sobota, 4 stycznia 2014

Gwóźdź i granitowa kostka - miejski zestaw do krzesania iskier


Znalazłem w Biesach, pobawiłem się, stwierdziłem że fajny, więc przytargałem do domu. Taka pamiątka z wyjazdu. Nazwałem go ''zestawem miejskim'', gdyż jego elementy są dostępne w warunkach miejskich. Krzesiwem jest stolarski 22,5 cm długości gwóźdź, krzesak to granitowa kostka brukowa. Na filmie użyłem hubki z hubiaka preparowanej w popiele bukowym i krzemiennego wióra do jej mechacenia, ale równie dobrze można wykorzystać zwęgloną bawełnę.
Nie każdym gwoździem da się w ten sposób krzesać iskry. Producenci oferują duży wybór gwoździ wykonanych z różnej stali.

Zestaw ''miejski'' bazuje na technice krzesiwa iglicowego. Iskry krzeszemy w identyczny sposób.
Ma on jedną wadę, nie nadaje się zbytnio do noszenia, jest ciężki. Ma za to dodatkowe walory, głównie obronne:)





czwartek, 2 stycznia 2014

Krzesiwo iglicowe - problemy rekonstrukcyjne

O krzesiwach tradycyjnych powstało mnóstwo różnych opracowań, opasłe tomy, miliony linków odsyłających, ale gdybyśmy chcieli się dowiedzieć czegoś więcej na temat krzesiw iglicowych, które
to są jednym z typów krzesiwa tradycyjnego to, zarówno w dostępnej literaturze jak i materiałach zamieszczonych  na stronach internetowych informacje są co najmniej niewystarczające. Skłoniło mnie do własnych eksperymentów w tym temacie  i w efekcie powstania niniejszego wpisu.

Trochę historii dotyczącej stosowania krzesiw iglicowych. Jest to mało znana i rozpowszechniona metoda uzyskiwania ognia. Krzesiwa iglicowe używane były na dość ograniczonym terenie, głównie krajów skandynawskich - Norwegii, Szwecji, Finlandii, Danii oraz Estonii i Niemiec. Na terenie Polski znaleziska krzesiw iglicowych datowane na I wiek p.n.e.- II wieku n.e., związane są z wczesnym okresem wpływów rzymskich, między innymi kulturą wielbarską i przeworską. Na terenie Skandynawii użytkowanie krzesiw iglicowych trwało dłużej bo aż do VIII wieku n.e. Krzesiwo iglicowe prawdopodobnie było jednym z pierwszych typów krzesiw jakim człowiek krzesał iskry na naszych ziemiach, w okresie późniejszym zostało wyparte przez krzesiwa sztabkowe.

Pierwszy raz z krzesiwem iglicowym zetknąłem się przeszukując zagraniczne fora o tematyce bushcraftowej, w dziale o krzesiwach tradycyjnych trwała dyskusja o rodzajach stali, z których powstają. Wszyscy jak mantrę, do znudzenia, powtarzali, że stal musi być wysokowęglowa i wysoko hartowana, ale jeden z użytkowników portalu podważył ten pogląd. Iskry można skrzesać również słabszej jakości stalą, o mniejszej zawartości węgla i nisko hartowaną, podał przykład zaczerpnięty z historii. Wtedy nie zgłębiałem sensu tych rozważań, ale wydało mi się to bardzo interesujące.

Na tegorocznych Dymarkach Świętokrzyskich temat krzesiw iglicowych powrócił, okazało się, że nikt w Polsce w zasadzie tym tematem się nie zajmuje. Czas i obszar prezentowany na Dymarkach jak najbardziej temu odpowiadają, więc pomyślałem, że spróbuję coś w tym kierunku zrobić, tak by za rok pokazy ogniowe obejmowały również krzesiwo iglicowe.

