czwartek, 13 kwietnia 2017

Pikle i marynowany rdestowiec


Młode pędy, na popędy :) Oczywiście mam na myśli popęd skierowany ku dzikim roślinom jadalnym.

Posmakował mi wielce kwaśny smak rdestowca. A że teraz jest sprzyjający okres zbioru jego młodych, delikatnych pędów, to wykorzystuje go w kuchni do rożnych dań oraz robię z niego przetwory. Pikle z rdestowca, marynowane pędy w różnych zalewach, chińszczyzna, stir-fry, ciasta, musy, lody i napoje. Ja się rdestowca nie boję :) Oto kilka przepisów na dziś.

Pikle z pędów rdestowca
Najlepiej wybierać pędy młode, o grubości palca, które są delikatne i mało włókniste. Starsze pędy trzeba obrać z włóknistej skórki. Pędy myjemy, pozbawiamy listków i kroimy na 1 cm długości plasterki. Wkładamy do słoików i zalewamy zalewą. Zalewę robimy klasyczną gotując 4 części wody z 0,5 częściami octu 10% plus cukier, sól i kilka ziarenek gorczycy do smaku. Ciepłą jeszcze zalewą zalewamy pokrojone pędy rdestowca. Do każdego słoika dodajemy ziele angielskie i liść laurowy. Szczelnie zakręcamy słoiki i pasteryzujemy 3-5 minut. Inny sposób to zalanie wsadu bardzo gorącą zalewą.

Podobnie można zrobić pikle z pędów rdestowca z dodatkiem czosnku, ostrej papryczki lub pieprzem. Zamiast octu spirytusowego warto użyć własnego wyrobu octu jabłkowego lub innego. W końcu skoro tyle tego octu narobiliśmy, to trzeba coś z niego zrobić :)


Egzotyczne pikle z rdestowca
Na dnie każdego słoika umieścić kilka ziaren kardamonu, anyżu i goździków. Pocięte na kawałki pędy rdestowca ułożyć w słoiku. Zalewę robimy mieszając w proporcji 1:1 ocet jabłkowy z wodą, dodajemy cukier do smaku, pocięty na plasterki imbir i odrobinę soli. Chwilkę pogotować a następnie gorącą zalewą zalewamy słoiki. Nie pasteryzujemy, po 2 dniach można już próbować. Najlepiej spożyć w ciągu 2-4 tygodni. Przechowywać w lodówce.


Marynowane pędy rdestowca
Młode pędy rdestowca myjemy, pozbawiamy listków. Co wrażliwsi mogą dodatkowo obrać ze skórki. Upychamy w słoiku i zalewamy zalewą tak, by wsad był zakryty. Zalewa najprostsza z możliwych, na 4 części wody dajemy 0,5 części octu 10%, sól i cukier do smaku, 1 liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego i  pieprzu. Gotujemy i przestudzamy. Pasteryzować krótko, 3-5 minut, by się nie rozpadło. Jak ktoś lubi, można fantazjować z innymi zalewami i dodatkami.


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Rok poszukiwacza roślin - kwiecień


Zielono zrobiło się w lasach, na polach i łąkach. Opady deszczu i wyższa temperatura powodują szybki rozwój roślin. Z dnia na dzień rozwijają się nowe pąki, liście, kwiaty itp. Wiosna to intensywny okres dla zbieracza, obfitość młodych, delikatnych liści oraz kwiatów, ale nie tylko.

Wykaz gatunków dzikich roślin jadalnych zacznę od korzeni, gdyż dadzą nam najwięcej energii. Niedługo z korzeni wyrosną nowe rośliny także trzeba się ich zbiorem pospieszyć. Dalej można zbierać prawie wszystkie korzenie, kłącza i bulwy roślin, które wymieniłem w marcu. Wyjątkiem jest świeżąbek, na którego zbiór jest już za późno. W kwietniu zbieramy korzenie i bulwy: chmielu, chrzanu, czyśćca błotnego, dzikiej marchewki, dzwonka jednostronnego, groszku bulwiastego, łopianu, mniszka, pałki, paproci orlicy, pasternaku, perzu, pięciornika gęsiego, sitowia, tataraku, topinamburu, trzciny, wiesiołka, ziarnopłonu i złoci.

