Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woda. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 kwietnia 2023

Soki drzew- sposób na pozyskanie czystej wody


Jedną z możliwości uzupełnienia zapasów wody pitnej podczas wędrówki jest uzupełnianie ich o soki drzew. To woda wzbogacona o niewielkie ilości dodatków, przefiltrowana przez system korzeniowy, a wiec bezpieczna. 

W ''sezonie na sok'' robię tak często, z różnych powodów. Są smaczne, zdrowe i dają mi energię do działania. Pozyskany sok jest zamiennikiem wody, więc nie muszę jej dźwigać w plecaku. Pozyskuję na miejscu tylko tyle, ile jest mi potrzebne. Soki z drzew ratują sytuację gdzie jest problem z pozyskaniem czystej wody, np. tereny rolnicze.

W zależności od gatunku oraz warunków pogodowych soki można pozyskiwać od stycznia do kwietnia, najwcześniej z klonu, później z brzozy i grabu. Okres zbioru uzależniony jest od warunków pogodowych, zwykle trwa 2-4 tygodni.

Metody zbioru opisałem we wpisach: ,,Soku z brzozy. Syrop z soku z brzozy'' oraz ,,Syrop klonowy zrób sam''. Zachęcam do zapoznania się ze starszymi moimi wpisami. Jest tam dużo informacji odnośnie soków brzozy i klonu. 


Najczęściej korzystam z dobrodziejstwa brzozy, klonu i grabu. Prócz tych gatunków drzewne soki można pozyskiwać z buka, czereśni, lipy, olchy i osiki. Sok z brzozy i klonu zawiera pewne ilości cukru i jest nieco słodki. Sok z grabu smakuje jak zwykła woda. Brzoza czy grab potrafi być bardzo ''wydajna'' jeśli chodzi o zbiór, nawet kilkanaście litrów z jednego punktu. 


Z olchy korzystam w ostateczności, gdyż jest mało wydajna i jej sok jest gorzki. 


Sok z drzew to nie tylko woda, ale też niewielkie ilości cukrów, związków żywicznych, garbników, kwasów organicznych, soli mineralnych i witamin. Ich ilość jest zmienna i zależy od wielu różnych czynników, między innymi gatunku drzewa i pory zbioru. Bardziej szczegółowo opisałem to we wspomnianych wcześniej wpisach. 

Po zebraniu sok z drzew zwykle wymaga przefiltrowania z drobnych zanieczyszczeń. Wystarczy przelać go przez bandanę. Piję najczęściej świeży lub gotuję i zaparzam herbatę (z zebranych po drodze ziół) lub kawę. Poza tym drzewnych soków używam tak samo jak zwykłej wody. 


Należy pamiętać, że soki drzew są bardzo zmiennym, a zarazem i zawodnym źródłem wody. Warto mieć alternatywę i znać inne możliwości jej uzupełniania.

Na koniec podstawy, etyka korzystania z dobrodziejstw natury, nie śmiecić, nie szkodzić. 

czwartek, 23 lipca 2020

Prymitywne gotowanie w dole wyłożonym liśćmi


Przy dysponowaniu odpowiednio dużymi liśćmi nie ma sensu robienia glinianej misy. Wystarczy wykopać dołek i wyłożyć go liśćmi, np. łopianu czy lepiężnika. Otrzymamy w ten sposób prowizoryczne naczynie, w którym można w szybki i prosty sposób zagotować wodę. Mankamentem tej metody jest to, że nie zawsze znajdziemy odpowiednie liście.

Gdy mamy już liście, to kolejnym krokiem jest rozpalanie ogniska i rozgrzanie kamieni. Uważajcie na to, co wrzucacie do ogniska. Kamienie potrafią wybuchać z dużą siłą! Nie muszą to być wcale kamienie wzięte z rzeki. Nawet takie, które z zewnątrz wydają na suche wewnątrz mogą być wilgotne. Pod wpływem wysokiej temperatury powstała para wodna rozsadzi kamień, a odłamki mogą nas ranić.

Podczas gdy kamienie będą się nagrzewać przygotowujemy nasz prymitywny kociołek do gotowania. Wykopałem w podłożu około 20 cm zagłębienie i wyłożyłem go kilkoma liśćmi łopianu.


Miały one drobne uszkodzenia i dziurki, więc aby woda z zagłębienia nie wsiąkła w podłoże zastosowałem kilka warstw. Lekko zwiędnięte liście lepiej się układają i tworzą nieprzepuszczalną warstwę. 


