piątek, 27 lutego 2026

Kleszcze - co powinniśmy o nich wiedzieć, jak sobie z nimi radzić?

 

Zdjęcie pochodzi ze strony: https://ptbk.uken.krakow.pl/kleszcze/

Takie małe, a problem z nimi bardzo duży. Tak można określić sytuację z kleszczami. Ze względu na to, że jest ich coraz więcej w naszym otoczeniu i coraz częściej są one nosicielami boreliozy (nie tylko), stanowią jedno z największych zagrożeń dla osób spędzających czas na wolnym powietrzu. Las, łąka, park, boisko, ogródek działkowy, tereny zielone, nawet w środku największych miast, spotkać je można coraz częściej. A nawet jeśli to nie my złapiemy kleszcza, to przyniesie go nam do domu inny domownik, pies lub kot. Widziałem jak kleszcze dostarczono do domu razem z ładunkiem drewna opałowego czy innymi darami lasu. Tysiące kleszczy co roku trafiają do Polski podczas wiosennych migracji ptaków. Kleszcze, które spadły z żywiciela lub ubrania, mogą z łatwością przetrwać 1-2 tygodni i będą szukać nowego żywiciela.

Temat kleszczy i chorób przez nie przenoszonych jest często poruszany w różnych grupach społecznych, nie tylko tych związanych z wędrówkami po lesie. Nie wszyscy potrafią rozpoznać kleszcza i na dodatek cześć informacji o nich jest nieprawdziwa. Edukacja pod tym względem jest bardzo istotna. Pytanie, ile czasu poświęca się na edukację klas podstawowych jeśli chodzi o kleszcze? A pozostała cześć społeczeństwa? Dużo osób pyta się mnie, czy się nie boję, jak sobie radzę z kleszczami itd? Postaram się zatem przedstawić nieco faktów i moich spostrzeżeń na ten temat.

Kleszcze stanowią zagrożenie dla ludzi ze względu na przenoszone liczne choroby, które nabywają od zakażonych żywicieli. Do zakażenia zakażenia dochodzi tylko w momencie wprowadzenia zarazków do krwi. U człowieka zakażenie może nastąpić przez ukąszenie każdej z postaci kleszcza. W Polsce zachorowania na boreliozę rejestrowane są od 1996 roku. Jak podaje Ministerstwo Zdrowia chorych z boreliozą w 2013 roku było 12760, w 2024 roku to już 29347 osób. Systematycznie wzrasta liczba zachorowań na boreliozę, kleszczowe zapalenie mózgu i pozostałe choroby odkleszczowe.

Kleszcze to pajęczaki z rodziny roztoczy. Biologia ich różni się w zależności od gatunku. Różnią się między sobą preferencjami dotyczącymi wyboru żywiciela, obszarem występowania, wielkością czy ubarwieniem. Najbardziej jednak istotną różnicą jest ich zdolność do przenoszenia chorobotwórczych drobnoustrojów. Dlatego ważna jest umiejętność rozpoznania poszczególnych gatunków kleszczy.

Największe znaczenia dla nas ma kleszcz pospolity i kleszcz łąkowy. Zostaje jeszcze kleszcz psi, kleszcz jeżowy, obrzeżek gołębień i kleszcz afrykański (mamy już potwierdzone przypadki), których również nie należy bagatelizować. Aby nie rozpisywać się nadmiernie skupimy się na kleszczu pospolitym i łąkowym. Cykl życiowy kleszcza trwa 2-4 lat i składa się z trzech stadiów rozwojowych: larwy, nimfy i postaci dorosłej. Wszystkie stadia rozwojowe atakują człowieka, z tego względu wszystkie są niebezpieczne.

Kleszcze są pasożytami krwiopijnymi i w każdym ze stadiów rozwojowych muszą wyssać krew. Na żywicielu przebywają w zależności od stadium od kilku godzin do nawet 15 dni. Zapłodniona dorosła samica składa około 2000 jaj, które potrzebują od 3 do 36 tygodni na przekształcenie się w larwę. Larwa po napiciu się krwi przemienia się w nimfę, trwa to od 5 tygodni do 5 miesięcy. Następnie nimfy szukają dwóch żywicieli aby po 5 – 8 miesiącach zamienić się w dorosłe postacie zdolne do rozmnażania. Zanim to nastąpi, głodne dojrzałe osobniki są w stanie przetrwać w odrętwieniu nawet 800 dni a larwy i nimfy – do 500 dni (niektóre źródła podają jeszcze dłuższe okresy). Larwy najczęściej żerują na małych ssakach bądź ptakach. Nimfy i dorosłe osobniki szukają większych żywicieli (ludzie, bydło, konie, kozy, owce, psy, koty, kuny, sarny, daniele, jelenie, gołębie, jaszczurki, jeże itd.).

