środa, 12 grudnia 2012

Kawa z żołędzi

Rzadko, ale czasami można na ekranach naszych telewizorów obejrzeć ciekawą i wartościową produkcję, kto oglądał spektakl Stanisława Tyma "Rozmowy przy wycinaniu lasu", wie o czym mówię. Doskonale napisana, mądra i filozoficzna sztuka przy oglądaniu której nieźle można się uśmiać, świetna obsada i gra aktorów, co najważniejsze dla nas, akcja toczy się w lesie, na polanie przy ognisku drwale parzą kawę z żołędzi.

Mało kto pamięta, ale były takie czasy, że z żołędzi robiono namiastkę kawy, jeszcze mniej osób zna smak takiej kawy lub potrafi ją zrobić. Teraz takie czasy, że wszystko kupujemy a nie robimy sami, tłumacząc to brakiem czasu, potrzebnego sprzętu, surowców (?), że ze sklepu to lepiej smakuje, zrobić tylko dla siebie to się nie opłaca, kupowane pewniejsze, wyszukujemy tysiąc innych powodów. Ale w supermarkecie nie kupimy, w sklepach ze zdrową żywnością może dostaniemy kawę z domieszkami, jeśli chcemy spróbować jak smakuje kawa z żołędzi to musimy zrobić sami, nie jest to wcale trudne.

Dąb (Quercus sp.), to drzewo bardzo pospolite i każdy wie jak żołędzie wyglądają, ze zbiorem nie powinniśmy mieć problemu. Najszybciej nazbieramy żołędzi jesienią, zanim dziki się do nich dobiorą, w zimie gdy śnieg i mróz, szukam w miejscach zbuchtowanych przez dziki. Nawet na wiosnę rozgrzebując liście pod drzewem znajdziemy żołędzie, nie potrzebujemy ich dużo, na spróbowanie kilka wystarczy, jak nam posmakuje taka kawa możemy zrobić więcej. Nadają się do tego żołędzie dębu szypułkowego i dębu bezszypułkowego, wartość użytkowa obu tych gatunków jest jednakowa.

Pierwsze, opadłe na początku jesieni zazwyczaj są robaczywe, ja na zbiór wybieram się trochę później, wybieram tylko zdrowe, twarde, nie zjedzone przez robaki. Biorę pojedyncze żołędzie w palce i próbuję zgnieść, jak są miękkie to prawdopodobnie robaki wyjadły wnętrze, odrzucam. Twarde z reguły są zdrowe i nadają się do przerobienia na kawę.

Nożem obieram z łupiny i rozłupuję na połówki, następnie suszę na słonku. Jeżeli robię kawę w terenie to cały proces przyspieszam, świeże żołędzie suszę przy ognisku na rozgrzanych kamieniach, w menażce, kubku, patelni lub glinianym talerzu. Żołędzie zrobią się lekkie, trzeba dokładnie wysuszyć gdyż inaczej trudno będzie nam je zmielić, zamiast proszku otrzymamy pastę.

Kolejny etap to prażenie (upalenie), żołędzie pod wpływem wysokiej temperatury zrobią się twarde, nabiorą odpowiedniego aromatu i koloru. Można wykorzystać do tego rozgrzany płaski kamień, naczynie metalowe lub gliniane, kawałek blachy czy żeliwną płytę pieca. Mieszamy często i dokładnie by wszystkie żołędzie równo się uprażyły. Temperatura nie może być zbyt wysoka, żołędzie na powierzchni będą się zwęglać a w środku pozostaną jasne. Właściwe uprażone żołędzie mają jednakowa barwę w całym przekroju - trzeba przełamać kawałek i sprawdzić, kolor powinien być od jasno- do ciemnobrązowego.
Tutaj przydaje się doświadczenie kiedy mamy zakończyć prażenie. Jeśli za mało upalimy to kawa będzie jasna, gorzka bez aromatu podobnego do prawdziwej kawy. Jeżeli za bardzo przypalimy to jeszcze gorzej, kawa będzie czarna, ohydna w smaku, taki napój ze sproszkowanego węgla drzewnego.

Uprażone żołędzie musimy drobno mielić, tak by z wyglądu przypominało naturalną kawę. W warunkach polowych można żołędzie zetrzeć na drobno na kamieniach, rozgniatać drewnianym tłuczkiem czy siekierą, w domu przydaje się młynek, elektryczny lub ręczny.

W lesie przygotowuję jednorazową porcję, w domu robię co roku większy zapas, tak by starczyło do następnego sezonu, przechowuję w szczelnym szklanym słoiku.

Dalej postępujemy jak ze zwykłą kawą, zalewamy wrzątkiem. Kawa z żołędzi jest słabsza więc sypię dwa razy więcej niż kawy prawdziwej. Na smak kawy z żołędzi ma wpływ to jak bardzo ją upalimy, ile wsypiemy, czas parzenia i dodatki. W zależności od tego, smak kawy może znacznie się różnić, sztuką jest odpowiednie jej przygotowanie, podobnie jak kawy naturalnej, tak by ona smakowała.

