wtorek, 17 maja 2016

Noże i ostrza ze szkła


Wybrałem się do pobliskiego lasu. Na jego skraju znalazłem na dzikim wysypisku śmieci potłuczony kineskop od telewizora, kawałki płytek ceramicznych oraz szyb okiennych. Mnóstwo doskonałego materiału do łupania. Spakowałem w plecak i zabrałem do domu. Taki mój sposób na recykling i ochronę środowiska :)

Szkło, o czym już kiedyś pisałem, to doskonały materiał do łupania. Kineskop, który znalazłem wykonany był z grubego szkła, jakieś 8 mm, wspaniale. W dodatku kawałkach o takim kształcie, że nie musiałem dużo poprawiać, wystarczyło zrobić ostrze. Cienkie szkło z butelek, szyb itp. nie nadaje się zbytnio na większe wyroby, zbyt łatwo pęka w trakcie łupania. Kineskopy starych telewizorów są znakomitym materiałem do łupnia.

W trakcie obróbki szkła korzystałem z tradycyjnych kamiennych tłuków do wstępnej obróbki, retuszera z miedzianym sztyftem oraz mniejszych tłuków z miedzianą końcówką do precyzyjniejszych odbić. Wypróbowałem też nowy tłuk z poroża, doskonale się sprawdził przy odbijaniu dłuższych wiórów.







Przy łupaniu szkła pojawia się problem, co zrobić z powstałymi w czasie obróbki odpadkami? Otóż jest to związane z odpowiedzialnością i etyką łupacza. Po pierwsze łupiemy tak, by nie zanieczyszczać środowiska, nie zostawiamy w lesie, tam gdzie to robimy, żadnych śladów po swojej działalności - odpadków, wiórków czy resztek stłuczki, nic. Wszytko zbieramy ze sobą a przy najbliższej okazji wrzucamy do pojemnika z odpadem na szkło. Segregacja odpadów, do przerobienia w 100%. Śmieci w terenie, a takimi jest również szkło nie wyglądają atrakcyjnie, największym jednak zagrożeniem jest jednak możliwość, że ktoś się skaleczy. Odpadki są ostre jak chirurgiczny skalpel. Wyobrażacie sobie co by się stało gdyby ktoś bosą stopę wszedł w takie odpadki? Nikt z pewnością by nie chciał.

Łupiemy na folii, plandece, kawałku skóry, możemy nawet wykorzystać własną kurtkę, a nie bezpośrednio na ziemi, tak by można było zwinąć i zapakować w torebkę.

piątek, 13 maja 2016

Chlebowy piec

W długi majowy weekend nie próżnowałem, zbudowaliśmy w ramach Szkoły Rzemiosła Survivalowego dwa piece chlebowe z gałęzi, kamieni i gliny. Chciałem taki piec już wcześniej zrobić, ale zawsze były ważniejsze sprawy. W końcu się doczekałem. Przekonaliśmy się, że upieczony w takim piecu chleb (i nie tylko) smakuje rewelacyjnie.

Pierwszy piec chlebowy powstał na próbę, nie byłem pewien jak będzie funkcjonował. Mały, zbudowany wspólnymi siłami, na szybko, ale działa. Drugi już odrobinę większy, zbudowany staranniej. Podstawą pieców były duże, płaskie kamienie. Konstrukcję zrobiliśmy z giętkich wiklinowych prętów grubości palca przeplatanych cieńszymi gałązkami brzozy i jarzębu, którą oblepiliśmy z obu stron grubą warstwą gliny wyrobionej ze słomą. Pełni ona rolę izolacji cieplnej pieca. Glinę znaleźliśmy na sąsiedniej działce wśród zwałów ziemi z wykopów, zapiaszczona ale na piec się nadawała. Była mocno zeschnięta, więc przed wyrobieniem musieliśmy ja rozbić, dzieci miały zabawę:) Grubość polepy (ok. 10 cm, na dole nieco więcej, u góry mniej) jest bardzo ważna, ma ona izolować i gromadzić ciepło (glina, kamienie). Dobry piec długo oddaje ciepło zakumulowane podczas palenia. Wlot zamykałem drewnianym plastrem, a wylot glinianą pokrywką.