W dalszym ciągu można pozyskiwać sok z brzozy, chociaż nie wszędzie. To już końcówka sezonu. W miejscach nasłonecznionych brzozy wypuściły liście i sok przestał lecieć. Prócz brzozy w kwietniu można pozyskać sok z grabu, chociaż nie jest on taki słodki.

Surowce na herbatki: pędy malin, jeżyn, sosny, świerka, jodły, borówki, czeremchy, brzozy dostępne są przez cały rok.

Od marca podrosły znacznie niektóre rośliny, np. pokrzywa już nie jest wcale taka malutka. Piękne rozety liści ma mniszek (są teraz mniej gorzkie), inne jak np. żywokost czy rdestowiec dopiero wychodzą z ziemi. Pędy chmielu pną się w górę, to takie dzikie szparagi. Bluszczyk nie jest jeszcze tak aromatyczny jak podczas kwitnięcia, ale też można już go zrywać. Na przechadzce warto skubać młode listki i próbować je jeść na surowo. Z zebranych i opłukanych robimy surówki, zupy, przekąski itd. Młody rdestowiec i podagrycznik przetwarzam na zimowe zapasy. 

Liście poziomki zaczynają u mnie sezon na fermentowane herbatki. Te zebrane w późniejszym okresie już nie są takie ładne.

Jadalne młode liście, pąki, ogonki liściowe i ziele w kwietniu ma: arcydzięgiel, babka, barszcz zwyczajny, biedrzeniec, bluszczyk kurdybanek, bratek, brzoza, buk, chmiel, chrzan, cykoria, czosnaczek, czosnek niedźwiedzi, dzięgiel leśny, dzika marchewka, dziki szczypiorek, dziurawiec, głóg, gwiazdnica, jabłoń, jasnota biała i purpurowa, koniczyna, krwawnik, lipa, łopian, mięta, mniszek, niecierpek, ostrożeń, pałka, perz, pięciornik gęsi, pokrzywa, podagrycznik, porzeczka, przetacznik, poziomka, przytulia, rdest, rdestowiec, rukiew, rzeżucha, sitowie, skrzyp, stokrotka, szczaw, szczawik zajęczy, tasznik, trybula, wyka, ziarnopłon,  żywokost.

Jadalne kwiaty ma: podbiał, fiołek, jabłoń, jasnota, mniszek, stokrotka, klon, pod koniec kwietnia powinny być już pierwsze kwiatostany sosny. Z kwiatów robię syropy, parzę herbatki, smażę w tempurze lub dodaje do sałatek i deserów. Pyszne są kwiatostany sosny, w surówce czy w czekoladzie.

Wybierając się na zbiory na zbiory w kwietniu trzeba dobrze zaplanować co chce się zbierać, gdyż spontaniczne zbieranie wszystkiego, co oczy wypatrzą, może się źle skończyć :)

środa, 5 kwietnia 2017

Bushcraftowe krzesełko


Rzecz idzie o to, byśmy mieli na czym wygodnie usiąść w lesie przy ognisku. Kamienie, kłody, gałęzie, uschnięte trawy, mech itp., które robiły za prowizoryczne siedziska znudziły mi się. Dobre są na jeden raz, ponieważ wymagają niewielkiego nakładu sił i czasu. Z kolei noszenie składanego krzesełka zakupionego w sklepie całkowicie odpada, to nie w moim stylu.

W naszym stałym obozowisku, w którym organizujemy szkolenia jak i sam często przebywam, zapragnąłem mieć wygodne i przenośne krzesełko. Tak by można było się oprzeć, nogi nie były podkurczone, siedzisko było suche i nic nie uwierało. Krzesełko proste w budowie i wykonane z naturalnych materiałów. I takowe powstało, z kilku gałęzi połączonych jutowym sznurkiem i korzeniami sosny. Żadne drzewko przy tym nie ucierpiało, wykorzystałem kilka gałęzi ze ścinki większych drzew z oczyszczania lasu. Nie użyłem ani jednego gwoździa, wkręta czy śrubki. Potrzebowałem składanej piłki, siekierki, noża i kilku metrów naturalnego sznurka. Do tego pomysłowość i odrobina chęci. W razie potrzeby krzesełko można zrobić też za pomocą samego noża.

