środa, 9 października 2019

200 km spływ Wisłą



W ostatni weekend września spłynąłem packraftem Wisłą z Opatowca, od miejsca ujścia Dunajca do Wisły, do promu Nasiłów - Bochotnica (kilka kilometrów za Kazimierzem Dolnym). W sumie przepłynąłem nieco ponad 200 km. Odcinek jak i dystans był dopasowany do moich możliwości urlopowych. Za rok może popłynę dalej, np. Kazimierz- Warszawa, zobaczymy?
Czekałem na dogodny termin spływu, na jesień i niski poziom wód w rzece. Wszystko się udało poza jednym, nie sadziłem, że aby pokonać planowaną trasę będę musiał aż tyle wiosłować. Wcześniej dla treningu spłynąłem mniejszą rzeką, lecz o szybszym nurcie. Wisła jest jednak bardzo leniwa, albo ja za szybki :)


Zdecydowałem się na packraft gdyż jest lekki, mały, wytrzymały, da się spakować do plecaka, zacząć i skończyć spływ w miejscu, w które zdołamy dojść. Zapewnia to samowystarczalność i swobodę w podróżowaniu. Nie jesteśmy skrępowani wypożyczalniami, załatwianiem transportów, terminami itd. Masa mojego packrafta wraz z workiem do pompowania, siedziskiem i wiosłami to niecałe  4,5 kg.


Nic mniejszego i lżejszego nie znalazłem. Nie biorę pod uwagę dmuchanych materacy czy opon od ciągnika, na których zapewne spływ by nabrał bardziej survivalowego charakteru. Małe to, ale pływać się da. Komfort jest tu zdecydowanie gorszy niż w kajakach czy większych dmuchańcach. Tylko też zamysł packtaftu jest inny. Na pierwszym zdjęciu perspektywa jest myląca, gdyż ponton jest zdecydowanie mniejszy niż to wygląda. Przy moim wzroście 180 cm najwygodniej płynęło mi się z nogami wyprostowanymi założonymi na przód packrafta.



Można powiedzieć, że płynąłem leżąc. Jeśli chciałem schować nogi do środka to musiałem je podkurczyć a stopy wsuwać pod worki. W tej pozycji gorzej mi się wiosłowało. Bagaże miałem spakowane w trzy worki, jeden większy, jeden mniejszy i mały na podręczne rzeczy. Co do wytrzymałości packrafta złego słowa powiedzieć. Zaliczyłem kilka otarć o ukryte pod powierzchnią wody konary i głazy - żadnych widocznych uszkodzeń. Na wodzie, zwłaszcza przy powolnym nurcie, packraft ''myszkuje'', kręci ''bączki'', jest też podatny na powiewy wiatru. Odczułem to bardzo trzeciego dnia spływu, kiedy wiatr był tak silny, że aby przesuwać się do przodu musiałem mocno wiosłować. Gdy tylko na chwilę przestałem wiatr mnie cofał. To był bardzo ciężki dzień. Najgroźniejsze były jednak powstające przy takim wietrze fale. Kołysały tak mocno packraftem, że groziło to wywrotką. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Warto zapamiętać, najgorszy jest wiatr ;) 

Płynąc w wietrzne dni chowałem się za wysokim brzegiem i drzewami za stroną zawietrzną. Cały czas trzeba było też zachować czujność i wypatrywać zagrożeń na wodzie. Ukryte pod powierzchnią przeszkody, kłody, kamienie, ostrogi, progi, wiry, przykosy.



Wpływ na zachowanie się packrafta na wodzie ma waga obciążenia i sposób, w jaki go rozmieścimy. Jeszcze jedna fajna zaleta dmuchańca, w nocy mamy komfortowe łóżko.


Plan przewidywał, że spływ zajmie maksymalnie 9 dni (w tym 2 dni rezerwy), czyli płynę przez 7 dni średnio niecałe 30 km/dzień. Wydawało mi się to bardzo mało, ale nie miałem wcześniejszego rozeznania jak szybko się płynie packraftem po Wiśle przy niskim stanie wód.


Dystanse, jakie pokonywałem wahały się od 40-10 km/dzień. Pierwsze dni płynąłem najszybciej, po minięciu Sandomierza płynąłem z każdym dniem coraz wolniej wykorzystując pozostały czas na inne przyjemności. Wychodziłem częściej na brzeg i zwiedzałem okolice, odpoczywałem no i oczywiście bushcrafciłem.

 
Zbierałem muszle na groty, łupałem krzemień i piaskowiec kwarcytowy, przywiozłem spory fragment czarnego dębu na rękojeści.
Kontemplacja ciszy, przyrody i podziwianie cudownych widoków. Zaglądałem w znane mi już miejsca i odkrywałem nowe. Po drodze bliżej Kazimierza prowadziłem rozpoznanie miejscówek do kilkudniowego biwakowania.



Całe jedzenie na 9 dni zabrałem ze sobą. Na moją dietę składały się: worek sucharów przygotowanych z razowego chleba, połeć wędzonej słoniny, suszone mięso, pemikan, cebula, kasza kukurydziana, ryż, kawa, herbata, kilka gotowych zup z makaronem oraz sosy.



Uzupełniałem to dzikimi roślinami jadalnymi i grzybami. Do zup dorzucałem pokrzywy, tasznika, podagrycznika, korzeni wiesiołka.

 
Płynąc kilka razy dostrzegłem na brzegu kwitnący topinambur. Zatrzymywałem  się i kopałem bulwy na kolację. Na deser jadłem owoce głogu, dzikiej róży, tarniny i jabłka. Piłem herbatki z dzikiej mięty i chmielu. Na zbieranie grzybów też zmalałem czas. Wodę filtrowałem z Wisły.
  
Codziennie brałem kąpiel, nawet, gdy było zimno. Jedna noc trafiła mi się chłodniejsza. Często poranki były bardzo mgliste z dużą rosą. W cieplejsze dni wygrzewałem się  w ciepłych promieniach słońca jak jaszczurka :) Nad brzegiem Wisły mijałem mnóstwo wędkarzy. Na samej zaś wodzie już pusto, tylko raz minęła mnie grupa kajakarzy.

Wisła to ostoja dzikiej zwierzyny, co miałem nie raz okazję zaobserwować. Trafiłem na czas gromadzenia się ptaków przed odlotem. Czaple, bociany, kormorany, żurawie itd., raj dla ornitologa.



Innej zwierzyny również nie brakuje. Otoczenie Wisły stwarza sprzyjające warunki do zachowania wielu rzadkich roślin jak też korytarz ułatwiający migrację gatunków. Miło było stwierdzić powiększenie się stanowiska orzecha kotewki wodnej w znanym mi starorzeczu. Na jednej z piaszczystych łach znalazłem zaś kilka krzaków pomidorów :)

Wisła to znakomite miejsce do odpoczynku. Rytm rzeki powoduje, że człowiek zwalnia i uspokaja się. To pewnie, dlatego tak długo zeszło mi z opisaniem wrażeń ze spływu ;)




3 komentarze:

  1. Oj to przywołałeś wspomnienia.
    Małopolski Przełom Wsiły przy niskim stanie wody jest przepiękny,piaszczyste łachy,wyspy na których można zapomnieć gdzie się jest.
    Tylko to wszechobecne Narodowe Dziedzictwo Kulturowe deponujące się wszędzie tam gdzie woda dociera.
    Ja też wracam na rzekę, teraz od Kazimierza w dół.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  2. Nic tylko pozazdrościć i gratulować!

    OdpowiedzUsuń