Budowa pierwszego pieca poszła nam sprawnie, miałem kilku pomocników :) Zaraz po zbudowaniu pieca przystąpiłem do jego suszenia, rozpaliłem w jego wnętrzu ogień i przez kilka godzin utrzymywałem. Suszenie dokończyłem następnego dnia, a po południu zrobiliśmy pierwszy wypiek żytniego razowego chleba na drożdżach. Bochenek chleba piekł się 40 minut, z wierzchu miał piękną rumiana skórkę, w środku również był upieczony. Jedynie od spodu musieliśmy go dopiec. Po upieczeniu zawinęliśmy chleb w lnianą ściereczkę by dojrzał. Smakował wyśmienicie.  Na kolację upiekłem jeszcze kilka ziemniaków. Następnego dnia wypiekliśmy 4 bułeczki z mąki pszennej na maślance. W planach jest pizza, mięso, warzywa i co nam do pieca wejdzie :)  A jak nie wejdzie, to zbudujemy kolejny piec, jeszcze większy :)

Niewielkie pęknięcia na powierzchni pieca jakie się pojawiły w trakcie wysychania są normalnym zjawiskiem, zalepiliśmy je świeżą gliną. W środku glina się wypaliła i utwardziła, z zewnątrz jednak nie, tylko wyschła. Przed opadami trzeba piec zabezpieczać gdyż glina rozmięka.
Ogólnie z pieca jestem bardzo zadowolony, działa tak, jak tego chciałem.






Można sobie zadać pytanie, czy warto taki piec budować w terenie? Tak, jeśli mamy stałą bazę, co najmniej na kilka dni pozostajemy w jednym miejscu. Przy codziennej wędrówce i zmianie obozowiska trud nie jest opłacalny. Pieczenie w takim piecu pozwala zaoszczędzić czas, opał, łatwiej jest panować nad procesem pieczenia. Jeśli to was nie przekonuje, to spróbujcie jak smakuje chleb upieczony w takim piecu. Zaręczam, że wątpliwości szybko znikają, szybciej niż sam chleb :)



czwartek, 5 maja 2016

Cukierki z tataraku


Najlepszy okres zbioru kłączy tataraku to koniec kwietnia i maj. Tatarak łatwo rozpoznać po charakterystycznym zapachu i czerwonych u podstawy liściach.

Kłącza myjemy, obieramy ze skórki i kroimy na cienkie plasterki grubości 3-5 mm. Świeże kłącza są bardzo aromatyczne i trochę gorzkie, dlatego by pozbyć się tej goryczki  pokrojone kłącza zalewamy wodą i gotujemy 4-5 razy po 30 minut zmieniając za każdym razem wodę. Po ostatnim gotowaniu odlewamy wodę i rozkładamy tatarak na gazecie lub ręczniku by kłącza podeschły. Ostatni etap to kandyzowanie tataraku w syropie i suszenie.

Cukierki z tataraku pachną nieziemsko choć nie tak intensywnie jak świeże kłącza, słodkie o przyjemnym smaku, bez goryczki.

środa, 13 kwietnia 2016

7 dni w lesie - kwiecień


„Czym jest wolność?  To życie wolne od presji, życie wolne od zgiełku, życie z dala od cywilizacji,
życie z dala od miast. Nie pytaj dlaczego, zapytaj dlaczego nie”

Poczuliśmy wolność przez te 7 dni. Wolność wspaniałą, dziką i niepowtarzalną. Dla nas to życie prawdziwe. Takie, które mogłoby trwać nieskończenie długo, pełne nierzeczywistych, nieprzystających do codzienności zdarzeń. 

Poczuliśmy się jak pionierzy zasiedlający nowy kawałek ziemi. Zaczynaliśmy od zera. Zbudowaliśmy szałas i posłania. Codziennie dbaliśmy o wystarczającą ilość opału do ogrzania szałasu i gotowania. Jedliśmy dzikie rośliny w postaci zup i sałatek. Nie odmawialiśmy sobie leśnych przysmaków jak herbatka z malinowych pędów gotowana na oskole. Słodka, intensywnie malinowa i zdrowa. Rozgrzewała nas dostarczając naturalnych antybiotyków.  Malownicze nocne mijały nam na pogawędkach i wpatrywaniu się w żar z wolna przygasającego ogniska. Przy minusowych temperaturach tuliliśmy się do ogniska, a za dnia wylegiwaliśmy się na słonecznej polanie. Zapadający zmierzch i gwieździste niebo mogliśmy oglądać przez otwór w dachu szałasu. Rano budził nas śpiew ptaków. Każdego dnia celebrowaliśmy spokój, piękno natury i dziękowaliśmy za dobra, które nam Matka Natura dawała. 

