wtorek, 21 kwietnia 2015

Ogniowa wiertarka bezwładnościowa

Uwaga, będzie podchwytliwe pytanie, z czym się wam kojarzy puszczanie bąka? :)
Obawiam się, że dla większości niestety nie z atrakcyjną zabawką dla dzieci, a fizjologią człowieka. Mi się z dzieciństwem, jestem ostatnim pokoleniem wychowanym bez elektronicznych zabawek. Kiedyś ktoś mnie zapytał jak działa wiertarka bezwładnościowa, bo nie potrafił sobie tego wyobrazić, mimo zdjęć i opisu. Nakręciłem filmik by wspomóc skurczoną wyobraźnię :)

Działanie wiertarki bezwładnościowej i bąka zabawki oparte jest na zbliżonej zasadzie, edukacyjne i ciekawe pokazanie praw fizyki i mechaniki w praktycznym zastosowaniu. Konkretnie chodzi o działanie siły bezwładności w nieinercjonalym układzie odniesienia. Zabrzmiało groźnie? Wektorów i rachunku tensometrycznego nie będzie, za to potrzebna jest wyobraźnia i odrobina umiejętności technicznych :)
Podam praktyczne wskazówki jak zbudować wiertarkę, opiszę jej działanie oraz wymienię wady i zalety.

Pierwotnym i najszerzej znanym zastosowaniem wiertarki bezwładnościowej było wiercenie otworów, zaś ogień jest wtórnym. Wiertarki tego typu były znane już w neolicie, stosowane do wiercenia otworów w np. bursztynie i kości. Ogniowa wiertarka bezwładnościowa pomimo niezbyt skomplikowanej budowy i łatwości obsługi rzadko była stosowane do krzesania ognia.

Wiertarka bezwładnościowa składa się z pionowego wiertła, obciążnika, poziomego ramienia i sznurka. Pionowe wiertło może być jednoczęściowe lub z wymiennym bitem - dwu lub trzy częściowe. Jednoczęściowe wiertło jest najprostsze do wykonania, składa się z prostego kija, ma zasadniczą wadę, pod wpływem tarcia ściera się jego dolna część, jego żywotność ogranicza się do ok. kilkunastu razy.

Ponieważ swoje wiertarki używam na pokazach zdecydowałem się na wiertło z wymiennym bitem, jest to wygodne rozwiązanie, mogę bez problemu zmieniać bity na te wykonane z rożnych gatunków drzew oraz  średnicy i długości (w pewnych granicach). Mogę w ten sposób testować inne gatunki, wymiana bitu jest prosta, zajmuje kilka minut, jeden bit wystarcza na 5-10 prób.

Na górnym końcu zrobiłem otwór przez który przechodzi sznurek, można też zrobić poprzeczne nacięcie lub zmniejszyć średnicę i obwiązać. Materiał na wiertło jest taki sam jak przy łuku ogniowym, do wiertarki zwykle używam lipy. Ze względu na twardość jak i rurkowatą budowę na wiertło z wymiennym bitem użyłem pędu dzikiego bzu. Koniec wiertła wzmacniam naturalnymi jelitami lub ścięgnami by uchronić go przed pękaniem.

Obciążnik można wykonać z kamienia, ceramiki, drewna lub połączenia tych materiałów. Kamień jest bardzo dobry pod warunkiem, że mamy czym wywiercić otwór, co w prymitywnych terenowych warunkach okazać się może niewykonalne, chyba że są to miękkie skały. Miękkie i zwykle lekkie skały są mało wytrzymałe, zdarza się, że pękają w trakcie użytkowania wiertarki. Drgania powstałe podczas wiercenia przenoszone są na obciążnik. Pozostaje poszukać kamienia o naturalnej formie dysku ewentualnie go obrobić do takiego kształtu, a następnie wywiercić otwór. W warunkach domowych obróbka kamienia, nawet z tych twardych skał nie jest już czymś skomplikowanym. Ceramiczny obciążnik jest łatwy do wykonania, bez problemu możemy nadać mu dowolny kształt i wielkość. Mam taki obciążnik w wiertarce mniejszej, przeznaczonej do wiercenia otworów. Ceramika jest bardziej niż drewno czy kamień narażona na pęknięcia w czasie przenoszenia i użytkowania pod wpływem drgań przenoszonych z wiertła na obciążnik.