Przez kilka miesięcy gromadziłem szczegółowe informacje, poza wcześniej wspomnianymi z forum miałem zdjęcia z muzeów oraz skany książek z ikonografią znalezisk krzesiw iglicowych z terenów Danii i Polski.
Podczas jednego z jesiennych rowerowych wypadów na piaszczystej drodze przy lesie znalazłem ładny otoczak, który z wyglądu bardzo przypominał mi ten ze zdjęcia z muzeum. Gdy wróciłem do domu chciałem jak najszybciej sprawdzić właściwości tego kamienia, poszperałem w rupieciach i znalazłem stary pilnik, iglak z drewnianą rączką - w zasadzie gotowe krzesiwo iglicowe. Pierwsze próby były udane i bardzo optymistyczne, hubka łapała iskry i nie widziałem problemów by wykonać zestaw do krzesania o bardziej historycznym wyglądzie. Sprawdziłem jeszcze przy okazji 22,5 cm stolarski gwóźdź, bez oprawy, chciałem przekonać się o prawdziwości teorii, czy aby na pewno iskry można skrzesać tylko jakąś super stalą.
Gwóźdź był wykonany z dosyć miękkiej (w porównaniu do pilnika) stali a mimo tego uzyskałem wystarczająco dużo iskier, od których  zaczęła się żarzyć hubka. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, co do wcześniejszych przypuszczeń.

Przyszedł czas na wykonanie czegoś optycznie bardziej przypominającego krzesiwa ze zdjęć. Co prawda zdarzają się znaleziska krzesiw iglicowych bez oprawy lub w oprawie rogowej, ale większość występuje z rękojeścią drewnianą i takie postanowiłem wykonać. Doszedłem do wniosku, że dobrym materiałem na rękojeści będzie jesion, twardy, wytrzymały a poza tym, co ważniejsze ma wewnętrzny miękki rdzeń, dzięki czemu łatwiej będzie osadzić stalowy bit. Nic prostszego, wybrałem się do lasu i przytargałem materiał na kilka rękojeści. Ze zdjęć wynikało, że rękojeści były strugane ręcznie nożem lub kształtowana przy użyciu prymitywnych tokarek do obróbki drewna. Ja wybrałem tą pierwszą metodę, taki surowy, prymitywny wygląd jakoś bardziej mi  odpowiadał. W sumie wykonałem trzy rękojeści jesionowe i jedną dębową zdobioną motywem, o różnym kształcie, z tym poszło mi łatwo.

Ogólny zarys jak to ma wyglądać metalowa część krzesiwa miałem, jednak znacznie gorzej było z jej wykonaniem. Wszystkie krzesiwa powstały ze stali wysokowęglowej z przekutych pilników, w domowych warunkach, na gorąco, podgrzewałem i tłukłem młotkiem do uzyskania pożądanego kształtu. Pilnik iglak, którym robiłem pierwsze próby skróciłem i przekułem, koniec bita wchodzący w drewnianą rękojeść podgrzałem i wcisnąłem w miękki rdzeń wypalając otwór, tak by dokładnie pasował przy osadzaniu. Następnie bit selektywnie zahartowałem i wbiłem w drewnianą rękojeść. Cieszyłem się, bo wyglądało wszystko ładnie, ale radość trwała krótko. Zanim choć raz uderzyłem o kwarcyt już stalowy bit był złamany. Okazało się, że przesadziłem z hartowaniem. Kolejny raz zahartowałem już tylko 1 cm pracującej końcówki, w płaskim naczynku z wodą. Po osadzeniu stalowej części krzesiwa i pierwszych testach wyszło, że działa dużo gorzej niż pilnik przed jego przerobieniem. Musiałem mocniej uderzać o otoczak a i tak iskier było niewiele, małe i o niższej temperaturze, bardziej czerwone a nie jak wcześniej jasnożółte. Ponownie rozgrzałem bit, do wyższej temperatury niż uprzednio i zahartowałem, tym razem krzesiwo iglicowe sprawowało się zadowalająco. W tych samych warunkach powstały jeszcze dwa krzesiwa (plus jeden bit zapasowy), które spisują się podobnie.