Każdy z nas zdaje sobie sprawę z faktu, że prawdziwe szczęście i wolność nie pochodzi od materialnego posiadania rzeczy, ale od ich braku. Teoretycznie. My sprawdziliśmy to w praktyce. My – Las – Menażka – Nóż. Nie mieliśmy nic prócz umiejętności. Przenieśliśmy się w rzeczywistość gdzie nic nas nie trzyma, nie ma zobowiązań, całkowita wolność.

Zaawansowane szkolenie 7 dni w lesie, edycja kwietniowa ukończyły 3 osoby (1 osoba zrezygnowała ze względu na stan zdrowia). Postaram się je tutaj zrelacjonować, z punktu widzenia instruktora. Wyciągnę wnioski, a wraz z Kasią zaplanuję kolejne edycje tak, by były jeszcze ciekawsze.

Miejsce – okolice Skierniewic, około 1,5 km od zabudowań w prywatnym lesie, będącym własnością Katarzyny. Tam powstało nasze obozowisko. Ze względu na prawo, innego wyboru nie mieliśmy. Okolice to głównie las mieszany, dominuje sosna i brzoza, na bagienkach i pobliżu strumienia gdzie czerpaliśmy wodę więcej gatunków liściastych i większa różnorodność gatunkowa.

Wyruszyliśmy w piątek przed południem, do lasu w 5 osobowym składzie, ja z Katarzyną plus 3 uczestników. Każdy miał przy sobie nóż, menażkę/kubek i 1,5 l butelkę wody na początek. Były
obawy co do warunków pogodowych ale opady ustały przed południem, warunki nie na survival :)  Wyjście do lasu opóźniło się ze względu na ekipę telewizyjną z Łodzi i telewizję niemiecką. Podczas całego pobytu towarzyszyła nam łódzka ekipa ze szkoły filmowej i dzięki temu powstanie również relacja dokumentalna z działań Szkoły Rzemiosła Survivalowego. TV niemiecka towarzyszyła nam pierwszego i ostatniego dnia. Opóźnienie wyjścia odbiło się później przy budowie szałasu. Ubrani w tym co na sobie poszliśmy do lasu, po drodze zbieraliśmy  jeszcze śmieci, które później można by było wykorzystać.

Jako instruktorzy nie chcieliśmy zbyt mocno ingerować w działania uczestników. Chcieliśmy ich wspierać, pomagać i uczyć nowych rzeczy. Pierwszą wspólną decyzją było zbudowanie schronienia. Po wspólnym przedyskutowaniu jak nasz wieloosobowy szałas będzie wyglądał zaczęliśmy zbierać materiały. Przed tym kazałem wszystkim działać bez pośpiechu, zwolnić i oszczędzać energię, gdyż kolacji nie będzie :) Szałas musiał pomieścić nas wszystkich, chronić przed opadami, wiatrem i chłodem. Wykorzystując drzewa i zebrane materiały (głównie uschnięte drzewka z gęstego młodnika brzozowego oraz liście) zbudowaliśmy szałas na planie kwadratu, palenisko po środku otoczone kamieniami, z wygodnymi posłaniami do spania (jedno 2-osobowe). Celowo obóz wyznaczyliśmy w miejscu gdzie rosły blisko siebie 4 drzewa, wykorzystaliśmy je jako wsparcie szałasu. Budowa tak dużego szałasu bez siekierki i piły, zajmuje więcej czasu, na szczęście materiału w najbliższym otoczeniu nie brakowało. 