Kleszcze są niesamowicie odporne na suszę i inne niekorzystne warunki środowiskowe. Potrafią przetrwać do kilkudziesięciu godzin pod wodą czy pranie w pralce. Jeśli chodzi o zimę i niskie temperatury to żyją również na terenach, gdzie występują ostrzejsze zimy niż u nas. Kleszcze przestają żerować dopiero gdy średnia dobowa temperatura spada poniżej 4°C. Zapadają w letarg (chowają się w ściółce i przesypiają niekorzystne warunki) ale ponieważ zimy obecnie mamy jakie mamy, to można „złapać” je niezależnie od pory roku. Największą aktywność kleszcze wykazują przy wilgotności powietrza 60-85% oraz temperaturze 14-23°C. W innych warunkach są mniej aktywne, ale wciąż są zagrożeniem.

Jak wygląda kleszcz? Wbrew pozorom odpowiedź nie jest taka oczywista. Wygląd kleszcza zależy od gatunku i stadium rozwoju. Inaczej wygląda głodny kleszcz, a inaczej opity krwią. Długość ciała kleszcza wynosi od jednego do kilku mm (afrykańskie są 4 krotnie większe od naszych rodzimych gatunków kleszczy). Po napiciu się krwi stają się kilkukrotnie (nawet 120-krotnie) większe. Nimfa kleszcza ma średnio 1 mm i przez to jest trudna do rozpoznania. Jak ktoś ma do tego jeszcze słaby wzrok, to jest to naprawdę problem. Dostrzeżenie kleszcza utrudnia owłosienie, przebarwienia skóry, pieprzyki itp. Najczęściej na skórze widzimy tylko kropkę o barwie wyraźnie odcinającej się od koloru skóry. Kleszcze wbiją się pod pewnym kątem, jak dobrze się przyjrzymy zauważymy odnóża. Zwykle na zdjęciach widzimy dorosłe osobniki. Zachęcam do studiowania zdjęć z neta i nauki rozpoznawania kleszczy w każdej postaci.

Kleszcze bytują w miejscach, gdzie mają największą szansę na znalezienie żywiciela. Są to najczęściej zacienione obrzeża lasów liściastych, mieszanych i obszary trawiaste. Gromadzą się na szczytach gałązek i traw, zwykle na wysokości do 0,5 m (niektóre źródła podają że nawet do 1,5 m) i czekają aż zostaną zdjęte przez żywiciela. Kleszcze nie skaczą na człowieka z drzew. Jeśli będziemy siedzieć dłużej w jednym miejscu i nas ,,wyczują'', to potrafią przejść. Kleszcze nie upodobały sobie drzew iglastych, wysokich gór, miejsc pozbawionych roślinności, suchych, wietrznych. Najwięcej kleszczy znajdowałem na ścieżkach zwierząt wiosną. Bywały dni, kiedy ,,zebrałem'' ponad 100 kleszczy w ciągu kilku godzin wędrówki. Przyciąga je zapach potu, wydychany CO2 i ciepłota ciała. Osoby z grupą krwi 0 i AB są atakowane częściej.

Kleszcz zanim się wgryzie w skórę szuka sobie odpowiedniego miejsca. Wybiera miejsca najlepiej ukrwione, zakamarki, zwykle poniżej pasa. U dorosłych najczęściej są to zagłębienia pod kolanem, okolice bioder, pachwiny, pośladki, wnętrze ramion, za uszami. U dzieci jest to najczęściej szyja i głowa. Niekiedy kleszcz umiejscowi się w takim miejscu, że bez pomocy drugiej osoby nie będziemy w stanie go dostrzec i usunąć. Wiem, że po całym dniu męczącej wędrówki i działań w terenie jedyne o czym wieczorem marzymy, to jak najszybciej się położyć spać. Nigdy tego nie róbcie zanim nie obejrzycie dokładnie ciała i nie sprawdzicie czy nie macie kleszczy!