W próbach zastosowałem kwarcytowy (?)otoczak o gładkich, zaokrąglonych bokach, o jakie łatwo na naszych polach oraz kwarcyt pochodzący z nasypu kolejowego. Wśród znalezisk dominują krzesaki kwarcytowe lub z drobnokrystalicznych piaskowców, ze starannie wygładzonymi powierzchniami, zwykle o formie owalnej, prostokątne lub łódkowate. Ta ostatnia forma była szczególnie popularna w Skandynawii, specjalnie uformowane, płaskie płytki z rowkiem po obwodzie i rzemieniem do wiązania do pasa razem z krzesiwem. Wykonanie jednak tak szlifowanego krzesaka kwarcytowego wymaga sporego nakładu sił, czasu i umiejętności pracy w takim surowcu. Pierwsza forma jest bardziej naturalna, łatwo znaleźć w terenie odpowiedni otoczak jak i nie wymaga od dalszej obróbki.
Jako substytut kwarcytu testowałem kwarc w formie szczotek na innych skałach, piaskowce kwarcytowe, granit, polne otoczaki o zwięzłej budowie i podobnej twardości oraz skały bogate w piryt. Najwięcej iskier powstawało przy uderzaniu o skały pokryte drobnymi kryształami kwarcu oraz kwarcyt. Zauważyłem, że przy używaniu granitowej kostki brukowej najlepsze efekty dawało uderzanie krzesiwem o równą, powstałą w wyniku długotrwałego ścierania powierzchnię.

W skład historycznych zestawów do krzesania czasami dodatkowo wchodziła iglica, którą mechacono hubkę. Krzesaki nie mają ostrych krawędzi więc jest to zrozumiałe, ja używałem krzemiennego wióra.

Nie znalazłem materiałów pokazujących jak używać krzesiwa iglicowego dlatego krzesałem po swojemu, tak jak potrafię. Technika krzesania narzuca się sama, z góry uderzamy krzesiwem mocno w kwarcyt tak by skrzesać iskry, podobnie jak przy korzystaniu z pirytu i krzemienia. Iskry trudno ukierunkować, bardzo przypadkowe, nierówne i jest ich znacznie mniej niż przy krzesaniu innymi typami krzesiw tradycyjnych. Iskry łapałem na hubkę przygotowaną z amadou hubiaka pospolitego preparowanego w popiele, czuła i dobrze zmechacona. Z innych hubek można zastosować błyskoporka, zwęglony beztlenowo len czy bawełnę.
Kwarcytowy krzesak daje możliwość skrzesania iskier nie tylko przy użyciu krzesiwa iglicowego ale również i krzesiwa sztabkowego, co w okresie przejściowym mogło było wykorzystywane.

Krzesiwo iglicowe można używać także trzymając cały zestaw w rękach, bez opierania o cokolwiek. W jedej ręce trzymamy krzesak z przyciśniętym do jego powierzni hubką, a w drugiej mamy krzesiwo, którym uderzamy o powierzchnię krzesaka, tak by iskry spadły na hubkę.




Jeśli rozważyć stal, jaka historycznie była stosowana do krzesiw iglicowych, to w początkowej fazie epoki żelaza z miejscowych rud uzyskiwano stal zróżnicowanej jakości, zwykle jednak o małej zawartości węgla, którą nie da się wysoko zahartować. Bardzo możliwe, że rdzeń krzesiw był wykonany z niskowęglowej stali a tylko powierzchnia była dodatkowo nawęglana. Nie podam tutaj konkretnych, procentowych wartości składników stopu ani twardości, bo nie mam takich danych, nawęglanie stali jest procesem bardziej skomplikowanym technologicznie opanowanym później. Tłumaczyłoby to odejście od używania krzesiw iglicowych na rzecz innych typów krzesiw w dalszym okresie, robionych już z twardszej stali, dużo praktyczniejszych. Przeprowadzono badania doświadczalne (Szwecja), w których do krzesiw iglicowych z powodzeniem zastosowano stal o
zawartości 0,5 - 0,9% C, odpowiada to stali średnio- i wysokowęglowej. Zakres ten można jeszcze poszerzyć, włączając w to zarówno stale węglowe o mniejszej jak i większej zawartości węgla oraz stale stopowe.