Ponieważ filmowała nas TV i udzielaliśmy wywiadów budowa zajęła nam trochę więcej czasu niż to przewidywałem. Po kilku godzinach szałas był gotowy. Przed wieczorem każdy sam przygotował sobie posłanie izolujące od podłoża, grubą warstwę sosnowych gałązek, żarnowca, uschniętych nawłoci. Kuba zbudował łóżko z brzozowych gałęzi i na wierzchu położył uschnięte łodygi nawłoci. Miro zrobił materac związując znalezionym po drodze sznurkiem gałązki sosny. Szałas mógłby być mniejszy i spokojnie pośmielibyśmy się, jednak wielkość szałasu była podyktowana rozstawem drzew. Mniejszy szałas wymaga mniej materiału, nakładu sił i z pewnością było by w nim cieplej.
Po pierwszej nocy doszczelnialiśmy jeszcze nas szałas i uzupełniliśmy posłania. Znaleźliśmy kilka dziur, przeciągi zlikwidowaliśmy i drugiej nocy szałas stał się całkiem przytulnym, ciepłym schronieniem.  Niestety nie mieliśmy okazji sprawdzić na ile szałas chroni przed opadami deszczu. Tylko jednego dnia pokropił niewielki deszczyk, na tyle mały że nawet nie chowaliśmy się do środka.

Początek kwietnia był ciepły. Warunki pogodowe sprzyjały nam, nie licząc kilka kropel deszczu pierwszego i przedostatniego dnia. W dzień temperatury dochodziły do ok. 15-25 C, można powiedzieć że było czasami zdecydowanie za gorąco i szukaliśmy cienia by odpocząć. Kilka ostatnich dni było na tyle ciepłych, że ściągnęliśmy buty i chodziliśmy boso w  obozowisku. 
W nocy temperatura znacznie spadała. Pierwsze dwie noce były najzimniejsze, duża wilgotność powietrza i ściółki po opadach, nad ranem temperatura spadła do -5 C, był szron na trawach i zamarzł sok na brzozie. Kolejne noce były cieplejsze w granicach 5-6 C. 

Spaliśmy przy ognisku, im zimniej tym bliżej niego, przez noc łóżka czasem się przemieszczały razem z właścicielem :)  Przez pierwsze 3 noce spałem we wszystkich ubraniach, które miałem na sobie, luźno się okrywając kurtką, nie odczuwałem dyskomfortu. W cieplejsze noce spałem już bez kurtki, zrobiłem z niej poduszkę. Utrzymywaliśmy w nocy stale duże ognisko, nie trzymaliśmy wart, komu było zimno ten wstawał i dokładał, bardzo dobrze się ta zasada sprawdziła. Każdy miał przy sobie zapas opału, poza tym mieliśmy na zewnątrz większy zapas dłuższych i grubszych kłód, którymi paliliśmy w nocy, wsuwaliśmy przez ''drzwi''.
Rafał dogrzewał się w nocy chowając pod ubrania w okolice splotu słonecznego plastikową butelkę z gorącą wodą, w ten sposób miał komfort cieplny do kilku godzin.

Największa moja porażka to ogień, zaplanowałem że po zbudowaniu szałasu, wieczorem dwaj uczestnicy rozpalą ogień łukiem ogniowym wykorzystując do tego celu pasek od spodni (zestaw bez łuku napędzającego), aluminiową puszkę jako docisk i sosnowy zestaw. Nie miałem czasu szukać materiału na łuk, więc zrobiłem go z tego, co było pod ręką. Po opadach drewno było nieco wilgotne, ale największym problemem był docisk, aluminiowa puszka okazała się tym razem do niczego, świder wypadał, nie dało się go utrzymać. Próbowaliśmy jeszcze użyć znalezionego na pobliskim śmietnisku filtru oleju. Pasek od spodni był za szeroki i stwarzał za duże tarcie, zmieniliśmy na paracord i klasyczny łuk. Zanim jednak podjęliśmy pierwsze próby zrobiło się już ciemno. Mrok, zmęczenie, po ponad 2 godzinach walki poddałem się, ogień rozpaliliśmy krzesiwem syntetycznym (miałem go w plecaku razem z apteczką, w razie W)
W kolejnych dniach zrobiłem kilka zestawów do łuku ogniowego i świdra ręcznego. Rafał jak i Miro ćwiczyli łuk ogniowy, miło mnie zaskoczyła Anka, która bez problemu uzyskała żar. Pierwszy swój żar w tej technice. 