Są różne wersje krzesełek wykonanych z gałęzi, na zdjęciu widoczne są dwie. Ogólnie wykonanie krzesełka opiera się na zrobieniu z czterech gałęzi dwóch liter V, a następnie połączeniu ich szerszymi końcami pod kątem około 90 stopni. Pionową ramę w kształcie litery V wzmacniamy dwoma poprzeczkami pomiędzy którymi poziomo umieszczamy końce drugiej ramy. Pod poprzeczki warto w grubszych gałęziach zrobić nacięcia. W cieńszych nie robimy nacięć, tylko przewiązujemy sznurkiem. Pionowa rama stanowi oparcie dla pleców, końce poziomej ramy to konstrukcja pod siedzisko, na której kładziemy krótsze gałęzie. Ja nie przywiązywałem ich, są luźno ułożone, ale można je przywiązać. W wersji najprostszej oparcie pleców stanowi rama wykonana z dwóch gałęzi, można ją wypełnić  poziomymi lub pionowymi poprzeczkami. Krzesełko wykonane z cieńszych gałęzi warto wzmocnić dodatkowo przywiązując z tyłu podpórkę, połączy w ten sposób końce obu ram.


Na bushcraftowym krzesełku wygodnie się siedzi, daje dobre oparcie zmęczonym plecom. Bytowanie w lesie nie oznacza wcale rezygnację z wygód. Krzesełko to przydatna rzecz.



piątek, 24 marca 2017

Małe co nieco z ogniska

Lubicie pieczonego węża z ogniska? A może skusicie się na  soczystego steka z rakiety? Czy preferujecie rośliny, np.duszone na parze bulwki pięciornika gęsiego z liśćmi czosnaczku? Jakby ktoś był głodny, to jeszcze są inne dania. Mam nadzieję, że pomożecie mi to wszystko zjeść? Tak, wyszło tego dużo.

Dawno już nie piekłem na ognisku węża, chleba indiańskiego ani robinsonki, to powolutku nadrabiam. Pieczony wąż to nic innego jak ciasto podpłomykowe uformowane w wałek i oplecione na kiju. Do smaku dodałem przy wyrabianiu ciasta suszonej i sproszkowanej kani. Wyborne w smaku pieczywo o grzybowym posmaku. Kolejnym razem upiekę węża ziołowego i z bakaliami na słodko. Z ciasta podpłomykowego upiekłem na rozgrzanym kamieniu kilka podpłomyków, nic niezwykłego. Podpłomyki ze zwykłej mąki szybko się nudzą, dobrze jest dodać coś do smaku. W żarze, po dodaniu popiołu upiekłem popielaki, czyli podpłomyki z dodatkiem popiołu z ogniska. Ciekawy aromat i smak, niczym paluszki. Smakują mi bardziej, niż zwykłe podpłomyki. Dużo pieczonych bulw i korzeni, gdyż niedługo będzie kilkumiesięczna przerwa, wiosna przyszła i tylko patrzeć jak z bulw wyrosną młode rośliny. W zakopanym żarze ogniska upiekłem trochę korzeni i bulwy topinamburu, wiesiołka, chmielu i pałki wodnej. Na wiosnę są najlepsze, słodkie i mączyste, po prostu pychota. Mniejsze bulwy, świerząbka i pięciornika, piekłem zawinięte w liście szczawiu i wierzbowe łyko. Na słodko były podane kłącza trzciny opiekane nad ogniskiem. Mięsne dania również, dwa steki wołowe, jeden upieczony na uplecionej, wierzbowej rakiecie, a drugi bezpośrednio na żarze.