Krzesiwo iglicowe jest dość specyficzne porównując jego działanie z innymi typami krzesiw. Mniej skuteczne, wymaga więcej czasu i wysiłku, mocniejszego uderzania o krzesak oraz odpowiedniego materiału na tenże krzesak. Krzemień, który w przypadku pozostałych typów krzesiw jest bardzo dobrym materiałem na krzesak tutaj się nie sprawdza. Dużo mniej jest powstałych iskier z krzesiwa iglicowego, oderwane drobiny stali są za to ''grubsze'' i dłużej się spalają. Pewne znaczenie ma też dobór odpowiedniego materiału krzesaka do stali, z jakiej zrobione jest krzesiwo. Ma jednak jedną, ogromną zaletę, umożliwia skrzesania ognia z wykorzystaniem ''miękkiej'' stali, która zupełnie nie nadaje się do innych typów krzesiw np. sztabkowych czy dwukabłąkowych.
Skoro nie mamy możliwości uzyskania stali o lepszych parametrach, to trzeba zmienić pozostałe elementy, większe znaczenie ma dynamika uderzenia (mocniej, szybciej) niż jakość stali czy surowiec, z jakiego jest krzesak. Doskonale wykorzystali to nasi przodkowie, zrozumienie tego pozwala na skorzystanie z szerszej gamy materiałów, wyroby ze stali niskowęglowej są dużo bardziej powszechne w naszym otoczeniu. Gwóźdź stolarski, który był moim krzesiwem iglicowym i w tej roli sprawdził się, nawet po ukształtowaniu na krzesiwo o bardziej tradycyjnym kształcie i po próbie zahartowania, ze względu na użytą stal do jego wyrobu nie będzie działał. Potwierdza to teorie, że do krzesiwa iglicowego wcale nie musi być używana jakaś super węglowa, wysoko hartowana stal.

Krzesiwo iglicowe to nieznana szerzej metoda na uzyskanie ognia a szkoda, bo warto się z nią zapoznać, wg mnie jest to bardzo ''survivalowa'' metoda. Jej opanowanie może się przydać przy wykorzystywaniu do krzesania domowych przedmiotów o zbliżonym wyglądzie np. gwoździ, wkrętaków, pilników, stalowych prętów, kluczy, siekierki itd., a tradycyjny sposób krzesania w tym przypadku nie zadaje egzaminu. Do uzyskania iskier można użyć szczerszy zakres surowców, jest bardziej uniwersalna.

Przygotowanie tego wpisu wymagało poświęcenia wielu godzin na eksperymenty, wysiłek włożony w próbę odtworzenia tego, co jest związane z krzesiwem iglicowym. Opisałem głównie wyniki swoich doświadczeń plus część informacji, które udało mi się zgromadzić. Zaznaczam jednak, że być może technika krzesania nie jest właściwa, trudno coś więcej na ten temat powiedzieć, bo nie mam punktu odniesienia. Zastosowałem takie a nie inne rozwiązanie, ponieważ wydaje mi się ono wygodne i skuteczne, co uważam za najbardziej istotne. Technika wygląda na prostą, niestety jeśli chodzi o skuteczność to clip jest mało poglądowy, nieraz trzeba się ostukać jak dzięcioł :)

Krótki clip demonstrujący używanie krzesiwa iglicowego:

sobota, 21 grudnia 2013

Biesy


Chceš-li být šťastný jeden den - najez se.
Chceš-li být šťastný 1 rok - ožeň se.
Chceš-li být šťastný celý život - dej se na turistiku.

Tłumaczyć nie muszę, to zrozumiałe. Każdy ma prawo do szczęścia.

Znów w Bieszczady, ale nie do końca tak miało to wyglądać. Wyjazd planowałem pod koniec jesieni, znacznie dłuższy, inny rejon i cel, tylko zdjęcia, bez relacji. Wyszło jednak tak, że postanowiłem opisać tych kilka dni wędrówki. Wjechałem w nocy, u mnie deszcz, błoto i temperatura na plusie. Na miejscu przywitało mnie słonko, śnieg i mróz, skąpo co prawda, ale zawsze to coś.