Każdy na początek miał ze sobą 1,5 butelkę wody, ponieważ pierwszego dnia nie było już czasu by pójść i zaczerpnąć jej ze strumienia. Następnego dnia na niewielkim, mulistym strumieniu Pisi, po jego oczyszczeniu zbudowaliśmy ujęcie, które umocniliśmy kamieniami. W ten sposób nie mąciliśmy wody podczas jej czerpania. Wodę do mycia i do gotowania zupek przynosiliśmy raz dziennie do obozu w butelkach i filtrowaliśmy ją przez prowizoryczny filtr zbudowany z uciętej plastikowej butelki ze złożem z mchu i piasku. Woda była za każdym razem przegotowana.

Bardzo duży udział w pozyskanej wodzie stanowił sok z brzozy (trafiliśmy na okres jego zbioru), rozwieszonych było kilka butelek na uciętych gałązkach, w ten sposób zbieraliśmy do kilku litrów soku dziennie. Jeśli nie dawaliśmy rady wypić go w ciągu dnia, to odparowywaliśmy na słodki syrop. Z soku gotowaliśmy pyszne herbatki dodając gałązki malin, czeremchy, igieł sosny czy kwiatów podbiału. Prażyliśmy też korzenie mniszka na kawę, gorzka, w dodatku bez mleka i cukru :) 

Zgodnie z założeniem szkolenia jedzenie pozyskiwaliśmy tylko z otoczenia, żadnego kłusownictwa, kradzieży itp. Zrezygnowaliśmy z winniczków, żab i innej zwierzyny. Jedliśmy same dzikie rośliny, nie licząc kilku larw kornika i uszaków bzowych. Zwykle na śniadanie były pieczone kłącza pałki, stanowiły one też uzupełnienie obiado-kolacji i szybką przegryzkę. W trakcie spacerów próbowaliśmy smaków różnych, wiosennych, delikatnych listków i pędów roślin. Pod koniec dnia, gdy wracaliśmy do obozowiska gotowaliśmy zupkę, każdy swoją, z roślin przez siebie zebranych. Każdy komponował potrawę wedle swojego uznania i z roślin które mu najbardziej smakowały. W ten sposób uczestnicy nauczyli się co z czym połączyć by zupka była smaczna. Nasze zupy doprawialiśmy jagodami jałowca, dzikim szczypiorkiem, bluszczykiem kurdybankiem, czosnaczkiem, korzeniem chrzanu. Z roślin jadalnych zbieraliśmy pokrzywę, szczaw, podagrycznik, rukiew wodną, przytulię, gwiazdnicę, pędy chmielu, korzenie dzikiej marchewki, pasternaku.
Jak wspomniałem wcześniej pierwszego dnia od chwili wyjścia nic nie jedliśmy, dopiero w następnych dniach zbieraliśmy roślinki do jedzenia. Najdłuższą wędrówką, ok. 6 km w jedną stronę, było wyjście po kłącza pałki, zebraliśmy jej tak dużo, że starczyło nam do końca pobytu w lesie. Upieczone kłącza zawierają dużo węglowodanów i białka, doskonale zaspokajały odczuwanie głodu, wystarczyło upiec kilka korzonków. Maja one dobry smak, słodko - orzechowy, choć włókniste. Prócz kłaczy zebraliśmy też młode przyrosty, które jedliśmy na surowo lub gotowane.

Ciekawym doświadczeniem było wprowadzenie za zgodą wszystkich soli do potraw od 4 dnia i dodanie odrobiny masła kolejnego dnia. Wszyscy poczuli, jak korzystnie zmienił się smak gotowanej przez nich zieleniny. 