Nie piję na co dzień kawy prawdziwej, sporadycznie tylko, za to lubię kawę z żołędzi, taką najbardziej tradycyjną, bez dodatków. Właściwie zrobiona kawa z żołędzi dębu pachnie, smakuje i wygląda jak naturalna kawa, przynajmniej do mnie. Nie zawiera co prawda kofeiny ale w lesie nie jest to potrzebne, stymulatorów zmysłów aż za wiele. Ja kawę z żołędzi zwykle słodzę, bardzo mi smakuje razem z podpłomykami na słodko. Można do kawy z żołędzi dodać też przyprawy korzenne polepszające jej smak np. goździki, imbir, cynamon, et cetera i osłodzić miodem, pyszna i bardzo aromatyczna.

Kiedyś w lesie zrobiłem sobie kawę z żołędzi, tak na szybko by było czym tosty przypieczone przy ognisku popić. Niezbyt starannie zmieliłem na kamieniach uprażone żołędzie i trafiło się też kilka większych kawałków, zalałem wszystko wrzątkiem. Kawa była smaczna, wypiłem, zjadłem też te większe kawałki żołędzi, smakowały jak orzechy.




16 komentarzy:

  1. Dziękuję. Potrzebuję takich obrazowych instrukcji, łatwiej zrozumieć i zapamiętać. Wyrzucam sobie zaniedbanie. Mogłam nazbierać. Nasz dąb padł, ale jest ich tu dosyć. Uważasz, że gdy nieco odmarznie mogę jeszcze nazbierać i ususzyć? A co z ługowaniem? Zniechęcał mnie ten lipowy popiół. Zaparzasz wrzątkiem, czy jeszcze chwilę gotujesz? Fusy kawy prawdziwej grubo mielonej się wyrzuca, a mielone żołędzie można zjeść? Zależy mi by odnaleźć w lesie to czym raczę się wracając z zakupów w tutejszych sklepach. Spod śniegu wygrzebię i spróbuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny masz piecyk ; )
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wilson kolejny dobry tekst. Ja jeszcze raz sobie wszystko i dopiero wrzucę na bloga wpis. Kilka rzeczy się nowych dowiedziałem :) Pozdrawiam.
    Annael, ostatnio robiłem kawę z żołędzi i mi się udało. Ja wrzucę na bloga pod koniec grudnia, zdjęcia już mam na picasie, ale jeszcze dołożę trochę, żeby było dokładnie. Możesz takie zbierać. Z ługowaniem tak samo. Ługu nie musisz gotować, ale można. Kawę zaparzasz i tyle, można przefiltrować napój. Mielone żołędzie można jeść, do podpłomyków dodaję jak mam. Próbuj.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie dziękować, nie lukrować, tylko do lasu po zołędzie :)
    W zimie też można nazbierać choć jest rudniej ze względu na mróz, śnieg i zwierzynę, która wyjada żołędzie. Trzeba poszukać w miejscu gdzie na jesieni widzieliśmy żołedzie, pod drzewem przeszukując liście, kilka na pewno znajdziemy, dziki wszystkiego nie wywęszą.
    Nie ma konieczności ługowania żołędzi na kawę, ja tego nie robię i kiedyś na początku się tego nie robiło, to bardziej współczesna modyfikacja, podobnie zresztą jak i dodatki. Przepis, który podałem jest sprawdzony wiele razy, stary i oryginalny :)
    Kawę zalewam wrzątkiem, nie gotuję.Żołędzie pozostałe po parzeniu kawy można zjeść, najlepiej dodać do zwykłej mąki i zrobić podpłomyki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Otóż to Wilson. Ja to opisałem, ale jeszcze tekstu nie wrzucę na bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Poszłam, wszędzie ślady dzików. Liście są nieco zmarznięte. Śniegu mało, już właściwie stopniał. Uzbierałam garść, bo tak jakoś bez naczynia poszłam... Postąpiłam zgodnie z instrukcją, ususzyłam w rondelku włożonym do pieca kaflowego po wypaleniu drewna. Zmieliłam w elektrycznym młynku do kawy na proszek. Zaparzyłam jedną łyżeczkę, bo tak zazwyczaj parzę kawę ( rozpuszczalną)Jak przystało badaczowi, powąchałam, połknełam łyk, da się, lekko szczypie jakby z imbirem, pachnie rzeczywiście jakoś orzechowo. Koloru kawy kapuczino Posłodziłam, wypiłam jak się pije zawiesinę rozpuszczoną w wodzie. Dobre ale dla mnie lepsze byłoby z miodem. W lesie trudno o miód jeśli się nie jest pszczelarzem. Na takiej stronce: http://www.rozanski.ch/fitoterapia1.htm jest o dębie, Autor pisze min."Kawa żołędziowa słodka: 1 łyżkę kawy żołędziowej (można dodać 1 łyżeczkę kawy prawdziwej) zalać 1 szkl. wody, gotować 3 minuty, odstawić na 10 minut; przecedzić; osłodzić miodem, dolać mleka lub śmietanki. Pić przy przeziębieniu, chorobach zakaźnych, nieżytach układu oddechowego, kaszlu i osłabieniu."
    Też nie dodawałabym innych dodatków może poza kawą albo prawdziwą albo zbożową lub jak u Różańskiego - orzeszków buczyny, ale u mnie ich nie ma. Może z jakichś korzeni robi się coś kawopodobnego?