Miałem jeszcze gorącą herbatę do popicia, bo dzień zimny i wietrzny. Wszystkiego rzecz jasna nie zjadłem przy ognisku, zabrałem resztę do domu. Teraz zastanawiam się, co przygotować na kolejne ognisko.

Film: https://www.youtube.com/watch?v=m9Zo6a7sXPA

sobota, 11 marca 2017

Szałas tipi i zimowe szkolenie 7 dni w lesie












Na zdjęciach śnieg widać. To z zimowego szkolenia, dopiero teraz wrzucam. Nie nadążam z niektórymi wpisami, takie życie, ale szałas dalej stoi :)

Budowa nowego szałasu był konieczna z kilku względów. Tylko jednym z nich było zadbanie o dobre warunki dla uczestników zimowego szkolenia. Ujemne temperatury w nocy, następnie odwilż, mgła i duża wilgotność powietrza. W kolejnych dniach intensywne opady deszczu i silny wiatr. Szałas podczas takich warunków sprawdził  się doskonale. Nic nie przeciekało, w środku było ciepło i przytulnie. Tak naprawdę, to nie chciało się z niego wychodzić. Z konieczności tylko po wodę, jedzenie, opał no i na warsztaty :)
A noc spędzona w takim szałasie, ech ....  ,co Wam będę opowiadał.


Nasze leśne tipi można porównać do hotelu, w porównaniu z innymi naturalnymi schronieniami, jest naprawdę  komfortowe. Zamknięte z czterech stron z wejściem zasłanianym dodatkowo wełnianym kocem. Uszczelnione grubą warstwą ściółki by wiatr ani deszcz nie wnikał do środka szałasu. A w środku wygodne posłania i ognisko. ''Jak takie warunki, to ja nie 7 dni, a na 3 miesiące chcę tu zostać'' :)
I nie są to bynajmniej moje ani Katarzyny słowa.
Jak wyglądała budowa takiego szałasu. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy to wybraliśmy miejsce. Przede wszystkim, równe, suche i przepuszczalne podłoże. Druga rzecz to dobre osłonięcie od wiatru i deszczu. Ustalenie z której strony wieją najczęściej wiatry, by wiedzieć gdzie zrobimy wejście do szałasu. Konstrukcja szałasu wynikała z warunków jakim ma sprostać.
Początkowo myślałem o innym typie szałasu, ale zamarznięta ziemia zmusiła nas do budowy tipi. Wybraliśmy miejsce pośród młodych sosen, których gałęzie były dodatkową osłoną przed deszczem. Wspólnie ustaliliśmy jakiej wielkości ma być szałas, na ile osób. Po oczyszczeniu miejsca wyznaczyliśmy zarys podstawy szałasu. Na jednej tyczce o rozwidlonym końcu oparliśmy jeszcze dwie proste, tak by stworzyć zarys schronienia. Dokładaliśmy tyczki, w większości suche, zagęszczając szczelnie konstrukcję. Na koniec przyrzuciliśmy na wierzch ściółkę (z rozbiórki starego szałasu, jak większość materiałów) i dokładnie uszczelnili by nie było prześwitów.

Wejście zasłoniliśmy kocem. W kolejnych dniach konieczne okazało się dalsze uszczelnianie poszycia szałasu ze względu na to, że ściółka wysychała i osiadała. Budowa tipi poszła bardzo sprawnie (jakieś kilka godzin). Zanim zapadł zmrok w środku paliło się już ognisko, mieliśmy zrobione posłania i zgromadzony opał. Gorąca herbatka i dużo opowieści na dobranoc. Moc wrażeń i zmęczenie bierze górę, oczy się same zamykają. Przykryty ciepłym kocem wpatrujesz się w ognisko i po chwili zasypiasz.

niedziela, 5 marca 2017

Rok poszukiwacza roślin - marzec


Upłynął niecały miesiąc od mojego lutowego wpisu, a zmiany zaszły rewolucyjne. Mamy przedwiośnie, śnieg już kilka dni temu zniknął, na zbiornikach wodnych pozostały resztki topniejącego lodu. Tylko na bagnach miejscami ziemia jeszcze zamarznięta, ale przy tych warunkach to kwestia kilku dni. Słońce mocno grzeje, w przyrodzie widać duże ożywienie. Klucze żurawi, motyle i pierwsze zielone listki roślin. To zapowiedz nowego, pysznego sezonu.