Pierwsze kilka dni spędziłem w ulubionej bacówce. Nikt nie zakłócał mi spokoju, więc pełnia szczęścia. Rano wychodziłem w teren, jak zwykle ''zbiory'' i rozpoznanie, po drodze znajome ślady, kudłaty jeszcze nie śpi, innego zwierza niewiele. Grzybki (ucho bzowe, boczniak), tego nie brakowało, podobnie owoce - tarnina, kalina, dzika róża, nawet bukwi jeszcze nazbierałem, ''zielenina'' przysypana śniegiem, korzonków nie chciało mi się kopać. Przed zmrokiem znosiłem opał, woda ze strumienia, który nieco wysechł, gotowanie jedzenia a później ''zabawy z ogniem'' i inne takie. Zrobiłem zestaw do krzesania z granitowej kostki brukowej i gwoździa, zdobyte na miejscu, całkiem dobrze się sprawuje, chociaż ciężki do noszenia. Hubkę też robiłem ale mało, trudno było wyciąć plasterki, owocniki zamarznięte na kamień.


Dalej przemieściłem się do schroniska Pod Rawkami, rano na Rawki, na dole mgła a na górze pięknie błękitne niebo i widoki zapierające dech w piersiach. Był to jeden z najlepszych dni do robienia zdjęć, warunki dopisywały. Cudownie mróz przyozdobił wszystkie gałązki, biały śnieg, oszronione drzewa i trawy, gra świateł. Do tego morze przepływającej mgły, stałem i przyglądałem się długo usiłując zapamiętać i nasycić fantastycznymi widokami oczy.


Było wcześnie, więc podreptałem na Połoninę Caryńską, dzień zakończyłem w Chatce Puchatka. Tutaj oglądałem zachód i wschód słońca, ależ wspaniałe barwy nieba o poranku!
Schronisko to pamiętam z jak najlepszej strony, zawsze dużo ciekawych ludzi, wieczorne rozmowy i koncertowanie. Tym razem doznałem szoku, nie było żadnego nocującego turysty, tylko ja. Nie ma chętnych do zimowych wędrówek po Bieszczadach, pustki na szlakach. Bo zimno, wieje, ślisko i śnieg przeszkadza. O narodzie, co się dzieje?  Lutek Pińczuk, który już 50 lat tu ''urzęduje'' powiedział, że świat zmierza ku upadkowi, pod tym względem trudno było się z nim nie zgodzić. Gdy już leżałem w śpiworku do schroniska przyszła para młodych ludzi z Krakowa, a że spać się nie chciało tośmy sobie porozmawiali dłużej. Najciekawsze i zarazem to, co się przyczyniło miedzy innymi do powstania tego wpisu, opowiedzieli mi o swojej pracy w fundacji na rzecz osób niewidomych. Zawstydzony pomyślałem, a czy ja mogę zrobić coś dla innych?
Rankiem poszedłem ku Smerkowi, silny wiatr na grani, trochę mną ''rzucało''. Tego dnia jeszcze na zachód słońca wbiegłem na przełęcz pod Tarnicą.

Następnego dnia bez pospiechu wdrapywałem się znów na Tarnicę aż tu nagle moim oczom widok niezwykły - choinka przyozdobiona różnymi owocami, warzywami, nasionami, pierniki, słoninka itd. a na szczycie zamiast gwiazdy zawieszone było pęto kiełbasy:)  Myślałem, że mam halucynacje, ale skąd by, nie piłem a i kaszkę rano zjadłem, więc z głodu też nie. Gdy ochłonąłem przyjrzałem się dokładnie tej bardzo smacznie wyglądającej choince, śmiałem się długo podziwiając jednocześnie fantazję i trud osoby, która to zrobiła. Widocznie w okolicy narodziła się nowa tradycja :)
A gdybym sobie taką samą choinkę sprezentował na najbliższe święta, przyozdobił ładnie w domu, ciekawe co ksiądz by na to powiedział?
Z Tarnicy jeszcze na Krzemień i zawróciłem, to był koniec łażenia po górach.


Niektórzy nie rozumieją, co takiego człowieka ciągnie w te góry, na dodatek jeszcze zimą?
Odpowiedz jest prosta, im wyższe góry tym bliżej do nieba :)
Za te widoki, tam na górze, oddałbym wszystkie skarby.


