwać takie posłanie w nocy bliżej ogniska, gdy nam zimno lub odsunąć, gdy deszcz zmusza nas do wciśnięcia się pod osłonę szałasu. Nie raz widziałem jak mozolnie ktoś gromadzi materiał na posłanie, a rankiem budzi się na glebie. Nic nie zastąpi doświadczenia wyniesionego z nocy spędzonych przy ognisku bez śpiwora.
Chociaż minimalne temperatury nocne w czerwcu były wyższe nic kwietniowe, to i tak zimno podczas snu doskwierało, zwłaszcza jak się nie chciało dokładać do ogniska :) Do ogniska dokładał ten, komu zimno, czyli głównie Monika :) W kolejnych dniach uczestnicy dołożyli kolejne warstwy gałązek do posłania i wymościli je sianem, zrobiło się wręcz luksusowo. Szałas pięknie pachniał sianem o poranku, słońce nieśmiało zaglądało przez szczyty szałasu. W lesie nie było budzika, kawy a nawet piejącego koguta, za to byłem ja :) Pora wstawać, szkoda dnia.

Południe, słonko świeci pięknie. Rozpalamy ogień korzystając z butelek na wodę, mało wysiłku a frajdy dużo. W kolejnych dniach kursanci uskuteczniali łuk ogniowy, świder ręczny, soczewkę od samochodowego reflektora, krzesiwo tradycyjne oraz świder ogniowy na 3 osoby napędzany paskiem od moich spodni :) Z zebranego hubiaka spreparowaliśmy hubkę. Staraliśmy się wykorzystywać materiały z najbliższego otoczenia.

Jak co dzień trzeba było przed zmierzchem zgromadzić opał na całą noc. Nie było z tym problemu, mimo że nie mieliśmy siekierki ani piły. Najlepsze narzędzia jakie ma człowiek zawsze ze sobą to głowa i jego ręce. Lecz są wyjątki, ludzie bez głowy i dwie lewe ręce :) Nawet grube tyczki ulegały pod naciskiem 3 osób i dźwigni. Rozszczepianie grubych kłód to nie problem, są drewniane kliny i pobijaki. Ważną umiejętnością jest ocena na podstawie chmur na niebie oraz oznak w przyrodzie jaka będzie nadchodząca noc, ciepła czy zimna, bez opadów, bezwietrzna?  Na podstawie tego wiemy ile opału zgromadzić. Poza tym kursanci szybko dostrzegają różnice w kaloryczności poszczególnych gatunków drzew. Uczą się, jakie drewno warto zbierać do gotowania w kuchni, na oświetlenie mroków, do ogrzewania w nocy by spokojnie spać.

Nie nadarzyła się okazja by przetestować szałas pod względem silnych opadów, tylko jednej nocy nieco pokropiło. Myślę, że jeszcze nie raz będzie ku temu okazja na kolejnych szkoleniach. Deszcz to samo dobro, wyskakujemy z ubrań i mamy w lesie darmowy prysznic z nieba :)

Tak jak poprzednio filtrowaliśmy wodę z niewielkiego cieku. Ponieważ od wiosny zmniejszył się trochę przepływ to zrobiliśmy nowe ujęcie kilkadziesiąt metrów dalej w dół bajorka. Filtr wykonaliśmy z większej, 5 litrowej butelki z wypełnieniem drobnym żwirem i kamykami. Dodanie drugiego stopnia oczyszczania w postaci filtru węglowego jak na razie jest na etapie chęci :) Poprzedni filtr z 1,5 l butelki PET okazał się za mało wydajny, filtrowanie ilości wody jaka nam była potrzebna zajmowało za dużo czasu. Wędrówka po wodę i jej filtrowanie była połączona ze zbieraniem roślin do jedzenia. Czynności były w grupie podzielone, gdy jedni zajmowali się wodą pozostałe osoby robiły co innego dla dobra grupy.

Jedzenie, bez tego opada człek z sił i nie ma ochoty nawet na interesujące zajęcia. Zadbaliśmy razem z Katarzyną by nasi podopieczni byli ''na chodzie'' :)  Pierwsze trzy dni same rośliny, głownie liście, skromniej niż w kwietniu, bo nie było już korzeni. Wyjątkiem są tu kłącza pałki które razem z młodymi przyrostami nazrywaliśmy nad wodą.