Wykonanie obciążnika z kamienia czy ceramiki jest czaso- i pracochłonne, dlatego wykonałem w swoich ogniowych wiertarkach bezwładnościowych obciążenie z drewna lub połączenia drewna i kamienia. Wybieramy ciężkie drewno  i tniemy piłką plaster. Jeśli dysponujemy elektryczną wiertarką to zrobienie otworu nie nastręcza problemów, ale spróbujcie tego samego w lesie, w prymitywnych warunkach bez współczesnych urządzeń.  Najłatwiejszy do zrobienia w warunkach polowych obciążnik wg mnie to połączenie drewna i kamieni, pomiędzy kawałkami płaskich deszczułek umieszczamy dodatkowo  kamienie dla zwiększenia masy i mocujemy wszystko razem sznurkiem lub jak ja to zrobiłem jelitami. Otwory w deseczkach bez problemy przewiercimy łukiem ogniowym, mają 2-3 centymetry grubości, a nie jak w obciążniku wykonanym tylko z plastra pnia 10 cm lub więcej.
Drewniany obciążnik w mniejszej wiertarce to plaster z dębowego pnia o średnicy ok. 12 cm i grubości 8 cm, kamienie w większej wiertarce mają wielkość dużej cytryny.

Masa, a zatem i wielkość obciążnika jest nie bez znaczenia, dobieramy ją odpowiednio do wielkości wiertarki, średnicy wiertła i jego twardości. Zasada jest podobna jak w łuku ogniowym, większa średnica i twardsze drewno to większy nacisk, tu większa masa obciążnika. Jeśli nasz obciążnik będzie za lekki to wiertko nie będzie się ścierać i produkować czarnego, gorącego pyłu. Jeśli masa będzie zbyt duża, to duża bezwładność wiertarki wpłynie na jej szybkość, tak też będzie źle. Tutaj przydaje się doświadczenie i wyczucie. Jeśli mamy nieco za lekki obciążnik to możemy spróbować zmniejszyć średnicę wiertła (bita), stosujemy taka samą zasadę jak przy innych metodach ciernych (łuk ogniowy, świder ręczny), mniejszy nacisk to mniejsza średnica, i odwrotnie, wzrost średnicy oznacza większy nacisk. Drugi sposób to dołożenie kamieni lub wymiana na większe. Jeśli wykonamy obciążnik o zbyt dużej masie próbujmy do ''odchudzić'', z drewnianym nie powinno być problemu.

Poziome ramię wykonujemy z drewna, do końców mocujemy sznurek. Aby wiertarka sprawnie działała przyjmuje się, że powinny być zachowane odpowiednie proporcje. Stosunek długości wiertła do ramienia i sznurka powinien wynosić 4:3:5. Długość wiertła liczymy od miejsca zamocowania sznurka na górze do ramienia, ramię tyko 1/2, bo mamy dwa trójkąty, a długość sznurka to przeciwprostokątna w trójkącie.
Dla przykładu moja większa wiertarka ma wymiary: długość wiertła 67 cm, długość ramienia 45, długość sznurka 49 cm, mniejsza odpowiednio: 55, 33 i 39 cm, są to orientacyjne wielkości.

Średnica wymiennych bitów ok. 10-12 mm i długość 6-8 cm, mają zmienną średnice na długości, tak by się blokowały w wiertle z bzu. Podstawkę robię z tego samego materiału co bity.

Wiertarkę wprawiamy w ruch obrotowy skręcając sznurek wokół wiertła a następnie naciskamy w dół na ramię, To spowoduje rozkręcenie sznurka i obrót obciążnika wraz ze świdrem aż do skręcenia sznurka w przeciwnym kierunku. Wiertarka pracuje raz w jedna, a raz w drugą stronę. Zaczynamy od lekkiego nacisku stopniowo go zwiększając co spowoduje zwiększenie obrotów. Łatwej było mi to zrobić niż opisać.