W drodze powrotnej zahaczyłem o Zamek w Sanoku, by kolejny już raz popatrzeć na prace Zdzisława Beksińskiego. Niesamowite, to skromne określenie, przykuwają uwagę i mogę się w nie wpatrywać godzinami. Wizjonerskie, nieco dziwne, mroczne, ale mi się bardzo podobają.


Każdy pewnie ma w domu album ze zdjęciami, w wersji papierowej czy elektronicznej, przechowuje zdjęcia i od czasu do czasu je przegląda. Najczęściej są to zdjęcia rodzinne, dokumentują nasze życie. Jak każdy ja również lubię oglądać zdjęcia, bardziej te zrobione przez innych jak swoje, gdyż te już znam wiem, co na nich jest, gdzie były zrobione, znam towarzyszącą im historię. Dają możliwość przeniesienia się w czasie jak i miejscu, do świata, który bardzo często, z różnych względów nigdy nie dane nam będzie oglądać. Zdjęcia dużo znaczą dla mnie, to zapis mojego życia, wędrówek, wspomnień, mogę opowiedzieć gdzie byłem, co robiłem, wracają przeżycia, dlatego pstrykam. Tylko cześć zdjęć, które robię udostępniam publicznie, wykorzystuje je głownie do zobrazowania wpisów na moim blogu.
Druga sprawa to zdjęcia innych osób, zwykle podpatrzone gdzieś w sieci, to doskonała inspiracja do działania.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy, nawet mimo ogromnych chęci mogą gdziekolwiek wyjechać. Przyczyny są różne. Czasami jest to kwestia wieku, braku sprzętu, pieniędzy, czasu, ale bywa i tak, że przeszkodą nie do pokonania jest choroba. Choroba, która uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Wejście na niewielką górkę może być olbrzymim wezwaniem. Zrobienie kilku kroków czy nawet wstanie z łóżka. Są osoby, które nigdy nie będą mogły podziwiać piękna gór, morza, lasów. Poznają świat tylko przez szybę szpitalnego okna i zdjęcia. Więc jeśli można sprawić, że choć jeden uśmiech szczęścia pojawi się na twarzy takich osób, gdy będą oglądać zdjęcia, to warto je robić i się dzielić z innymi.

Dla KN

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Kamienny dysk

''Cacko z dziurką'', tak można nazwać rzecz, którą znaleziono przy Ötzim. Kamienny dysk wykonany z białego dolomitu z otworem na środku, przez który został przewleczony skórzany rzemień z kilkoma węzłami na końcu. W sumie powiązanych razem było dziewięć rzemieni. Przywiązane do pasa, tworzyły rodzaj pompona, stanowiły materiał naprawczy. Kamienny dysk mógł w wilgotnych warunkach i przy niskiej temperaturze ułatwiać rozplątywanie rzemieni, innego przeznaczenia trudno się domyśleć. Być może pełnił tylko rolę ozdoby, zabawki lub amuletu. Taki pojedynczy koralik mógł mieć magiczne znaczenie dla posiadacza. Funkcja kamiennego dysku do końca pozostaje niejasna.

Też zrobiłem sobie taki kamienny dysk. Kilka godzin ręcznego szlifowania na płycie piaskowca a później jeszcze wiercenie otworu krzemiennym wiertnikiem. Teraz próbuję zrozumieć, do czego mógł Ötzi używać ''cacka z dziurką".

czwartek, 5 grudnia 2013

Pieczone w ognisku dzikie gruszki i jabłka

W swoich jesiennych wędrówkach po lasach, polach i łąkach często mijam drzewa owocowe, są to różne gatunki, ale dominują przeróżne odmiany grusz i jabłoni. Rosną przy drodze, szlaku, w pobliżu dawnych zabudowań, na miedzy wśród pól, zdarza się, że nawet w środku lasu. Towarzyszą człowiekowi i są świadectwem jego obecności, wraz ze wzrostem zagospodarowania terenu mamy większą szansę na znalezienie drzew owocowych.
Dzikie grusze i jabłonie wrosły w krajobraz naszych pól, malowniczo zdobią monotonną przestrzeń, w lecie służą cieniem strudzonemu wędrowcowi, zapewniają schronienie zwierzynie, a jesienią ich owoce to darmowa stołówka, w tym także dla nas.