Wyprawa nad wodę zajęła nam cały dzień, nikt jednak nie narzekał gdyż było warto. Po kilku upalnych dniach woda się nagrzała i z przyjemnością można było popływać. Wielka szkoda, że to tak daleko, bo pewnie częściej byśmy z tego korzystali.
Młode przyrosty jedliśmy na surowo wprost po wyciągnięciu z wody, taka przekąska na szybko. Do obozu zanieśliśmy całe wiaderko młodych przyrostów pałki, dodawaliśmy je do zupek. Pałka - blee :) Takie wspomnienia będą mieli niektórzy uczestnicy po tym szkoleniu. Monotonia w diecie bierze się z braku wiedzy, umiejętności, a czasem lenistwa. Po co się męczyć i zbierać rośliny, poczekam, za kilka dni szkolenie się skończy, wtedy będę jadł co tylko zechcę. Takie podejście daleko nas nie zaprowadzi. Zwykle jemy to, co jest, co uda się nam nazbierać. Nie ma marudzenia. Niekiedy trzeba się zmusić do jedzenia nawet gdy, po raz n-ty są to korzenie pałki i zbiera się nam na jej widok na wymioty. Jemy by mieć energie do działania, by myśleć i było nam ciepło. Powinniśmy przestawić myślenie z oczekiwania na tryb działania. Nasze szkolenie to nie tylko nauka rozpoznawania roślin, ale i ich przygotowania, tak by potrawy były energetyczne i zarazem smaczne.

Pałka wąskolistna miała już jadalne młode kolby i żółty pyłek. W innym miejscu, bliżej obozu na podmokłej łące pozyskaliśmy kłącza pałki, które po upieczeniu okazały się jeszcze całkiem smaczne. Miłym zaskoczeniem były dla nas pierwsze tegoroczne grzyby: purchawki, boczniaki, kanie, prawdziwki i żółciak siarkowy. Wszystkie grzyby, poza purchawką, znalezione jednego dnia podczas wyprawy nad wodę. Kanię ususzyliśmy i dodawaliśmy do zup, nie wszystkim smakował żółciak.

Z owoców zebraliśmy kilka kwaśnych jabłek i pierwsze poziomki. Uczestnicy szkolenia fermentowali liście maliny i jeżyny na herbatki. Poza tym smaczne napary robili z gałązek czeremchy, mięty, sosny, kwiatostanów bzu. Sama woda nie gasi tak dobrze pragnienia jak napary, choćby wrzucenie kilku świeżych listków mięty zebranej na łące. Do zupek dodawaliśmy szczaw, gwiazdnicę, pokrzywę, korzenie chrzanu, szyszkojagody jałowca.  Po dodaniu soli taka zupka okazywała się całkiem smacznym zapychaczem :)

W kwietniu kuchnia jak też większość warsztatów odbyła się w szałasie. Teraz na zewnątrz przed szałasem urządziliśmy miejsce ogniskowe na polową kuchnię i warsztaty. Szałas był tylko wykorzystywany w ciągu nocy. Z kilku pniaków sosnowych urządziliśmy siedziska. Z cegieł, betonowego pustaka i fragmentu ogrodzenia powstała stabilna i wygodna kuchnia polowa. Można było na niej gotować, piec i suszyć.

''Czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec.. '' :) Tak, wiem, każdy ten teks zna.  Ale nam kojarzy się jeszcze ze zbudowanym w obozowisku piecem. Do jego budowy wykorzystaliśmy znalezioną na śmietniku cegłę (powstała z niej podstawa pieca) oraz drzwiczki od kuchenki, które doskonale wpasowaliśmy do naszego glinianego pieca. Trochę giętkich gałązek, glina wyrobiona z pociętą trawą i wspólna praca. A później głaskanie, mizianie, pieszczenie.. :) Ozdobiony został jeszcze szyszkami sosny, myśleliśmy nad nazwą. Piec prezentował się wspaniale, byliśmy z niego dumni. Suszenie pieca odbyło się jeszcze tego samego dnia.