Jak wygląda ogniowa wiertarka bezwładnościowa na tle innych metod. Jej budowa jest skomplikowana w porównaniu do świdra czy łuku i pracochłonna. Czas, w jakim uzyskujemy żar jest porównywalny z innymi metodami. Niektórzy mają problem z utrzymaniem obrotów i właściwą pracą, tak jak i inne metody wymaga opanowania. Jest ciężka i zajmuje dość dużo miejsca, przenoszenie w plecaku elementów na świder czy łuk jest dużo łatwiejsze. Wiertarka zyskuje jedynie w przypadku porównania wysiłku włożonego w uzyskanie żaru, przy mniejszych można to zrobić nawet jedna ręką. Podsumowując ogniowa wiertarka ma więcej minusów jak plusów, to było powodem sporadycznego jej stosowania. Dobra metoda na pokazy, gdyż mogą z niej korzystać 2 osoby jednocześnie, również dzieci. Miłej zabawy :)


czwartek, 9 kwietnia 2015

Szałas potu na powitanie wiosny




Świat szamanów, zjawisk nadprzyrodzonych coś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć, objąć wzorami matematycznymi istniał od zarania dziejów. Czasy się zmieniały, powstały różne religie, mamy XXI wiek i rozkwit nauki. Jestem bardzo sceptycznie nastawiony do takich rzeczy, ale spotkało mnie kilka razy w życiu coś, czego nie potrafię sobie w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć.
28-29 marca tego roku wziąłem udział w szałasie potu w przepięknym miejscu w Puszczy Bolimowskiej. Wywarło to na mnie tak duży wpływ, że postanowiłem o tym napisać. Oczywiście głębsze odczucia są sprawą bardzo indywidualną i osobistą, pozostawię je więc dla siebie.

O szałasie potu słyszałem już kilka lat temu, jednak nie potrafiłem się zdecydować. Może nie byłem jeszcze gotowy?  I stało się tak, że znajoma zaprosiła mnie do wzięcia udziału w szałasie potu na powitanie wiosny, nie wahałem się ani chwili. Poczułem, że ten szałas jest mi potrzebny. Rozwojowi fizycznemu powinien towarzyszyć harmonijny rozwój duchowy.

Jana Szeligę, który miał poprowadzić te warsztaty twardej ścieżki poznałem już wcześniej na Konwencie, gdzie wtedy zorganizował chodzenie po żarze. Nie wiedziałem nic o szałasie potu, poza tym, że coś takiego jest. Byłem bardzo podekscytowany, nie wiedziałem jak zareaguję.

Co to jest w ogóle ten szałas potu, po co się to robi? Szałas potu jest jedną z praktyk twardej ścieżki (nazwa umowna). Mogą one obejmować np. chodzenie po ogniu, szałas potu, zakopywanie w ziemi, podróże przy bębnie, marsze transowe, tańce spontaniczne, diady komunikacyjne, medytacje dynamiczne. Twarda ścieżka to ogólnie ćwiczenia poszerzające świadomość, oddziaływające na umysł poprzez ciało i jego zmysły. Mają na celu rozwój, przemianę i samopoznanie, występują w szamanizmie, hatha jodze a nawet w treningu aktorskim czy survivalu.

Na miejsce przyjechałem wcześniej, by rozejrzeć się po okolicy. Gdy prawie wszyscy (kilka osób dojechała później) uczestnicy dotarli na miejsce zjedliśmy wspólnie obiad, a następnie zaczęliśmy praktyki. Przygotowaliśmy opał na ognisko, znieśliśmy na miejsce, ułożyliśmy stos i zbudowaliśmy szałas potu. Wykorzystaliśmy do tego celu koce, plandeki, linki i giętkie gałęzie. Szałas był duży gdyż, musiało się w nim zmieścić kilkanaście osób. Przy dźwiękach bębna podpaliłem ogniowym świdrem ręcznym stos, pięknie się cały zajął, kamienie nagrzewały się. Po koncercie na misach tybetańskich zaczął się szałas potu, 4 rundy  przerwane kąpielą w rzecze. Okadzanie, intencje i przywoływanie sił, czekanie na to, co się wydarzy, puszczanie. Oczywiście wszyscy są w tym czasie nago. Do środka wnoszone były kolejne rozgrzane do czerwoności kamienie, przez długi czas oddawały zgromadzone ciepło, temperatura wzrastała, pot coraz obficiej ze mnie spływał, stawało się nieznośnie gorąco. W szałasie było ciemno, prócz wysokiej temperatury zapachy spalanych ziół i aromatycznych mieszanek. Na koniec kamienie polane były wodą, było bardzo gorąco! O krzykach i innych doznaniach nie napiszę :)
Rano rozebraliśmy szałas, śniadanie i spacer po puszczy. W sobotę pogoda była niepewna za to w niedzielę już wiosenna, słoneczna. Usiedliśmy w kręgu, a następnie ''wysyłaliśmy orły''. Jest to pewnego rodzaju ukierunkowana medytacja, gdzie wypuszczamy nasze życzenia/problemy. Jeszcze smaczny wegetariański obiad, pożegnania i rozjechaliśmy się do domów.