Usunięcie nie wessanego kleszcza nie stanowi problemu, chwytamy palcami bądź pęsetą i rozgniatamy lub wrzucamy do ogniska. Gorzej, gdy odkryjemy już wessanego kleszcza w nasze ciało. Ugryzienie kleszcza nie boli ponieważ ślina kleszcza zawiera substancje znieczulające. Możemy poczuć, że coś nas swędzi, chodzi po nas lub dostrzegamy kleszcza na skórze. Jednak wiele osób nie czuje, nie zauważa i nie pamięta momentu ugryzienia. Kleszcza niczym nie smarujemy, nie pryskamy! Odcinając kleszczowi dopływ tlenu zwiększamy ryzyko zarażenia się chorobami odkleszczowymi. Tradycyjna pęseta też nie jest dobrym rozwiązaniem. Zgniatając kleszcza spowodujemy wyciśniecie jego zawartości do naszego krwioobiegu co zwiększa ryzyko zarażenia. Najlepiej sprawdzają się różne przyrządy do usuwania kleszczy (chwytające za główkę), które nie powodują zgniatania ich odwłoka, np. kleszczołapki (haczyk z nacięciem), karta, nić lub ,,laso'' do usuwania kleszczy. Warto włączyć do swoje apteczki jeden z takich przyrządów. W przypadku braku takiego przyrządu kleszcza można odciąć od skóry nożem. Kleszcza wyciągamy pewnym ruchem, nie męczymy go, nie kręcimy nim, nie ma gwinta więc nie ma znaczenia w którą stronę. Im szybciej pozbędziemy się kleszcza, tym lepiej!

Upewniamy się że usunęliśmy całego kleszcza, a nie tylko odwłok. Drobne pozostałości nie zwiększają istotnie ryzyka zakażenia. Miejsce ugryzienia myjemy i dezynfekujemy. Prawidłowe wyciągnięcie kleszcza zmniejsza ryzyko zarażenia ale nie daje nam pewności, że nie nastąpiło ono już wcześniej. Konieczna jest obserwacja miejsce ugryzienia przez okres 6 tygodni. W przypadku pojawienia się rumienia, zaczerwienienia skóry, świądu, gorączki czy innych niepokojących objawów, należy niezwłocznie udać się do lekarza.

Rumień po ugryzieniu kleszcza, zwłaszcza rumień wędrujący, jest charakterystycznym objawem boreliozy, choroby przenoszonej przez kleszcze. Pojawia się zwykle od kilku dni do kilku tygodni po ukąszeniu. Czerwona plamka, która przypomina wysypkę, szybko się powiększa do ponad 5 cm średnicy, kształt pierścienia z jasnym środkiem. Nie zawsze borelioza objawia się rumieniem wędrującym. Prawdopodobieństwo zarażenia boreliozą wynosi kilka %, wzrasta ono wraz ze stopniem opicia kleszcza. Usuńmy go tak, aby nie spowodować u niego wymiotów.

Chodzisz do lasu, jesteś narażony - regularnie badaj się! Wykonaj badania w laboratorium lub skorzystaj z testów dostępnych w aptece. Najlepiej po 6 tygodniach od ukąszenia, nawet jak nie jesteś pewien czy ugryzł cię kleszcz. Skuteczność badań zależna jest od rodzaju testu i stadium choroby (nie dają 100% pewności!).

Co zrobić żeby nie złapać kleszcza? Przede wszystkim unikajmy miejsc i sytuacji, które temu sprzyjają. Opisałem wcześniej jakie warunki lubią kleszcze. Wraz z doświadczeniem wyrobiłem sobie nawyk omijania (na ile to możliwe) miejsc kleszczowych i częstego sprawdzania nogawek spodni. Jeśli przechodzimy przez miejsce gdzie istnieje nawet minimalna szansa na złapanie kleszcza, to obowiązkowo sprawdzamy nogawki spodni. To jak często zależy oczywiście od sytuacji. Mam nawyk, że po przejściu przez niebezpieczne miejsce spoglądam na nogawki czy nie ma na nich kleszcza. Zatrzymuje się nawet co kilka minut, sprawdzenie trwa raptem kilka sekund. I tu ważna uwaga odnośnie noszonej odzieży. Militarna kolorystyka, kamuflaże może i wyglądają fajnie ale nie pod każdym względem są praktyczne. Dostrzeżenie kleszcza jest zdecydowanie łatwiejsze na spodniach w jednolitej, jasnej kolorystyce niż na kamuflażu w ciemne plamy. Las to nie jest rewia mody. Odzież o gładkiej powierzchni przylegająca do ciała. Nogawki wpuszczone w buty. Poza tym obserwacja i zabezpieczenia. Gdzie przechodzimy, na czym siedzimy i czego dotykamy.

Naturalne repelenty, olejki, ziołowe mikstury itp. uważam za nieskuteczne. Najskuteczniejszą ochronę zapewniają preparaty zawierające duże stężenie DEET. Rzadziej stosowane są  Ikardyna czy afanisept. Preparaty te różnią się składem, czasem działania, sposobem stosowania i skutecznością. Preparaty te są bezpieczne o ile są własciwie używane. Zapoznajmy się z informacjami producenta. 

Przy wyjściu w teren używam repelentów o dużym stężeniu DEET, nie ma wyjścia, lepsze to niż złapać jakieś odkleszczowe choróbsko. Powtórzę jeszcze raz, obserwujmy własne ciało. Zdrowia i lasu!

sobota, 14 lutego 2026

Drewniane klamerki na pranie podstawką do świdra ręcznego, czy to wytwór AI?