W nagrodę grupa dostała żywego królika, runął mit, że mięso jest z biedronki :)  Warsztaty z uboju, patroszenia i rozbioru tuszki królika. Z części mięska i roślin uczestnicy ugotowali sobie pożywny bulion, Kuba wraca do żywych :)  Pozostałą cześć mięsa zawinęliśmy w liście chrzanu i oblepiliśmy gliną. Po 2 godzinach oczekiwania odbyły się pierwsze grupowe próby smakowe :) Tak upieczone mięso w piecu okazało się wyborne w smaku. Pozostałe porcje mięsa upiekliśmy w ten sam sposób.
Kolejnego dnia daliśmy uczestnikom trochę mąki, z której upieki drożdżowe bułeczki. Piec nazwany został Gorąca babeczka :)

Tradycyjnie wypalaliśmy łyżki, Kuba zrobił nawet sporka :) Maciek z kolei z kory brzozowej wykonał piękny czerpak. Z traw i łodyg pałki techniką oplatania zrobiliśmy kilka mis. To łatwa, ale czasochłonna technika na wolne popołudnia.
Wycieczka do byłej kopalni piasku po poziomki nie do końca się udała, okazało się że jest jeszcze za wcześnie. Kolejnym celem było poszukanie krzemienia i nauka łupania. Z tym poszło o wiele lepiej. Poza tym w kopalni wśród śmieci znaleźliśmy reflektor i fragmenty  kineskopu. Wykorzystując proste tłuki kamienne obrabialiśmy szkło, każdy zrobił prymitywne ostrza.

Z tej samej gliny co piec próbowaliśmy lepić naczynia bez koła garncarskiego. Przy nie najlepszej jakości surowca okazało się to niełatwym zadaniem. Udało mi się zrobić jedną miseczkę, schnie.

Największym realnym zagrożeniem w lesie okazały się paradoksalnie najmniejsze stworzenia - kleszcze. Ja miałem 8, inni mniej, pomimo pryskania się rożnymi preparatami. Obowiązkowo każdy oglądał się dwa razy dziennie. Apteczka się przydała. Poza rozciętym palcem większych strat ani obrażeń nie odnotowano.

Co uczestnikowi daje takie szkolenie?  Przede wszystkim nauka nowych umiejętności, zdobywanie wiedzy i szlifowanie nabytych już wcześniej doświadczeń. Poznawanie siebie, przezwyciężanie własnych słabości i ograniczeń. Połączenie głodówki z warsztatami i wysiłkiem. Nauka działania w grupie. Poznanie, odpoczynek, relaks. Las weryfikuje nasz ekwipunek, umiejętności, psychikę. Nie pomogą nerwy, krzyk, kopanie butem w drzewo, walenie głową czy rzucanie kamieniami. Stań oko w oko z naturą. Jeśli jesteś słaby psychicznie to przegrasz. Chcesz przetrwać? To pomyśl. Minimum zabieranego ekwipunku skłania do większego wysiłku umysłowego i fizycznego. Poznajemy co rzeczywiście jest istotne, co warto zabrać ze sobą do lasu, bez czego trudno wytrzymać. Po 7 dniach w lesie może się okazać, że nic nie jest ważniejsze od kawy :)

Wspaniała grupa, pełna chęci do działania, kreatywna i roześmiana. Ucząc innych sam również na tym korzystam. Dziękuję.

Szkolenie nie jest łatwe, trzeba się zmierzyć z własnymi słabościami, głodem, osłabieniem, zimnem itd. Z grupy 5 uczestników trzeciego dnia zrezygnowała jedna uczestniczka, historia się powtarza. Mam wrażenie, że niektórzy nie do końca sami wiedzą, czego chcą. Pozostali bawili się znakomicie. Las tak chciał :)

Album ze zdjęciami oraz filmik:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.885394381588894.1073741849.784013345060332&type=3
https://www.facebook.com/arturbokla/videos/884694824992183/ 

czwartek, 9 czerwca 2016

Kuksa


Wczesną wiosną, gdy tylko śniegi stopniały poszedłem na bagna po upatrzoną wcześniej dużą czeczotę brzozową. Natknąłem się na nią przy zdzieraniu kory z martwych, przewróconych brzóz którą zbierałem na dziegieć i przekładki rękojeści noża.
Wróciłem kilka tygodni później z piłką, odciąłem i przytargałem w plecaku do domu. Odłożyłem w kąt, przeleżała jakiś czas gdyż nie miałem się czasu nią zająć. Ponieważ bałem się, że czeczota nadmiernie wyschnie namoczyłem ją na kilka dni w wiaderku z wodą. Podczas obróbki wyciągałem, a gdy nie miałem czasu to wędrowała z powrotem do wody. Okazało się to bardzo dobrym rozwiązaniem, ułatwiło mi obróbkę, drewno było miękkie. Drugą zaletą było pociemnienie drewna pod wpływem wody i garbników, co się pięknie uwidoczniło po szlifowaniu i olejowaniu.