Były osoby, dla których ten szałas był pierwszym, ale kilka osób przybyło po raz kolejny. Każdy i za kolejnym razem inaczej przeżywa szałas potu, by miał on sens trzeba się puścić, otworzyć. Chodzi tu duchowość, a nie wyłącznie o czysto fizyczne pocenie się. Warsztaty jak dla mnie były niesamowite, jeszcze kilka dni po powrocie do domu je przeżywałem. Oceniam ich wpływ bardzo korzystnie, szałas mi pomógł, kolejne orły lądują :)

Sława.

sobota, 4 kwietnia 2015

Przynieś obiad z lasu :)




Jeden z nielicznych wpisów relacjonujących to co zrobiłem kilka godzin temu.

Las, który jest dla mnie odwiecznym źródłem mocy. Poszedłem na swoją polankę, taką czułem potrzebę. Wędrówka po lesie, by posłuchać wiosennego śpiewu ptaków i szumu drzew, zobaczyć pierwsze kwitnące rośliny, zwolnić oddech, naładować się energią lasu, poleżeć na mchu, wsłuchać się, poczuć ziemię, ciepło słońca na policzku i przynieść obiad :)

Dzisiejszy spacer nad strumieniem w lesie bardzo udany. Największe zaskoczenie to czosnek niedźwiedzi, szok! Coś czego się nie spodziewałem u mnie, setki razy tędy przechodziłem i nigdy go nie było. A teraz ogromne zdziwienie, 3 kępki czosnku w niewielkiej odległości. Być może ktoś posadził, trudno powiedzieć? Będę miał cebulki to jeszcze dosadzę.

Niektórym się wydaje, że jem tylko rośliny zielone. Nie, tak nie jest, moja dieta jest bardzo urozmaicona. Tak wyglądał dzisiejszy obiad, sałatka: mniszek, podagrycznik, dziki szczypiorek, gwiazdnica, ser typu feta, pomidory, jajko, papryka, czarne oliwki. Mój organizm potrzebuje witamin i minerałów, stąd też wiosenna faza na sałatki z dodatkiem dzikich roślin. Do tego kluchy z selerem naciowym i dobre piwo, też produkt roślinny. No to na zdrowie :)

Pozostałe zdjęcia:  https://picasaweb.google.com/101961305466505913296/PrzyniesObiadZLasu

czwartek, 26 lutego 2015

Łyżka z lipowego drewna


Zimowe wieczory są długie. Gdy już po całym dniu samotnej wędrówki spoczniemy przy ognisku, zjemy małą kolację i napijemy się gorącej herbatki, zanim pójdziemy spać można porobić coś przyjemnego, choćby strugać w drewnie.

Drewno lipowe jest miękkie, doskonale nadaje się do tego, by zrobić np. łyżkę. Na taka małą wystarczy 15 cm długości obrzynek z gałęzi, świeżej lub sezonowanej, najlepiej o prostych słojach. Zdejmujemy korę, ścinamy na płasko tak by pozostała ok. 2 cm grubości deseczka. Następnie nożem łyżkowym wybieramy drewno na przyszłą komorę zupną. Najpierw komora zupna a dopiero brzegi, tak jest bezpieczniej.  Dalej zdejmujemy nadmiar drewna nożem aż do uzyskania kształtu łyżki. Nie trzeba papieru ściernego, taki surowy wygląd jest bardziej naturalny.