Sztuczna inteligencja jest obecna niemal wszędzie. Dzięki AI powstaje coraz więcej artykułów, zdjęć i filmów. Problemem staje się odróżnienie obrazów wygenerowanych przez AI od rzeczywistości. By daleko nie szukać, z bushcraftowego podwórka. Natknąłem się na zdjęcie przedstawiające podstawkę do świdra ręcznego wykonaną z dwóch drewnianych klamerek na pranie. Takich standardowej wielkości! No i co, prawda to czy nie? Da się w ten sposób wykorzystać drewniane klamerki na pranie do uzyskania ognia, czy to tylko wytwór AI?

Rozważając czysto teoretyczne. Klamerki są wykonane z drewna, prawdopodobnie buk, więc pod względem materiałowym nie ma zastrzeżeń. Tylko jeśli popatrzymy na powierzchnię klamerki, którą mamy do dyspozycji pod oparcie końcówki świdra, to pojawiają się już duże obawy. Klamerka ma około 7,5 cm długości, 0,9 cm grubości i około 1,1 cm szerokości. 

Powiecie zaraz, że można kupić drewniane klamerki różnej wielkości. Tak, to prawda, są małe i takie  w rozmiarze XXL. Te ze zdjęcia były jednak standardowej wielkości. 

Każda klamerka składa się z dwóch jednakowych cześć, spiętych metalową sprężyną. W drewnie klamerki są wyprofilowane wycięcia, w zasadzie mamy dwie powierzchnie przylegania, każda o długości około 0,8 cm. Czyli mamy do dyspozycji pole o powierzchni 1,1 x 0,8 cm! Ciaśniocha :) 

Jest jeszcze możliwość świdrowania grubszym świdrem na szczelinie klamerki. Też powinniśmy się zmieścić, materiału na obrzeżu jest wystarczająca ilość do wyprodukowania żaru. 

Postanowiłem świdrować na brzegu klamerki, na tym maleńkim skrawku drewna. Dwie klamerki spinamy razem aby nie rozjeżdżały się nam w czasie pracy. Utrzymanie stabilnie klamerek na podłożu jak i utrzymanie świdra to już wyczyn. Przy tak małej powierzchni nie bardzo jest jak zrobić dołek pod świder. Świdrowałem bez robienia początkowego zagłębienia. Świder z konyzy, cienki i maksymalnie prosty. Koniec świdra ,,tańczy'', ześlizguje się i ucieka na boki. Posypałem trochę piasku i delikatnie przyciskałem. Po kilku próbach udało się w końcu zaczernić gniazdo. Wycięcia pod żar też nie robię, nie ma na to miejsca. Po kilku próbach udaje mi się uzyskać żar, sukces! 

Zdjęcie na które się natknąłem w necie jest zatem prawdziwe. Klamerki na pranie to nie jest dobry materiał na podstawkę do świdra ręcznego. Zaszufladkować to można w kategorii sztuczki, sprawdzenia własnych umiejętności. Ja do tego już nie wrócę, szkoda dłoni. Producent drewnianych klamerek z pewnością nie przewidział do czego je użyję ;)

czwartek, 5 lutego 2026

Quinzee, czyli śnieżne schronienie


By móc poćwiczyć budowę śnieżnych schronień zwykle wyjeżdżałem w góry. Zima tego roku mnie jednak zaskoczyła :) Jest mroźno i śniegu całkiem dożo, nie tylko na obszarach górskich. Spakowałem plecak, przytroczyłem łopatę i heja na łąki. 

Wybrałem otwarty, płaski teren na skraju lasu. W takim miejscu łatwiej było mi zgarniać śnieg potrzebny do budowy quinzee. Grubość pokrywy śnieżnej w okolicach 30 cm wiec całkiem nieźle. Śnieg był puszysty, kilka stopni poniżej zera. Jednoosobowe, małe quinzee zacząłem budować od usypywania śnieżnego kopca. Powierzchnię na koniec oklepałem i wyrównałem łopatą. Później 3 godzinna przerwa na skonsolidowanie się śniegu. Nie spieszyło mi się, poszedłem na skraj lasu, rozpaliłem ognisko, ogrzałem i napiłem gorącej herbaty.

Nałamałem kilkadziesiąt patyków około 30 cm długości i powbijałem na powierzchni kopca. Nie zależało mi na ukryciu się, więc końce patyków są widoczne. Zabrałem się za drążenie wejścia i dalej wybieranie ściegu i tworzenia śnieżnej kopuły. Przy gruncie ściany były najgrubsze, stopniowo, ku górze zmniejszałem ich grubość. Ze śniegu z wnętrza schronienia usypałem przed wejściem wiatrołap. Wygładziłem ściany i zrobiłem otwór wentylacyjny. Do środka quinzee naznosiłem suchych traw i wymościłem legowisko. Wepchnąłem plecak i się wczołgałem. Mogłem teraz odpocząć w naprawdę komfortowych warunkach. W środku jest cicho, ciepło i przytulnie. 