Nalałem wody, a następnie wkładałem po jednym rozgrzane w ognisku kamienie. Po kilku minutach, gdy kamień ''oddał'' ciepło do wody wyciągałem i wrzucałem kolejny, aby nie ''tracić'' objętości pojemnika. Po kilkunastu minutach miałem przegotowaną wodę.

Przy uzdatnianiu w ten sposób wody dla pewności gotujcie ją kilka minut dłużej niż zwykle. Po wrzuceniu do wody rozgrzanego kamienia woda w jego otoczeniu natychmiast zaczyna wrzeć. Ale tylko w jego najbliższym otoczeniu. Kilka cm dalej temperatura wody jest niższa. Proces wymaga czasu, cała woda w naszym prowizorycznym naczyniu musi osiągnąć temperaturę wrzenia. Ciepło promieniuje od środka pojemnika, zewnętrzne warstwy chłodzą wodę. Suchy piasek jest tu lepszym izolatorem ciepła niż mokra glina. W pobliżu liści woda będzie miała najniższą temperaturę. Poczekajmy aż para woda będzie się intensywnie się wydzielać z całej powierzchni zagłębienia. Same ''pęcherzyki'' to jeszcze nie wszystko. Utrzymajmy temperaturę wrzenia przez kilka minut. Warto do ogniska wrzucić kilka kamieni więcej. Niektóre popękają zanim przeniesiemy je dołka z wodą.

czwartek, 11 czerwca 2020

Prymitywne gotowanie w glinanej misie wyłożonej liśćmi. Filtrowanie wody, gotowanie kamieniami i świerkowa herbatka.


W książce ''Survivalowa kuchnia. Bez ekwipunku. Gotowanie w terenie". cz. 1'', której jestem współautorem, opisana jest między innymi technika gotowania za pomocą rozgrzanych kamieni w glinianej misie. Technika ta ma zalety, ale też i wady. Nie każda glina nadaje się do zrobienia misy. Przydaje się doświadczenie. Schnięcie i wypalanie ceramiki zabiera dużo czasu. Często powierzchniowa warstwa glinianej misy pęka i woda wsiąka w podłoże. Nieutwardzona glina może zanieczyścić nam wodę. Przez te kilka lat od ukazania się książki sporo eksperymentowałem z prymitywną kuchnią. Ciągle pojawiają się nowe pomysły i spostrzeżenia dlatego książka wymaga uzupełnienia. Dla przykładu o techniki gotowania z wykorzystaniem liści.

Jest to wariant prymitywnego gotowania w glinianej misie bez jej uprzedniego wypalania. Aby nieutwardzona glina nie uległa rozmyciu i nie zanieczyściła wody wnętrze wykładamy liśćmi. Gotujemy rozgrzanymi w ognisku kamieniami. Technika szybsza i czystsza od pierwowzoru.

Miejscem moich eksperymentów było dawne wyrobisko gliny przy cegielni. Obecnie porośnięte lasem. W płytkich zagłębieniach zbiera się woda, która przybiera kolor podłoża, czyli kawy z mlekiem.


Przed gotowaniem próbowałem ją oczyścić. W tym celu zbudowałem improwizowany filtr z dostępnych w najbliższej okolicy materiałów. Piasku nie znalazłem, więc użyłem pokruszonych kawałków miękkiego próchna, które zawinąłem w liście łopianu i związałem łykiem.


Woda po takim filtrowaniu była odrobinę czystsza, przynajmniej wizualnie. Daleko jej jednak do tego, co uzyskiwałem z filtra z warstwą piasku i węgla drzewnego. Następnym razem zmodyfikuję filtr. Kolej na glinianą misę i rozgrzane kamienie.

Oczyściłem miejsce ze ściółki i ułamanym kawałkiem suchej gałęzi wykopałem płytkie zagłębienie. Pod kilkucentymetrową warstwą humusu natrafiłem na glinę. Patykiem spulchniałem ją, dolałem wody i wyrobiłem.


Pogłębiałem dalej zagłębienie i jednocześnie wyrabiałem glinę do uzyskania kształtu misy. Następnie wykleiłem wnętrze gliną i wygładziłem powierzchnię. Wyszedł mi niemały kocioł ;)


Obok rozpaliłem ognisko i wrzuciłem kamienie, aby się nagrzały.