Każdy wie jak wygląda jabłko i gruszka, ale większość zna tylko te odmiany, które dostępne są w handlu. Są to wyłącznie odmiany pochodzące z upraw, wybór odmian jakie się uprawia w sadach jest z wielu powodów bardzo ograniczony. Niektóre odmiany np. jabłoni popularne 20 lat temu, obecnie są zapomniane. To tylko jeden z szeregu negatywnych skutków rozwoju rolnictwa i postępu gospodarczego.

Jabłoni i gruszy istnieje tysiące odmian, wydają owoce o różnym kształcie, wielkości, barwy, smaku. Jednak dzikie gatunki gruszek i jabłek w niewielkim tylko stopniu przypominają, te które kupujemy w sklepie. Próbując owoców możemy łatwo się przekonać, jak wielki postęp dokonał się przez kilka tysiącleci również w sadownictwie.

W terenie spotkamy gatunki drzew owocowych uprawiane, zdziczałe, dzikie oraz różne krzyżówki. Dzikie odmiany grusz i jabłoni rodzą małe owoce, nadrabiają za to bardzo obfitym owocowaniem. Jadalne na surowo ale niezbyt smaczne, twarde, cierpkie, zwykle trudno przełkną, dla niektórych wręcz niejadalne.
Pogardliwie spoglądamy i zostawiamy, traktujemy je bardziej jako pokarm dla zwierząt niż dla ludzi. Gdy mam w czym wybierać to oczywiście skorzystam z bardziej szlachetnych odmian, gdy nie to i te dzikie gruszki i jabłka są dla mnie przysmakiem.

Owoce grusz i jabłoni zbieram od końca lata do końca jesieni, niekiedy jeszcze na początku zimy o ile nie ma śniegu.

Najprostszy sposób na przygotowanie dzikich gruszek i jabłek to ich upieczenie w żarze ogniska, metoda prymitywna i skuteczna. Zwykle skórka jest spalona i trzeba ją usunąć. Owoce można też nabić na zaostrzony patyk i piec nad żarem. Owoce po upieczeniu stają się miękkie, soczyste, aromatyczne i słodkie, bez porównania smaczniejsze niż na surowo.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Świerząbek bulwiasty - smaczna bulwa

Z cyklu ''zabytki kulinarne'', gatunki ''wymarłe'', nieznane i zapomniane :)
Dziki buchtują ściółkę w lesie w poszukiwaniu żołędzi, a ja przekopuję brzeg rzeki szukając bulw świerząbka bulwiastego.
Bulwy te tak bardzo mi posmakowały, że postanowiłem o tym napisać, pomimo tego, że jest to roślina, którą całkiem niedawno ''odkryłem''.


Świerząbek bulwiasty (Chaerophyllum bulbosum) to pospolita, dwuletnia roślina dziko rosnąca w całej Polsce, szczególnie w dolinach rzek i na przydrożach, w miejscach żyznych i ocienionych. Roślina mało znana jednak łatwa do odróżnienia od podobnych gatunków, łodyga ma charakterystyczne zgrubienia w węzłach oraz owłosiona jest tylko u dołu. Poza tym w pierwszym roku wegetacji wytwarza bulwy (w odróżnieniu od podobnych gatunków) o cienkiej, żółtawej skórce i białym wnętrzu. Bulwy świerząbka, okrągłe lub owalne do kształtu przypominającego małą, pękatą marchewkę, są niewielkie, zwykle średnica nie przekracza 1-2 cm i długości do 4 cm, rzadko większe.

Kiedyś świerząbek był nawet uprawiany, do XIX wieku bardzo popularny w Galicji, jego bulwy w kuchni staropolskiej znane były pod nazwą ''popie jajka''. Przy uprawie bulwy osiągają większe rozmiary i zbiór jest bardziej opłacalny. Cenione ze względu na pożywność i bardzo dobry smak podobny do orzechów. Jadano je na surowo lub gotowane podobnie jak ziemniaki, wykorzystywano również liście dodając je do potraw zamiast pietruszki.