    OdpowiedzUsuń
  7. Annael, kawę można jeszcze robić z korzenia cykorii podróżnika, korzenia mniszka lekarskiego i z nasion kosaćca żółtego. Jeszcze coś na pewno by się znalazło, trzeba dłużej pomyśleć. Niedługo wpis odnośnie kawy z żołędzi pojawi się u mnie na blogu :)

    OdpowiedzUsuń
  8. soohy pozwól że to ja sam będę odpowiadał na pytania skierowane do mnie ?

    Annael, kawę można z bardzo wielu roślin zrobić, na tej samnej zasadzie co z żołędzi. Korzenie jest trudniej zetrzeć na kamieniach bo są włókniste i miękkie, przy młynku elektrycznym nie ma to jednak znaczenia. Namiastaka to namiastka i nie ma się co czarować, kawa z żołędzi nigdy nie dorówna prawdziwej kawie.
    Substytuty kawy można mieszać z kawą prawdziwą zwiększając tym samym jej ilość.

    OdpowiedzUsuń
  9. A nie pozbywasz się taniny z żołędzi? Nike zauważyłem tego w opisie, a to najbardziej upierdliwa część obróbki żołędzi.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie, mi tanina smakuje :)
    Nie wiem w jakim celu miałbym się pozbywać taniny, z herbaty nikt jej nie wypłukuje ?

    OdpowiedzUsuń
  11. No ale żołędzie przez to są gorzkie. No i niesmaczne ;) W literaturze podaje się informację, że przyjęcie zbyt dużej ilości taniny prowadzi na ogół do bólu głowy i zaparć. Spytałem, bo zainteresowało mnie to, że nie pozbywasz się taniny. We wszystkich mi znanych podręcznikach "dzikiej kuchni" (np. Łuczaja, Jaśkiewicza). Żołędzie były taninowane przez wszystkie znane mi ludy pierwotne, które wypracowały różne techniki pozbywania się tej substancji. Jesteś pierwszą znaną mi osobą, która wcina żołędzie z taniną ;) Ale jeśli Ci smakuje, to spoko ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jednorazowa porcja kawy powstaje z ok. 4-5 żołędzi, ilość garbników w tym jest niewielka, nie trzeba pozbywać się z nich taniny. Teraz jeśli chciałbym zrobić podpłomyki z mąki z żołędzi i zjeść, to ilość żołędzi jest od kilkudziesięciu do kilkuset razy większa. Zatem dawka taniny wchłonięta przez organizm będzie również proporcjonalnie większa, z pewnością inaczej to na nas wpłynie. Działanie każdej substancji zależy min. od wielkości pochłonietej dawki, nie ma co porównywać działania kawy wypijanej w małej ilości do żołędzi zjadanych jako danie główne w dużo większej ilości. Gdybym chciał jeść żółędzie to bym pozbył się taniny, tak jak to jest opisane w wymienionych książkach. Prażone żółędzie zmieniają smak, nie są gorzkie. Po zjedzeniu nawet na surowo kilku żołędzi nic nam się nie stanie, sam jadłem, zresztą w książce Łuczaja jest dokładnie to samo napisane.
    Samo czytanie książek, nawet tych najmądrzejszych, niewiele czasami daje, najważniejsza jest praktyka. Problemy ze zrozumieniem tego co w książkach znikają po zrobieniu własnej kawy z żołędzi. Polecam spróbować.

    OdpowiedzUsuń
  13. Jeśli używasz kilku żołędzi do zrobienia kawy, to ok. Ale nie wyobrażam sobie większej spożywczej ilości, bo to byłoby po prostu niejadliwe ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. O ile się nie mylę to już sam proces prażenia żołędzi usuwa z nich taninę , poprzez jej rozkłąd. No ale mogę się mylić .

    OdpowiedzUsuń
  15. Próbował ktoś może robić kawę z żołędzi dębu czerwonego? Mam dostęp do takowych ponieważ rosną na działce i chodzi się po żołędziach tego gatunku dębu jak po dywanie...

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie ale jest to gatunek zbliżony właściwościami do naszych rodzimych gatunków, dębu szypułkowego i bezszypułkowego. Indianie Ameryki północnej użytkowali żołędzie dębu czerwonego w ten sam sposób co my nasze gatunki. Nic nie stoi więc na przeszkodzie by zrobić kawę z żołędzi dębu czerwonego.

    OdpowiedzUsuń