Budowa quinzee zajęła mi niespełna 2 godziny (nie licząc przerwy). To nie moje pierwsze, więc jakieś doświadczenie mam. Garść rad dla osób, które też chciałby spróbować. Suchy, puszysty śnieg ma znakomite właściwości termoizolacyjne. Pomiędzy temperaturą wnętrz schronienia, a temperaturą na zewnętrzną różnica potrafi być znaczna. Quinzee powstaje z usypanego śniegu, do tego potrzebna nam będzie łopata. Przy budowie quinzee przeznaczonym dla 2 lub 3 osób czas pracy rozkłada się korzystniej. Podobnie w przypadku grubszej pokrywy śnieżnej. Im więcej śniegu, tym z mniejszej powierzchni musimy go zgarniać. Podczas budowy quinzee nie ma się co spieszyć. Usypany śnieg musi mieć warunki (czas) na skonsolidowanie. Pośpiech grozi zawaleniem schronienia i zasypaniem nas! Kluczową sprawą związaną z bezpiecznym noclegiem w quinzee jest też zapewnienie odpowiedniej wentylacji. Robimy otwór w stropie (wystarczy kilka cm), którego nigdy nie zatykamy. Napływ świeżego powietrza regulujemy częściowo przysłaniając otwór wejściowy np. plecakiem. Otwór wejściowy robimy jak najmniejszy i jak najniżej położony względem posłania. Aby wzmocnić konstrukcję i dodatkowo śnieg nie osypywał się na nas można obtopić wywnętrz powierzchnię ścian. Podnosimy na chwilę temperaturę (małe ognisko) o kilka stopni powyżej zera, a następnie wietrzymy aby nadtopione ściany ponownie zamarzły. Nie robimy tego przy temperaturach bliskich zera. To mogło by spowodować  zawalenie się quinzee. Ogólnie nie zaleca  się budowania quuinzee w temperaturze powyżej -4 ° C.

Wysokość wnętrza - wystarczy w zupełności jak będziemy mogli usiąść. Nie robimy stożka i nie robimy płaskiego sufitu, wewnątrz sklepienie powinno być łukowate. W ten sposób najlepiej przenoszone są obciążenia. Wbite patyki w kopułę ułatwiają równomierne drążenie ścian. Grubość ścian minimum 30 cm u podstawy i 20 cm u góry. Przed rozpoczęciem usypywania  można umieścić  w środku plecaki, skróci to czas usypywania jak i drążenia.

Największe ryzyko zawalenia się quinzee występuje podczas jego drążenia. Kopiemy najpierw wejście, kolejno do przodu przez środek i w górę do sufitu, a następnie przesuwamy się w kierunku ścian. Obowiązuje zasada jedna osoba kopie, druga pozostaje na zewnątrz. Niektórzy w pobliżu głowy wbijają kij lub łopatę, łatwiej będzie nieszczęśnika  namierzyć i odkopać. 

Quinnze jak wszystkie śnieżne schronienia stopniowo się zapadają i topią. Jest to znakomite awaryjne schronienie na wietrzną i zimną noc.

sobota, 24 stycznia 2026

Ciasteczka i podpłomyki z dodatkiem owoców (mąki) jarzębu szwedzkiego

  Przechodziłem kilka dni temu obok drzew jarzębu szwedzkiego i widziałem, że owoce wciąż na nich wiszą. Zmarznięte, pokryte śniegiem, czerwone kulki. Człowiek idzie do pracy, mija codziennie po drodze i nawet nie wie. W zasadzie to nawet i dobrze, że nie wszyscy wiedzą. Nie ma obawy, że ktoś mi je wcześniej zerwie. Owoce jarzębu są jadalne, nie tylko dla ptaków, ale również dla ludzi. Ja sobie je bardzo cenię. Jarząb szwedzki to jedna z roślin, którą zamierzam posadzić w swoim leśnym ogrodzie.

Jarząb szwedzki (Sorbus intermedia), to gatunek w Polsce rzadki. W stanie dzikim występuje tylko na wybrzeżu Bałtyku. Na stanowiskach naturalnych podlega ścisłej ochronie gatunkowej. Na szczęście jest to gatunek coraz licznej sadzony w parkach, ogrodach czy przy drogach. Bez problemu jego sadzonki kupimy w szkółkach ogrodniczych.