Kilka wieczorów i wracamy do domu z prezentem, albo nawet kilkoma :)

piątek, 20 lutego 2015

Drewniany kubek


 [...] Gdy przyleciałem w połowie października, kiwał do mnie z brzegu kwitnący zdrowiem, dobrze odżywiony, a nawet odpasiony.  Nie koniec na tym, na skraju lasu stał fajny dom z biewron, przytulnie urządzony i już ogrzewany, a  w nim stół, krzesła, dużo regałów i ciepłe łóżeczko z miękkimi skórami. Z lewej strony był murowany kominek, a okno z szybkami ze zwierzęcych skór przepuszczało do środka światło. Z kalenicy zwisały wędzone szynki, a na podłodze zamiast dywanów leżały brunatne i czarne futra. Mężczyzna zrobił sobie pierwszorzędną sieć na ryby, a talerze, garnki i kubki zmajstrował z drewna. W kącie wisiała lampa tranowa, w składzie zaś miał tyle zapasów, że mógłby przeżyć całą zimę. Powiadam panu, że rzadko jadłem tak smacznie i do syta, jak u zdumiewającego Jana Kolszewskiego. Nie brakło mu niczego do szczęścia, w ogóle i generalnie niczego! Wszystko zrobił sam, posługując się jedynie siekierą, nożem i dwiema własnymi rękami." - Hans-Otto Meissner ''Sztuka życia i przetrwania''.

Inspirujące, prawda? Umiejętności godne podziwu, chociaż na początku XXI zupełnie niepotrzebne. Jestem przekonany, że nie znajdę nikogo w naszym kraju o takich umiejętnościach, gdybym dał komuś z młodzieży nóż i siekierę do rąk, powiedział - masz i zrób, to miałbym poważne obawy czy nie zrobi sobie krzywdy. Młodzież nie jest zainteresowana poznawaniem strych rzemiosł, ma inne spojrzenie na świat. Dla niej nie ma sensu robić własnoręcznie drewnianego kubka przez kilka godzin, skoro można kupić plastikowy czy metalowy kubek za kilka PLN, nie męczyć się, a do tego ładny, kolorowy i praktyczny. Zanika umiejętność posługiwania się siekierą, piłą, nożem, wiedza o właściwościach różnych gatunków drewna i jego ręcznej obróbki. Ten wpis jest dla żyjących ''dinozaurów'' ceniących sobie ręczną robotę w drewnie i  kunszt rzemiosła, co chcą mieć naturalny wyrób jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, a nie jeden z wielomilionowej produkcji z taśmy.

Praca w drewnie nam się spodobała, więc dłubiemy dalej. Kubek z uchem i z pozostawioną białą brzozową korą wygląda bardzo klimatycznie.

Jeśli kubek ma być bez ucha to sprawa jest prosta, wystarczy kawałek prostej gałęzi. Składaną piłką przycinam na odpowiednia długość, a nieodstępnie nożem łyżkowym wybieram wnętrze. Zwykle robię kubki bez ucha, łatwiej znaleźć materiał  i ucho nie jest mi potrzebne, Jeśli zaś z uchem, to najprostszym rozwiązaniem wg mnie jest znalezienie grubszej gałęzi z mniejszym, bocznym odrostem, który będzie uchwytem.

Materiał to kawałki gałęzi rożnych gatunków drzew, o średnicy 5-10 cm i długości do 12 cm. Nożem łyżkowym trzeba zrobić na środku zagłębienie i je powiększać. Początkowo to jest łatwe, bo nie przeszkadzają nam ścianki, ale by wybrać materiał głębiej trzeba już większej  wprawy w posługiwaniu się nożem łyżkowym. Ścianki powinny być równej grubości i niezbyt cienkie. Aby uzyskać gładką powierzchnię kubka szlifujemy ją drobnym papierem ściernym lub gąbką szlifierską, po wstępnym oczyszczeniu zwilżamy wodą, co spowoduje wstanie włosa. Ponownie suszymy i ostatecznie szlifujemy.