Zbiór bulw od końca sierpnia do początku maja. Szukamy w pobliżu uschniętych dwuletnich okazów tego gatunku, płytko pod powierzchnią ziemi, często zaraz pod warstwą liści. Bardzo przydatna przy poszukiwaniu bulw jest prymitywna kopaczka zrobiona z gałęzi lub poroża, którą rozgarniamy warstwę ściółki w poszukiwaniu bulw. Bulwy są małe i z tego względu zbiór jest bardzo czasochłonny, w ciągu godziny zbieram do 200-300g tego przysmaku.

Bulwy świerząbka są bogate w skrobię, ok. 20%, poza tym zawierają 4% białka. Można jej jeść na surowo lub gotowane, wystarczy klika minut by zmiękły. Skórka łatwo schodzi, jej usuwanie nie jest konieczne. Bulwy mają bardzo przyjemny smak, zwłaszcza po ugotowaniu, są miękkie, mączyste i lekko słodkawe. Wdaje mi się, że to najsmaczniejsze bulwy, jakie można znaleźć w naszych warunkach.

wtorek, 5 listopada 2013

Bukiew

Dawne to czasy, gdy na pańskie stoły podawano bukiew. Czasu nie cofnę, ale do lasu po bukiew wybrać się można.
Buk zwyczajny (Fagus silvatica) jest pospolitym i bardzo charakterystycznym drzewem, raczej nie możliwości pomyłki z innymi roślinami.
Trójgraniaste, do 2 cm długości, brązowe orzeszki, nazywane bukwią, umieszone są po dwa w miękko owłosionej, zdrewniałej okrywie. Owoce buka dojrzewają od września do października, okrywa pęka na cztery części i orzeszki wypadają. Zbieramy je z ziemi pod drzewami, sprawdzamy czy nie są puste lub nadpsute. Nie każde drzewo  i nie co roku owocuje, dobre urodzaje trafiają się średnio co 7-10 lat. W sprzyjających warunkach zbieranie jest bardzo opłacalne, w ciągu godziny do kilku kilogramów bukwi, o ile mieszkańcy lasu nasz nie uprzedzą.

Bukiew jest jadalna na surowo i po uprażeniu, zawiera 30-40% tłuszczów, 20-23% białek, skrobię, cukry, sole mineralne, bogate w magnez, żelazo i wapń. Orzeszki buka są wysokoenergetyczne, 100 g prażonej bukwi to 576 kcal/100g.
Świeża bukiew ma ok. 16-20% wody, dość łatwo ulegają zepsuciu, jeśli chcemy dłużej przechowywać to należy je wysuszyć.

W bukwi zawarta jest też trująca fagina, alkaloid o oszałamiający działaniu podobnym do alkoholu. Notowano już zatrucia po spożyciu dużych ilości bukwi, objawy to ból głowy, brzucha, wymioty, biegunka. Na pytanie, jak dużo można zjeść by się nie zatruć nie jest łatwo odpowiedzieć, zależy to od wielu czynników. Na szczęście fagina łatwo ulega całkowitemu rozkładowi w wysokiej temperaturze, wystarczy bukiew lekko uprażyć w menażce, kubku lub na patelni. Poza tym faginy w bukwi jest bardzo niewiele i zjedzenie kilku orzeszków nie grozi zatruciem. Ja po zjedzeniu 3 garści świeżej bukwi nie odczuwam żadnych dolegliwości.
Obłupanie bukwi z łupiny jest bardzo pracochłonne, przygotowanie porcji 0,5 kg to kilka godzin, dlatego już z tego względu zatrucia buczyną są bardzo rzadkie. Gdy jesienią wędruję i uda mi się zebrać troszkę bukwi to nie zaprzątam sobie głowy prażeniem, napycham do kieszeni i po drodze podgryzam na surowo. Jeśli jednak nazbieram więcej to prażę, zyskują na smaku i mam pewność, że mi nie zaszkodzą. Prażę bukiew również wówczas gdy chcę ją przechować na później oraz zamierzam nimi częstować innych. Bukiew można wykorzystywać tak jak inne orzechy, dodawać do różnych potraw (placuszki, kasze, sałatki), zrobić z nich batoniki itd. Bukiew traktuję jako sezonowy smakołyk, zdrowy i pożywny, nie tylko dla dzików ale i ludzi.