Jarząb szwedzki owocuje bardzo obficie. Jagody, większe niż jarzębu zwyczajnego, są zebrane w baldachy. Dojrzewają od końca września. W pełni dojrzałe owoce mają kolor czerwony. 

 

Owoce jarzębu szwedzkiego są bogate w witaminę C, poza tym zawierają prowitaminę A oraz witaminy z grupy B, składniki mineralne, pektyny, związki fenolowe, flawonoidy, kwasy organiczne, antocyjany, garbniki oraz sorbitol (naturalna substancja słodząca). Spożywanie ich przynosi korzyści zdrowotne: regulują poziom cukru i cholesterolu, mają działanie moczopędne, przeciwwirusowe, antybakteryjne, przeciwzapalne, oczyszczające i odtruwające organizm, pobudzają przemianę materii i neutralizują wolne rodniki. Czyli samo zdrowie :)

Owoce jarzębu szwedzkiego mają słodko kwaśny smak bez goryczki typowej dla jarzębiny pospolitej. Zbieram zawsze tylko zdrowe, dobrze dojrzałe owoce z czystych miejsc. Doskonale nadają się na wszelkiego typu przetwory, dżemy, nalewki. Dawniej jadano je też na surowo. Ja najczęściej wykorzystuję owoce (świeże bądź suszone) jako dodatek do wypieków oraz herbat owocowych. 

 

 

Z wysuszonych i zmielonych owoców otrzymamy mąkę owocową, doskonały dodatek do podpłomyków. 

 

A ze świeżymi owocami polecam upiec kruche ciasteczka. Spieszcie się zanim ptaki zjedzą :) 


Pomyślałem właśnie, że chętnie bym zjadł podpłomyka, nawet z takimi przemrożonymi owocami. A jeśli macie smak na dzikie, szukacie inspiracji, to zachęcam do zapoznania się z książką ,,Dzikość, która uzdrawia'' Mo (Monica) Wilde. 


Jest to relacja z niezwykle ciekawego eksperymentu etnobotanicznego. Kobieta, która mieszka w Szkocji, składa bardzo radykalne przyrzeczenie. Postanawia przez cały rok żywić się wyłącznie tym, co nam daje dzika natura! Przez tydzień gościła też w Polsce, na Podkarpaciu u Łukasza Łuczaja. Prawdziwie dzika, sezonowa dieta, która odżywia ciało i umysł. Mnóstwo przemyśleń i doskonałe źródło inspiracji.

niedziela, 11 stycznia 2026

Nóż, siekiera (i nie tylko) krzesiwem


Nie tylko krzesiwem można krzesać iskry. Jest spora grupa przedmiotów, z założenia o innym przeznaczeniu, które można wykorzystać do skrzesania iskier np. nóż, pilnik, maczeta, siekierka itd. Na upartego można by je nazwać ''krzesiwami zastępczymi''. Iskry są, działają na takiej samej zasadzie jak krzesiwo tradycyjne ale w sensie historycznym na pewno nimi nie są. Nie są dziełem kowala i nie mają tradycyjnych kształtów. Krzesiwo zastępcze gdyż tylko w razie potrzeby, na co dzień przedmioty te pełnią inną rolę. Bardzo ogólnie krzesiwem można by nazwać każdy kawałek wysokowęglowej stali, wysoko zahartowanej, bez wnikania w kształty czy wcześniejsze przeznaczenie. Takich przedmiotów znajdziemy w naszym otoczeniu dużo, co prawda nie zawsze wygodnie i łatwo ale można. 
 
To zdjęcie kiedyś już wrzucałem ale sądzę, że warto jeszcze raz. Rzeczy którymi krzesałem iskry. W plecaku raczej rzadko je nosimy, ale kto wie?  :)


Najbardziej znany z historii i najczęściej wykorzystywany do krzesania iskier, poza tradycyjnym krzesiwem, był nóż. Traperzy, nie tylko zresztą oni, nie zawsze mieli przy sobie krzesiwo, bo i po co niepotrzebne dublować ekwipunek, który trzeba dźwigać na własnych plecach. Nóż pełnił podwójną rolę. Obecnie popularna jest Mora z węglową głownią,  ale również inne noże, których głownie wykonano ze stali węglowej nadają się do krzesania iskier, dotyczy to noży z głownią stałą jak i składaną np. Opinel, wystarczy zablokować ostrze.


Kolejny przedmiot z którego możemy uzyskać iskry to głownia siekiery. Trzymamy nieruchomo siekierę i uderzamy krzesakiem w stal, tak by iskry spadły na hubkę. Jeśli jest wykonana z kiepskiej stali to się namęczymy.

Maczetę przytrzymujemy jedną ręką lub wbijamy pionowo w pień drzewa. Hubkę umieszczamy na krzesaku i uderzamy o grzbiet maczety, tak by iskry spadały na hubkę.