Glinianą misę wyłożyłem liśćmi łopianu i napełniłem wodą. Po około godzinie rozgrzane kamienie przeniosłem do misy.


Po jej przegotowaniu dodałem kilka gałązek świerku. Gdy herbatka nabrała smaku i nieco ostygła uciąłem z trawy słomkę do picia. Napar smakował bardzo dobrze. Oczywiście całej nie wypiłem, tylko dla eksperymentu zrobiłem tak dużą misę. Oceniam, że jej pojemność to, co najmniej kilka litrów. W razie potrzeby taka misa może posłużyć też za zbiornik do gromadzenia deszczówki.


W ten sposób nie dysponując żadnym naczyniem w czasie 1,5 godziny zagotowałem wodę w glinianej misie. Technika prosta i skuteczna. Nie trzeba czekać aż glina wyschnie, wypalać. Tutaj od razu po wylepieniu gliną zagłębienia możemy przystąpić do wyłożenia liśćmi, nalania wody i gotowania. Zadaniem gliny jest stworzenie szczelnego naczynia, inaczej woda by mam wsiąkła w podłoże. Z kolei liście pełnią rolę ''płaszcza ochronnego'' dla warstwy nieutwardzonej gliny. Liście nie tworzą szczelnej warstwy dla wody, niewielka jej cześć powoli przedostaje się pod nie. Nie przeszkadza to jednak w gotowaniu. Łopian to nie jedyna roślina, którą można użyć do wyłożenia glinianej misy. Inne gatunki o mniejszych liściach też będą się nadawać. Istotne, aby były to rośliny nietrujące, a liście czyste.

niedziela, 24 maja 2020

Woda z łodyg rdestowca


O czystą, zdatną do picia wodę w terenie, bywa nieraz trudno. Przykładem jest moje niedawne obozowanie nad Wisłą. Rzeka duża, ale co z tego, jak woda niezdatna do picia. Niektórzy nie zaryzykują nawet zamoczyć w niej palca. Odbiornik ścieków, strach pomyśleć, co zawiera. Są filtry, które taką wodę uczynią zdatna do picia. Ja jednak chciałem opowiedzieć o innym sposobie na unikniecie odwodnienia. Survivalowa sztuczka, jaką jest pozyskanie wody/soku z rdestowca.

W łodygach rdestowca na wiosnę (znacznie rzadziej jesienią) można znaleźć wodę zgromadzoną w międzywęźlach. Najczęściej i zarazem najwięcej będzie jej w segmencie znajdującym się przy samym podłożu. Im wyżej tym mniej i mniejsze prawdopodobieństwo, że ją znajdziemy. Woda zbiera się w okresie intensywnego wzrostu rdestowca w miesiącach kwiecień - maj. Roślina ma wtedy od 0,5 - 1,5 wysokości. W ubiegłym roku udało mi się znaleźć wodę w łodygach rdestowca pod koniec października. Miała ona jednak nieco gorszy smak niż ta zbierana wiosną.


Zjawisko gromadzenia wody nasila się w dni deszczowe oraz przy wilgotnym podłożu. Odpowiedni moment wegetacji nie też gwarantuje sukcesu. Niektóre międzywęźla są spękane i woda się wtedy nie gromadzi. Jeżeli dopisze nam szczęście i trafimy dobrą miejscówkę, to z każdej rośliny uzyskamy odrobinę wody. Jeśli nie, to tylko w jednej na kilka. W starych, zeschniętych łodygach wody nie znajdziemy w ogóle.

Woda zgromadzona przez rdestowiec ma przyjemny, lekko kwaśny smak. W upalne dni jest chłodna i dobrze gasi pragnienie. Głęboki system korzeniowy tej rośliny filtruje wodę i jest ona wolna od zanieczyszczeń biologicznych. Należy jednak pamiętać, że rośliny rosnące na glebach skażonych (metale ciężkie) mogą kumulować zanieczyszczenia. Gatunek ten jest bardzo inwazyjny i jest zwalczany chemicznie. W takich przypadkach cała roślina i woda w nim zawarta nie będzie się nadawać do spożycia. 