Najczęściej wybieram świeże drewno, jest to łatwiejsze z uwagi na to, że jest bardziej miękkie. Nie ma problemu by zrobić kubek z drewna sezonowanego, potrwa to nieco dłużnej. Preferuję miękkie gatunki drzew, zwykle materiałem na kubki jest brzoza, olcha, lipa, wierzba, jałowiec, rzadziej drzewa owocowe. Początkującym poleciłbym pracę w świeżej brzozie, ma miękkie drewno i nie pęka tak łatwo. Pozostawiona kora brzozowa z zewnątrz chroni przed szybkim wysychaniem.

Nasze kubki można przyozdobić barwiąc drewno naturalnymi barwnikami roślinnymi, wycinać lub wypalać rożne wzory. Bardzo ciekawie kolorystycznie wygląda drewno z rożnymi przebarwieniami, sękami, poskręcanym układem słojów.

Praca w drewnie świeżym wymaga większej ostrożności. Nie wolno się spieszyć podczas pracy w świeżym drewnie, musi ono powoli schnąć, równomiernie w całej objętości, tak by nie doszło do przesuszenia powierzchniowego gdyż w efekcie wyrób popęka nam. W zależności od gatunku drewna i wielkości kubka będzie ono mniej lub bardziej narażony na powstawanie pęknięć.

W czasie przerw w pracy zawijamy kubek razem z drewnianymi strużynami w lnianą szmatkę lub chowamy do szczelnej papierowej bądź foliowej torebki. Len i papier oddycha, przepuszcza parę wodną, drewno powoli schnie. Foliowe torebki z tworzyw sztucznych nie przepuszczają pary wodnej, w wysokiej temperaturze i przy dużej wilgotności może spowodować to pojawienie się pleśni na powierzchni drewna. Kontrolujemy zatem proces schnięcia drewna, co jakiś czas wyjmujemy i sprawdzamy, pozwalamy podeschnąć. W zależności od gatunku drewna, jego wilgotności początkowej i wielkości kubka, czas schnięcia będzie rożny, od kilku dni do kilku tygodni. Ja najczęściej korzystam z drewna ściętego zimą, kiedy nie krążą w nim soki, skraca to czas schnięcia.

Końcowym etapem robienia drewnianego kubka będzie wtarcie w jego powierzchnię oleju jadalnego. Dzięki temu drewno nie wchłania wilgoci z płynów, które będziemy pili i zabezpiecza go przed pękaniem.

Na ostatnim zdjęciu praktyczne (wewnątrz sok z brzozy) zastosowanie kubka, żeby nie było, że drewniane kubki to tylko dla sztuki się robi :)

środa, 11 lutego 2015

Herbatka z gałązek świerka, jodły lub sosny


Z czego uwarzyć czaju w zimie, w górach, gdy śniegu tyle, że przebrnąć ciężko, śnieg przykrył całą roślinność i jedyne, co widać to świerki - a no właśnie z gałązek świerka. Podobnie zastosowanie jak świerk ma też igliwie jodły i sosny. Najbardziej cenię sobie herbatkę z jodły, w następnej kolejności ze świerka i sosny.

W igliwiu i pędach świerkowych obok olejku świerkowego znajduje się żywica bogata w kwas abietynowy; ponadto prowitamina A, witamina C 175-400 mg/100 g, zależnie od wieku igieł, terminu zbioru. To kilka razy więcej niż owocach dostępnych w sklepach - jabłka ok. 20, cytryny 60, truskawki 90. Witamina C jest bardzo nietrwała, jej zawartość w skutek obróbki termicznej zmniejsza się o około połowę.


Przepis na herbatkę jest prosty, do wrzątku wrzucamy młode, czyste gałązki świerka i czekamy kilka minut aż naciągnie, wg mnie tak przygotowana ma najlepszy smak. Niektórzy gotują krótko (2 minuty), ale nie jest to konieczne. Zbyt długie gotowanie z kolei niekorzystnie wpływa na smak herbatki, robi się bardziej gorzka. Można igliwie drobno pociąć nożem, wtedy szybciej napar nabierze smaku, ale jednocześnie trudniej będzie później je nam wyłowić.

Herbatka z igliwia jodły, świerka lub sosny rozgrzewa, ma przyjemy aromat i delikatny smak. Nie trzeba nosić w plecaku i surowca w lesie bez liku.