Stal nierdzewna ogólnie się nie nadaje. Co prawda iskry da się skrzesać ale są bardzo ''anemiczne''. A może tak tylko mi się wydaje, czegoś nie wiem?  Taki jest mój stan wiedzy na chwilę obecną. Przegadam czasem swoje stare posty i zauważam, że niekiedy powinienem wnieść poprawki. No cóż, to co było, to już historia, ja piszę nową :) 

niedziela, 28 grudnia 2025

Moja przygoda z krzemieniarstwem - cz. 10

Nie wrzucałem dawno nic na bloga, ale nie oznacza to, że przez ten czas nic nie robiłem. Tak jakoś ....chyba zabrakło czasu na pisanie? Tak czy inaczej koniec roku warto posumować, wiedzieć na czym się stoi. Pod względem krzemieniarstwa był to rok średni. Pozyskałem dużo surowca, niestety brakowało czasu aby przysiąść i zająć się nim, w takim wymiarze jakim by się chciało. Dobrze, że jest to surowiec wyrozumiały, poczeka ;)

Moja przygoda z krzemieniarstwem - cz. 10. To już 10 wpis z tej serii, normalnie piszę seriale ;) Podsumujmy zatem w tym ostatnim w tym roku wpisie moje dokonania na polu obróbki surowców krzemieniarskich. 

W tym roku po raz kolejny spędziłem kilka dni w Pieninach i przy okazji pozyskałem bryły radiolarytu. Najwięcej z okolic Szczawnicy, w różnych barwnych odmianach: szarej, zielonej i czerwonej. W prezencie też otrzymałem piękną, duża bryłę zielonego radiolarytu z pirytem. Połyskujący złocisty piryt na zielonym radiolarycie, normalnie cudo. Wygląda to przyjemnie dla oka, gorzej pod względem łupliwości. Niestety piryt utrudniał łupanie, tam gdzie było go więcej wręcz uniemożliwiał. Z ciekawostek powiem wam, że krzesałem ogień tym materiałem. Piryt i radiolaryt (krzesak) z jednej konkrecji.

Z czerwonego radiolarytu chciałem wykonać rekonstrukcję ostrza liściowatego, znaleziska z Jaskini Mamutowej. Niestety nie ta jakość surowca, nie tym razem. Przywiozłem dużo surowca ale finalnie powstało niewiele wyrobów.

Krzemienne drapacze w drewnianej oprawie. Przydatne narzędzie przy obróbce skór i drewna.


Ostrze z australijskiego mokaitu. Pomyślicie, ładne bo kolorowe? Myślę, że to jest to bardzo powierzchowna ocena. Spójrzcie na to oto wielobarwne ostrze w inny sposób niż zwykle. Popatrzcie dalej, spróbujcie odgadnąć jego cechy wnętrze. Sądzę, że pod względem użytkowym  krzemień zdecydowanie przewyższa mokait. Ładnie się prezentuje, no i co z tego?


Szkło bezbarwne zbrojone metalową siatką. Nie ułatwia ono ani odrobinę obróbki, wręcz przeciwnie. Geometryczny wzór siatki jednak nadaje charakter ostrzu :)


Ostrza wykonane z krzemienia pozyskanego z nieczynnej kopalni piasku w okolicach miejscowości Sosnowca w województwie lubelskim. Dawno tam nie byłem, krzemień ciekawy, przyjemny, duże zróżnicowanie surowca z tej samej lokalizacji. Ciekawe skąd lodowiec ,,przytargał'' te krzemienie?


Ten sam surowiec co wcześniej. Rdzeń i wióry. 

Dalej ten sam surowiec. Kolorystycznie szarość, zachwyciła mnie jednak zmienność rysunku.


Sierpak i trzy ostrza siekierek. Jedno częściowo gładzone. 


Szlifowany nóż z łupka pozyskanego z lokalnego odsłonięcia w województwie świętokrzyskim. Rękojeści owinięta brzozową korą. Łupek z tego miejsca okazał się bardzo wdzięcznym surowcem. Pojechałem po radiolaryt, a przywiozłem łupek ;)


Mix surowcowy nr1. Każde ostrze z innego surowca i innej lokalizacji. Ten ostatni z prawej to nie krzemień, prawdę mówiąc nawet nie wiem co to za surowiec?


Szlifowane ostrze z łupu muskowitowego (łyszczykowego). Surowiec pozyskałem z tego samego miejsca co radiolaryt, z kamieniołomu w okolicach Szczawnicy.


Czasem jak widać ostrza, które wykonam, oprawiam (krzemienne i obsydianowe). Tutaj na przykładzie dwóch noży. Rękojeści z drewna, mocowanie na lepiszcze, oplot z surowej skóry. Oprawione będzie mi łatwiej sprzedać.