Nad kuksą zeszło mi prawie 2 miesiące, nieraz odkładałem z braku czasu pracę na tydzień lub dwa. Wstępnie nadałem kształt siekierką, starając się zebrać jak najwięcej. Później nóż łyżkowy, a na koniec szlifowanie papierem ściernym i olejowanie. Dopieszczanie powierzchni dostarcza dużo satysfakcji :)  Po zaolejowaniu uwidoczniła się struktura drewna i wspaniały rysunek - przebarwienia, skręcenia włókien, wzory, sęki.

W przeciwieństwie do moich poprzednich kuks ta miała być większa i piękniejsza, i taka jest :)


Kuksa to tradycyjny, fiński drewniany kubek, ręcznie rzeźbiony z czeczoty brzozowej. Nie jeden tradycjonalista chciałby mieć ją w swoim obozowym sprzęcie i pić z niej poranną kawę, bo z takiego smakuje najlepiej :) Własnoręcznie wykonany sprzęt cieszy, wiąże się z nimi historię powstawania i użytkowania, nabiera patyny, wartości.

Cześć osób robi kuksy i stawia ja wystawce za szkłem bojąc się że im popęka podczas używania. Robimy kuksy by je używać, pić w nich kawę czy herbatę, to jest sprzęt użytkowy, w teren, a nie tylko do oglądania. A nawet jeśli popęka, to będzie okazja do zrobienia nowej kuksy, być może ładniejszej :)

O kuksę, by nam długo posłużyła, trzeba odpowiednio dbać. Na koniec jeszcze jak wygląda tradycyjne przygotowanie kuksy :)

1. Napełnij kuksę w 1/4 koniakiem. 

2. Mieszaj zgodnie z ruchem wskazówek zegara, tak by zwilżyć całą wewnętrzna powierzchnię bez wylewania cennego płynu przez krawędź naczynia.
3. Wypij koniak.
4. Ponownie napełnij kuksę do 1/4 objętości koniakiem.
5. Zamieszaj, ale w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara.
6. Wypij koniak.
7. Zaparz kawę dwa razy mocniejszą niż pijasz (nie używaj rozpuszczalnej).
8. Nie myjąc kuksy po koniaku, napełnij go mocną kawą.
9. Nie pij kawy. Pozostaw kawę w kuksie w bezpiecznym, ciepłym miejscu na przynajmniej 24 godziny.
10. Idź, wypij jeszcze szklaneczkę koniaku i rozluźnij się :)
11. Po upływie 24 godzin (i ze słabym kacem po wypitym wczoraj koniaku) idź i odszukaj kuksę pełną zimnej kawy.
12. Wylej kawę.
13. Przepłucz kuksę ciepłą wodą i osusz ręcznikiem papierowym.
14. Twoja kuksa jest gotowa do używania. Im więcej jej będziesz używał, tym bardziej będzie stawała się tradycyjna.

Dbanie o kuksę w trakcie używania:
- nie używaj do jej czyszczenia płynów do mycia naczyń!
- zwyczajnie przepłucz ją ciepłą wodą
- nie pij z kuksy mleka!
- zakładając, że kuksa zwykle jest używana do picia kawy lub herbaty, dobrze jest napić się z niej mocnego koniaku raz na na tydzień ;)

piątek, 3 czerwca 2016

Łuk ogniowy z materiałów w 100 % zebranych w lesie, naturalnych.



Powrót do korzeni, dosłownie. Korzeń w roli głównej.