Ilości wody, jaką możemy pozyskać z łodyg rdestowca jest niewielka. To nie lasy deszczowe i liany, z których po przecięciu woda leci jak z kranu i jedna roślina jest w stanie zaspokoić nasze chwilowe pragnienie. Tu z jednej łodygi zbierzemy maksymalnie kieliszek wody. Wydajność zbioru jest, więc bardzo niewielka. Tak więc aby zebrać zadowalającą nas ilość trzeba się napracować. Trudno podawać przykładowe czasy gdyż jest to zależne od kilku czynników. Uzbieranie kubka wody może nam zająć 10 minut jak i 1 godzinę.


Jak więc widzimy pozyskanie wody z rdestowca uzależnione jest od kilku czynników. To niepewny sposób zaopatrywania w wodę, który może być przydatny tylko w wyjątkowych sytuacjach. Technikę tą traktuję, jako rodzaj ciekawostki i survivalowej sztuczki.

niedziela, 22 października 2017

Gotowanie wody w zaimprowizowanych pojemnikach z łodyg rdestowca


Rdestowiec ma długie, proste łodygi z międzywęźlami, pusty środek oraz dość cienkie i wytrzymałe ścianki. W budowie przypomina bambus. Podobne jest też jego zastosowanie. Wybierając najgrubsze łodygi i odpowiednio je przycinając możemy uzyskać pojemniki, których można użyć do gotowania wody bezpośrednio nad ogniem. To awaryjne, jednorazowe rozwiązanie. Organiczne ścianki łodyg ulegają zwęgleniu. Zanim jednak to nastąpi zagotujemy w nich wodę.

Do gotowania wody nadają się łodygi rdestowca zebrane od końca lata do wiosny. Szukamy prostych, długich łodyg o jak największej średnicy. Chodzi o pojemność pojemnika, im większy, tym więcej wody w nim zagotujemy. Rdestowiec nie osiąga tak dużych rozmiarów jak bambus. Poza tym ustępuje znacznie mu wytrzymałością, jego łodygi są kruche i cienkie.


Gotować w łodygach rdestowca możemy na dwa sposoby. W pierwszym pojemnik z rdestowca wstawiamy jednym końcem w żar, a drugim opieramy o kamień lub większą kłodę aby się nie przewrócił. W drugim sposobie pojemnik zawieszamy poziomo nad ogniem.

W pierwszym sposobie gotowania łodygę rdestowca przycinamy tak, by otrzymać rodzaj tuby, która od dołu jest zamknięta, a od góry otwarta. Odpowiednio przycinamy łodygę na międzywęźlach.
Przy drugim rozwiązaniu przycinamy łodygę dłużej ok. 10 cm z każdej strony za międzywęźlami. W 1/4 przekroju łodygi wycinamy otwór przez który wlewamy wodę. Końce pojemnika opieramy na pionowo wbitych palikach po bokach ogniska. Najprostszy jest pierwszy sposób gotowania, nawet gdy mamy cienkie łodygi bez problemu zagotujemy wodę. Drugi sposób jest wart uwagi tylko w przypadku grubych łodyg.

Najczęściej gotowałem wodę w łodygach o średnicy nie przekraczającej 4-5 cm. Przy wysokości pojemnika 20 cm daje nam to objętość około 0,25 l, taki średniej wielkości kubek. Taka ilość do ugaszenia pragnienia powinna wystarczyć. Kilka razy, przy dużych łodygach rdestowca, udało mi się zagotować 0,5 l wody i więcej w ten sposób. Zwykle, by trud się opłacił, gotuje wodę w kilku łodygach jednocześnie.

Podczas gotowania z łodyg do wody przedostaje się sok roślinny, co wpływa na jej smak. Przy zdrewniałych, uschniętych łodygach jest to mniej odczuwalne, przy zielonych otrzymamy wodę o smaku kompotu z rabarbaru :) 

wtorek, 16 kwietnia 2013

Sok z brzozy. Syrop z soku z brzozy.


Leci! Ci, co kosztowali wiedzą, o co chodzi, dla nich to dobra wiadomość. Co roku zbieram, a więc i wypada mi napisać o smacznym brzozowym soku i syropie.

Wykorzystanie soku z brzozy ma wielowiekową tradycję, zwłaszcza w Rosji gdzie drzewostany brzozowe zajmują ogromne połacie. U nas również brzóz nie brakuje, jest bardziej pospolita niż klon, z rozpoznaniem też nie powinniśmy mieć problemu.