Grot strzały z agatu. Materiał był wstępnie poddany obróbce termicznej. Zdjęcie wykonane komórką nie oddaje w pełni barw tego minerału. W rzeczywistości ma piękniejszą, bardziej żywą barwę.


Mix materiałowy nr 2. Przyznam się, że nie pamiętam z jakich dokładnie surowców wykonałem poszczególne ostrza?


Małe, niepozorne trójkątne ostrze z krzemienia.Konkrecja krzemienna z grubą korą wapienną, czerwono zabarwioną zewnętrzną warstwą i jasno czekoladowym wnętrzem. Konkrecja po uderzeniu tłukiem rozpadła się na kilka mniejszych fragmentów. Co mnie urzekło w tym materiale to jego doskonała łupliwość.


Ostrze i trzy wióry z czarnego obsydianu meksykańskiego. Kiedy ja w końcu zrobię własny macuahuitl?


Szkło o ciekawej budowie wewnętrznej, którego charakter udało się zachować w małym ostrzu. Materiał znalazłem na polu ornym, dawniej w tym miejscu musiały być jakieś zabudowania. Fragment butelki lub innego szklanego wyrobu? Pewnie z ciekawą historią. Szkoda, że nie może jej nam opowiedzieć? ;)

Część krzemiennych ostrzy doczekała się owijek i pochewek. 


Ostrze z obsydianu tygrysiego. Dopiero spoglądając pod światło widzimy z jakim surowcem mamy do czynienia. 

Drobnica wykonana ze szkła, ale takiego z historią ;)

Mix materiałowy nr 3. Cześć wyrobów rozdaję, sprzedaję bądź wymieniam, ale znaczna cześć ląduje w mojej skrzyni na skarby. Ostrzami zapełniam już 3 tablicę ;)

Popatrzcie w tył, popatrzcie przed siebie. Ile udało się wam do tej pory zrobić i ile drogi zostało wam jeszcze do przebycia. Kres waszej wędrówki nastąpi za rok, dwa, a może za 10?  Nie wiecie ile dokładnie pozostało czasu, więc nie odkładajcie wszystkich planów na później. Tego później może nie być. Policzcie ile wam zostało lat, ile razy w roku wyjeżdżacie na dłuższy urlop, ile dni spędzacie na wędrówkach? Czy uda mi się jeszcze pojechać w góry, na ryby, na leśne spotkanie w towarzystwie innych. Co dla was jest istotne, co chcecie jeszcze dokonać w swoim życiu? Kolejny rok waszego życia kończy się, a za kilka dni zaczyna nowy. 

czwartek, 3 kwietnia 2025

Destylator wody z puszki i butelki.

Destylator wody z puszki i butelki to jeden z survivalowych patentów. Obozowałem w młodniku sosnowym na piaszczystym pagórku otoczonym bagnami. U podnóża na niewielkim dopływie bobry spiętrzyły wodę. Brudna, śmierdząca mułem, pływa rzęsa, jakieś organizmy i jeszcze nie wiadomo co w tej wodzie jest. Sami zobaczcie jak to wyglądało na zdjęciu.

Wody pod dostatkiem, ale czy zdatnej do picia? Tak, ale po odpowiednim przygotowaniu. Jednym z takich sposobów jest destylacja. Wyjątkowo rzadko stosowana w naszych warunkach głównie ze względu na czasochłonność. Destylowanie stosujemy, gdy nie możemy pozyskać/uzdatnić wody innymi, prostszymi sposobami. Destylowana woda jest czysta, ale pozbawiona składników mineralnych.

Miałem tym razem dużo czasu, więc mogłem się pobawić. Z aluminiowej puszki po piwie i szklanej butelki po winie zbudowałem prosty destylator. 

Nożem zrobiłem otwór na szyjkę butelki, drugi po przeciwnej stronie puszki na skropliny, a ten oryginalny zatkałem zieloną szyszką.

Chłodnicę montujemy na butelce z brudną wodą. Zestaw do destylacji stawiamy blisko ognia tak, aby woda powoli się gotowała. Uwaga, jeśli poziom wody w butelce będzie za wysoki/ woda będzie gotować się zbyt intensywnie, wykipi i przejdzie do chłodnicy zanieczyszczając ją. Chłodnica musi być czysta bo inaczej zanieczyszczenia trafią do wody i nasz wysiłek pójdzie na marne. Unosząca się para wodna trafia do chłodnicy (puszki), tam rozpręża się, schładza i skroplona  powoli skapuje do podstawionego naczynia (oczywiście również czystego).


Jeśli chodzi o wydajność procesu to nie wygląda to najgorzej. Po pół godzinie miałem zaparzoną kawę, a w dodatku była smaczna :)