Wczoraj i dziś chodziłem po okolicy w poszukiwaniu dzikich roślin jadalnych. Jest tego bardzo dużo, ale zacznijmy od tego, co najciekawsze - od soków. Krótki czas zbioru soków, więc trzeba przypilnować, bo warto, szczególnie  smaczny jest sok z klonu i brzozy. Już dwa tygodnie temu ruszyły soki w klonach, wczoraj spuszczałem pierwsze litry soku z brzozy. Na razie cieknie tylko na najcieplejszych, piaszczystych wzgórzach. Na grab będzie trzeba jeszcze zaczekać.

Co do dzikich nowalijek, które mnie równie cieszą, skubanie małych, zielonych listków w słoneczny, wiosenny dzień jest samą przyjemnością. Trzeba dłużej zbierać, bo są jeszcze małe, ale nie o ilość nam chodzi. Po zimie organizm potrzebuje witamin i minerałów, te zawarte w roślinach są łatwo przyswajalne i zdrowe. Listek do listka i na sałatkę się uzbiera. Zbierać można już pierwsze młode listki: pokrzywy, bluszczyku kurdybanku, czosnaczku, dzikiego szczypioru, szczawiu, szczawiku, podagrycznika, gwiazdnicy, trybuli, stokrotki, cykorii, mniszka, jasnoty, chrzanu, tasznika, wyki, ziarnopłonu, rukwi, rzeżuchy, koniczyny, krwawnika, ostrożnia.

O listkach wiedzą prawie wszyscy, ale na wiosną można też zbierać pierwsze młode źdźbła perzu i innych traw (do pierwszego kolanka). Ciekawe są kiełki niecierpka, bardzo smaczny dodatek do sałatki. W miejscach podmokłych możemy poskubać situ. Za kilka tygodni powinien być już skrzyp polny i młode pędy chmielu.

Co niektórzy zbierają młode pączki drzew: lipy, brzozy, klonu, wierzby, głogu, topoli. Na sosnę jeszcze za wcześnie.

Na krzewach widziałem już ostatnie owoce dzikiej róży i głogu. Dwa tygodnie udało mi się jeszcze znaleźć garść żołędzi na kawę. To nie pora na owoce. Jedynie co to owoce jałowca można zbierać.
 
Surowce na herbatki bez zmian: pędy malin, jeżyn, sosny, świerka, jodły, borówki, czeremchy, brzozy. Pojawiły się młode listki poziomki i glistnika jaskółcze ziele.

Wiosna to pora zbioru korzeni: chmielu, chrzanu, dzikiej marchewki, pasternaku, łopianu, wiesiołka, mniszka, pięciornika gęsiego, kłącza pałki, czyśćca błotnego, trzciny, perzu, sitowia, bulwy topinamburu, świerząbka, złoci.

Jedną z oznak nadchodzącej wiosny jest kwitnąca leszczyna. Z jej kwiatostanów zaparzymy smaczną herbatkę oraz zrobimy placuszki.
Dziś zbierałem pierwsze kwiaty podbiału na syrop. Niedługo też zaczną  kwitnąć fiołki.

Dzień jest coraz dłuższy, jest też coraz cieplej. Robi się zielono, kolorowo, roślin będzie przybywać. Cieszmy się nadchodzącą wiosną niczym ptaki.

czwartek, 2 marca 2017

Nowe filmy dla Leśnego Rzemiosła

Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale powstały kolejne filmy dla Leśnego Rzemiosła. Wrzucam hurtowo. Tematyka bez zmian, prymitywne techniki ogniowe. Można jeszcze stary szałas i zimę powspominać.
Nie chwaliłem się też filmem ze zlotu jesiennego Forum Bushcrafter na którym również byłem. Miłego oglądania.