Sok z brzozy, czyli oskoła pozyskiwana jest wczesną wiosną, przed pojawieniem się liści. Okres zbioru to w zależności od warunków pogodowych ok. 2-5 tygodni. Najwcześniej soki ruszają w brzozie brodawkowatej, która występuje na suchych, piaszczystych terenach. Kilka dni później w brzozie omszonej, preferującej miejsca wilgotne.
Łatwo sprawdzić czy ruszyły już soki. Brzozę nakłuwamy czubkiem noża, gdy pojawi się kropla to znak, że to odpowiedni moment na ściąganie soku. Soki ruszają najwcześniej po nasłonecznionej stronie pnia. Intensywniej też wycieka sok z otworu zrobionego po tej stronie.

Sok pozyskujemy identycznie jak z klonu. Wybieramy zdrowe brzozy o średnicy nie mniejszej jak 10 cm. Wiercimy tylko jeden, jak najmniejszy otwór w pniu, przebijamy korę i kilka milimetrów drewna. Kora brzozy jest elastyczna i można to wykorzystać do zrobienia ''okapu'' po którym sok będzie ściekał do pojemnika, nie trzeba wtedy patyczka. W pniu robię nożem otwór, sok ścieka po pniu, kilka centymetrów poniżej podcinam w poprzek wierzchnie warstwy kory tak by nie uszkodzić miazgi i zawijam do góry robiąc taki okap po którym sok skapuje do pojemnika.

Sok można też zbierać z gałęzi, wystarczy odciąć koniec zwisającej gałęzi i przywiązać do niego butelkę.
Na pniach drzew ściętych zimą oraz na świeżych zrębach sok można zbierać także ze ściętych pni, wtedy robimy na pniu rowek ze spadkiem w jedną stronę skąd sok po przepołowionej i pustej gałązce bzu trafi do pojemnika. Jeśli trafimy w lesie na taki pniak to nikt nie powinien mieć pretensji, że okaleczamy drzewa, co innego jak zbieramy sok bez odpowiedniej zgody, raczej mile to nie będzie widziane.

Intensywność wypływu soku jest zależna od wielu czynników. Wpływ ma miedzy innymi nasłonecznienie, temperatura, opady, wielkość drzewa, wielkość nawierconego otworu. W dzień jest zwykle cieplej, soki krążą szybciej i więcej go zbierzemy, w nocy jest zimniej i ilość soku będzie mniejsza, jeśli noc jest z przymrozkiem krążenie soków może ustać. Najmniej soku pozyskamy z uciętego końca gałęzi, najwięcej ze ściętego drzewa, średnio od 0,5 do 10 l/dobę, czasami nawet więcej. Wielkość naczynia do którego będzie ściekał sok powinna być dopasowana do intensywności wypływu i częstości zbierania, z kilku stanowisk można przelewać sok do większego zbiorczego naczynia. Trzeba sprawdzać czy sok ścieka do naczynia a nie sączy się po pniu na ziemię i naczynie nie jest przepełnione. Do naczynia z sokiem czasami wpadają różne drobne zanieczyszczenia, kawałeczki kory, owady, taki sok trzeba przefiltrować przed spożyciem.


Sok brzozowy jest koloru od bezbarwnego przez lekko mętny do żółtawego, o słabo wyczuwalnym, słodkawym, przyjemnym smaku, zawiera cukry (głównie fruktozę) ok. 0,5-2%, związki żywiczne, garbniki, kwasy organiczne, witaminy z grupy B oraz liczne sole mineralne (potas, miedź, mangan, fosfor i wapń, magnez, żelazo). Zawartość poszczególnych składników, w tym cukru, zmienia się, widać to po kolorze i jest wyraźnie wyczuwalne w smaku. Na początku sezonu sok wygląda i smakuje jak woda, bezbarwny, o posmaku drewna. Pod koniec zbioru sok jest najbardziej wartościowy, zawiera więcej cukru, bogatszy w składniki mineralne, ciemniejszy, lepszy w smaku. Brzozy rosnące w grupach, w cieniu innych, w miejscach wilgotnych później zaczynają wegetację, brzozy rosnące w miejscach nasłonecznionych, piaszczystych wcześniej i z tego samego dnia możemy otrzymać w różnych miejsc sok o innej zawartości cukru. Co więcej, duża różnica może być pomiędzy sokiem zebranym tego samego dnia z jednego drzewa w nocy czy rano a w słoneczne południe. Sok sprawdzam za każdym razem próbując
jak smakuje, szczególnie jeśli zamierzam z niego zrobić syrop, ogólnie im ciemniejszy i słodszy sok tym lepiej.