środa, 4 lutego 2015

Ryż z curry i dzikimi roślinami



Czytam po raz kolejny książkę Johna Krakauera "Wszytko za życie'' i złość mnie bierze, że nie mam odwagi  zrealizować wszystkich swoich marzeń. Robię małe rzeczy, ale to nie to, pozostaje niedosyt. Drobne działania, które są tylko namiastką prawdziwej przygody. Książka Krakauera to dla mnie źródło inspiracji, dużo wspaniałych cytatów i informacji. Nie będę pisał o wzniosłych ideach ani omawiał tego co zrobił, to pozostawię czytelnikowi jego własnej ocenie, zajmę się bardziej przyziemnymi sprawami, a mianowicie ryżem :)

McCandless wędrując niedaleko Zatoki Kalifornijskiej przeżył ponad miesiąc odżywiając się w tym czasie ryżem (nieco ponad 2 kg na 36 dni!) i tym, co udało mu się wyłowić z morza. Również na ostatnią podróż zabrał 5 kilogramową torbę ryżu, to było jedyne pożywienie jakie zabrał. Wiemy,  że swoją dietę uzupełniał o upolowane zwierzęta i dzikie rośliny jadalne. Oczywiście jego bilans energetyczny był ujemny, ale nie o to mi chodzi. Miał odwagę, to czego wielu nam brakuje, nie szedł na łatwiznę, zdobywanie dzikiego pożywienia dawało mu poczucie wolność, niezależność od sklepów i pieniędzy.

Zdecydowana większość z nas postępuje inaczej, myślę że w 99% naszych wypraw jedzenie zabieramy ze sobą w plecaku, no bo tak wygodniej. Obliczamy kalorie, zawartość poszczególnych składników odżywczych, minerałów i witamin. Wybieramy takie racje, które mają korzystny stosunek kalorii do wagi, dobrze znoszą transport i łatwo je przygotować. Zwykle zgarniamy prosto ze sklepowej pułki, liofilizatory rzadko w naszych plecakach lądują ze względu na cenę, czasami sami coś przygotowujemy. Jedni przejmują się bardziej, a inni mniej. Dla niektórych wycieczka kończy się z chwilą gdy kończą się kanapki, ciasteczka, papierosy lub piwo, oni też uprawiają swoisty rodzaj survivalu, jak przeżyć bez alkoholu :)

Według mnie w większości przypadków nie ma problemu by podczas naszych wędrówek znaleźć jadalne roślin. To tylko kwestia naszego obeznania z tematem i chęci. Zbieranie roślin jadalnych to dla mnie nie tylko wielka frajda, ale potrawy zyskują na smaku, korzysta na tym mój organizm i portfel, mniej dźwigam, częściowo uniezależniam się od sklepów, Moje wyprawy mają inny wymiar, bardziej zbliżam się do natury.

Wracając do tematu, sam ryż jest wartościowym pożywieniem, podstawowy składnik wielu innych dań. Nie ma problemu by wrzucić do plecaka kilka torebek, nie warzą dużo. Wymaga długiego gotowania, co nie jest na ognisku żadnym problemem. Przepisów bez liku, zwykle gotuje go z zebranymi roślinami, trochę korzeni, zieleniny oraz inne zdobycze.
Kilka dni temu (1 luty) wyruszyłem w teren, warunki były sprzyjające, las obdarzył. W kociołku wylądowała pokrzywa, gwiazdnica, rzeżucha, korzenie chmielu, marchwi, wiesiołka, kłącza czyśćca błotnego i topinambur oraz kilka grzybków. Do tego ryż i curry. Danie smaczne i sycące, zjadłem niecałą połowę, resztę zabrałem do domu.

Piękna słoneczna pogoda, bez śniegu z  niewielkim tylko mrozem w nocy. Klony zaczęły już puszczać słodki sok. Cały dzień wędrowałem, tysiące hektarów lasów, bagien i zaniedbanych łąk, i tymi wszystkimi skarbami mogłem się cieszyć sam, bo tego dnia nie spotkałem nikogo. Nikt nie zakłócił mi spokoju. Dużo dobrej energii wchłonąłem, odpocząłem. Niektóre rzeczy by zrozumieć trzeba poczuć. Oby takich chwil jak najwięcej.