Łukiem ogniowym zacząłem się bawić już bardzo dawno temu, ale nie wiem dlaczego do tej pory nie wykorzystałem jako linki do łuku korzeni roślin.
Próbowałem już różnych innych surowców naturalnych - włókien, łyka, łodyg, jelit, rzemienia itp. które wymagały mniej lub więcej czasu na przygotowanie. Przyznaję się, poszedłem na skróty, na pokazach i szkoleniach używałem skórzanego rzemienia lub nowoczesnych linek z tworzyw sztucznych o dużej wytrzymałości. Nawet gdy bawiłem się w survival i przyszło mi rozpalać łukiem ogniowym to zawsze w terenie udawało mi się znaleźć wśród śmieci kawałek linki. Nie czułem się jednak z tym dobrze, pozostawałem zależny od zdobyczy cywilizacji, bazowałem nie na surowcach naturalnych znalezionych w lesie a na tym co miałem przy sobie lub pozostawili inni ludzie. Doszedłem do wniosku, że pełną satysfakcję da mi łuk ogniowy wykonany w 100 % z materiałów naturalnych pozyskanych w lesie. Ostatnim elementem była linka, wytrzymała i jednocześnie elastyczna.


























O wytrzymałości korzeni przekonałem się przy wyciąganiu ich z piaszczystego podłoża gdy potrzebowałem ich do wyplatania koszyków. Wybór padł na najbardziej dostępny i pospolity materiał - sosnę. Świder i podstawkę zrobiłem z uschniętego wierzchołka niewielkiej sosny, docisk ze świeżej gałązki dębowej. Linkę wykonałem z korzenia sosny. Wykonanie całości zestawu zajęło mi ok. 30 minut, wraz z szukaniem materiałów, bez biegania.
Przy pierwszej próbie linka z korzenia okazała się zbyt cienka, pękła przy zaczernianiu gniazda. W drugiej próbie założyłem grubszy korzeń na łuk i bez problemu uzyskałem żar po kilku sekundach tarcia.

W łuku ogniowym wykorzystałem do tej pory tylko korzeń sosny, ale zamierzam wypróbować również korzenie innych gatunków roślin.  Linka z korzenia sosny szybko ulega zniszczeniu, to rozwiązanie na jedną próbę, jednak w większości przypadków nie potrzeba więcej. Korzenie sosny są bardzo zawodne i nie możemy na nich w pełni polegać, to technika awaryjna, gdy nie mamy przy sobie lepszych materiałów na linkę.
Gdy korzeń sosny ulegnie zniszczeniu, to żaden problem, przygotowanie nowego materiału jest banalnienie proste. Wystarczy wyciągnąć korzenie z podłoża i je oczyścić.
Taki właśnie zestaw, wykonany tylko  z materiałów pozyskanych w lesie, naturalnych, których przygotowanie zajmuje mało czasu i energii będziemy testować na szkoleniu 7 dni w lesie, który rozpoczyna się już w najbliższą sobotę.




środa, 1 czerwca 2016

Racuchy z rdestowcem

 Kolejny sposób na chwasta :) Rdestowiec ostrokończysty  (Reynoutria japonica), rdestowiec sachaliński (Reynoutria sachalinensis) oraz ich mieszańce są gatunkami bardzo ekspansywnymi niepożądanymi we florze Polskiej, uciekinierzy z parków i ogrodów. Okazała roślina, które rośnie u nas dziko na śmietnikach, nasypach kolejowych, nadrzecznych zaroślach, przydrożach. Roślina lecznicza, z uwagi na wysoką zawartość substancji czynnych polecana jako środek zapobiegający rakowi, opóźniający starzenie, hamujący rozwój bakterii i grzybów. Roślina jadalna na surowo, również gotowana, smażona, pieczona, marynowana. Rdestowiec pojawił się stosunkowo niedawno u nas i nie mamy takich tradycji kulinarnych jak w Japonii czy Chinach.


Jadalne są młode pędy nadziemne rdestowca o przyjemnym, kwaśnym smaku podobnym do rabarbaru, niekiedy przez to jest nazywany dzikim rabarbarem. Podobne też go stosujemy do: zup, frytek, sałatek, koktajli, ciast, dżemów itd.

Racuchy z rdestowcem
Młode pędy rdestowca drobno siekamy.  Z większych wcześniej ściągamy skórkę. Z mąki, mleka, jajka, cukru i odrobiny soli robimy bardzo gęste ciasto naleśnikowe. Dodajemy do niego posiekany rdestowiec, mieszamy. Smażymy tak jak klasyczne racuchy na głębokim oleju. Bardzo smaczne, smakują jak racuchy z kwaśnym jabłkiem.