Sok z brzozy był od tysięcy lat używany do kuracji wzmacniających, wykazuje szereg właściwości leczniczych. Najlepiej pić świeży sok, prosto z drzewa, niektórzy uważają, że sok z brzozy dostarcza naszemu organizmowi energii witalnej, taki leśny Red Bull. Mi po wypiciu kilku kubeczków takiego soku wraca nie tylko energia ale i poprawia się nastrój, można powiedzieć samo dobro :)
Picie soku z brzozy zapobiega tworzeniu się kamieni nerkowych, korzystnie wpływa na układ moczowy, reguluję przemianę materii, oczyszcza organizm z toksyn.

Z buteleczce z lewej syrop z soku brzozy, z prawej z klonu.

Oskoła jest jednak produktem krótkotrwałym, łatwo psującym się, przez kilka dni można przechowywać go w chłodzie, po kilku dniach kwaśnieje. Tam gdzie woda jest zanieczyszczona, w sytuacji awaryjnej, sok z brzozy może ją zastąpić, soku dodaję do podpłomyków dla lepszego smaku. Zawsze gdy mam możliwość w terenie napić się chłodnego, orzeźwiającego soku z brzozy to korzystam z dobrodziejstwa tego drzewa.
Jeśli sok zamierzamy przechowywać dłużej to konserwujemy dosładzając cukrem, miodem lub zagęszczamy przez odparowanie wody. Zagęszczony sok można przerobić na wino, ocet lub syrop. Jeśli to ma być produkt naturalny, bez dosładzania to znaczenie ma okres zbioru i zawartość cukrów w zebranym soku, odparowanie 10l a 5l to duża różnica.

Sok z brzozy można zagęścić tak by otrzymać pyszny syrop, mniej słodki jak syrop klonowy, do podpłomyków rewelacja. Co prawda wymaga to dużo pracy ale efekt finalny wart jest zachodu, wszelkie słowa przeciwko pozyskiwaniu soku z brzozy znikają po spróbowaniu jak ów syrop smakuje.
Najefektywniej sok odparowuje się w płaskich dużych metalowych pojemnikach np. blachach do pieczenia, głębszych patelniach, szerokich garnkach. Gotujemy sok tak długo aż odparujemy nadmiar wody, sok zacznie robić się ciemniejszy, gęstszy i słodszy. Pilnujemy by zawartość nie wykipiała i nie przypaliła się pod koniec procesu. Odparowanie takiej  ilości soku wymaga dużej ilości paliwa, na bagnach nie mam z tym problemu.

W zależności od jakości soku i tego jak bardzo gęsty syrop chcemy mieć, ze 100 l soku otrzymamy 1-2 l syropu. Ja bardziej nie zagęszczam, bo przy pewnym stężeniu łatwo się przypala ta masa. Wg mnie syrop jest wystarczająco gęsty i smaczny, ale można dalej zagęszczać do postaci melasy z buraka cukrowego. Powstanie ciemnobrunatny, gęsty, aromatyczny i bardzo smaczny, przypominający właśnie produkt z buraków cukrowych sprzedawany w sklepach ze zdrową żywnością. Zawartość cukru, związków żywicznych, garbników, soli, witamin i minerałów jest w takim syropie o wiele większa niż w świeżym soku z brzozy. Syrop, dzięki wysokiej zawartości cukru i innych związków, nie ulega zepsuciu i można go dłużej przechowywać. Ja zwykle nie mam na tyle silnej woli by trzymać go do następnej wiosny, przy ognisku robię podpłomyki z razowej mąki i po kilku razach zapas brzozowego syropu znika. W tamtym roku w ognisku piekłem rodzaj słodkiego chleba, do mąki dodałem wtedy syropu, ... pyszności.
Można, jeśli komuś nie zależy na w pełni naturalnym produkcie, otrzymany syrop dosładzać np. cukrem trzcinowym, też tego nie robię, za bardzo zmienia to smak brzozowego syropu. Czasami mieszam sok z klonu z sokiem brzozowym i odparowuję na syrop, w smaku powstaje coś pośredniego pomiędzy syropem z klonu a syropem z soku brzozy.

Na koniec o produkcie sprzedawanym w sklepach pod nazwą woda brzozowa, gdybym miał ocenić i skomentować jak smakuje i co jest wart ten wyrób, to pierwszy człon w nazwie jest jak najbardziej do tego adekwatny.