Większość z nas nie odczuwała głodu, organizm szybko się przystosował do ubogiej diety roślinnej. W wyniku głodówki wszyscy odczuli większy lub mniejszy spadek sił, senność, kłopoty z koncentracją, irytacja z byle powodu. Ilość kalorii jaką dostarczaliśmy była zdecydowanie mniejsza niż nasze potrzeby,  Rafał schudł najwięcej, około 5 kg, taka oczyszczająca głodówka wyszła nam na zdrowie. W grupie naturalnie przyjęło się, że jemy jeden posiłek dziennie, wieczorem, po całym dniu wędrówki. Czwartego dnia uczestnicy wprowadzili śniadania w postaci pieczonej pałki lub dojadali zupki z kolacji. Kasia starała się wprowadzić sałatki, ale uczestnicy nie dali się do nich przekonać. Jak łatwo się domyśleć dominującym tematem rozmów przy ognisku było jedzenie :)
Dużym zainteresowaniem cieszyły się warsztaty z łupania i nóż z klopa :) W efekcie końcowym powstał nóż ze szklanej butelki. Ceramika z porzuconego klopa na dzikim wysypisku w lesie była zbytnio spękana by zrobić z niej nóż. Łupanie ćwiczyliśmy na terakocie, talerzach, potłuczonych butelkach i taflach szkła. Jako tłuki wykorzystaliśmy zwykłe kamienie. Na polu pomiędzy obozowiskiem a ujęciem wody zebraliśmy dużą ilość krzemienia o różnych barwach, niewielkie bryły i mocno spękane. Udało mi się w sumie odbić zaledwie kilka małych wiórków, z jednego powstał grot do strzały. Zrobiłem też duży wiertnik, którym wstępnie zrobiłem wgłębienie w kamiennym docisku. Na śmietniku znalazłem też duży zardzewiały gwoźdź, posłużył nam jako retuszer. Ze znalezionego płaskiego kamienia wyłupałem też prymitywną siekierę.
Robiliśmy łyżki (co niektórzy nawet kilka zrobili :)) wypalając komorę zupną, wyskrobując nożem oraz wykorzystaliśmy do tego celu łuk ogniowy. Specjalnie zrobiliśmy dwa większej grubości świdry ze świeżego drewna, jeden z brzozy a drugi z dębu, posypując piaskiem zwiększaliśmy tarcie. Również łukiem zrobiłem zagłębienie w kamieniu na docisk do łuku.
W odkrytym babrzysku dzików na skraju lasu gdzie gromadziła się woda odnaleźliśmy glinę, postały z niej łyżki oraz cybuch do fajki, nie zdążyliśmy jednak wysuszyć i wypalić by sprawdzić jakość znalezionej gliny.
Na bagienkach gdy zbieraliśmy rośliny do jedzenia znaleźliśmy też ścięte lipowe gałęzie, po ściągnięciu z nich kory i oddzieleniu łyka skręcaliśmy linki.
Z leszczynowych prętów i korzeni sosny, które wyciągnąłem z piasku pobliskiej kopalni uplotłem koszyk. Przy okazji można też było się nauczyć ostrzenia noża na zastępczych ostrzałkach, a więc drobnoziarnistym kamieniu, porcelanowym kubku, skórzanym pasku od spodni. 

Najwięcej czasu poświęcaliśmy roślinom, nauce ich rozpoznawania i wykorzystania, do rożnych celów, rośliny jadalne, przyprawowe, trujące, lecznicze i użytkowe. W trakcie każdego wyjścia w teren poznawaliśmy nowe rośliny, ich zastosowanie, tą wiedzę utrwalaliśmy. Uczestnicy po dwóch dniach nie mieli problemów z rozpoznawaniem i samodzielnym pozyskiwaniem roślin. Poznawali te rośliny kompleksowo: rozpoznanie w naturze, zapach, smak, zastosowanie kulinarne, zastosowanie lecznicze, zastosowanie techniczne (na sznurek, tkaninę, wyściółkę itd.). Chcieliśmy pokazać, że rośliny to nie tylko pożywienie i lekarstwo.

Śmieci nie brakowało w lesie i miejscach gdzie chodziliśmy. Ze sobą zabieraliśmy jedynie to co mogło się nam przydać, wykorzystaliśmy znalezione 5 l butelki plastikowe na wodę, grubszy sznurek do łuku ogniowego i cieńszy do wiązania, drut aluminiowy do mocowania butelek na brzozach, porcelanowy kubek, szklany słoik, metalową przykrywkę do garnka, kratkę na ognisko, folię, gąbkę, plastikowe wiaderko i miskę do przenoszenia i przechowywania zbiorów. 

Z małymi zmianami w ciągu tych 7 dni w lesie cele udało się nam zrealizować, nie trzymaliśmy się uparcie i za wszelką cenę wcześniejszego scenariusza, dostosowywaliśmy go do aktualnych potrzeb i warunków. Poza mną nikt wcześniej nie miał takich doświadczeń, a mimo to wszyscy doskonale sobie poradzili. Teraz są bogatsi o nowe doświadczenia, poznali swoje słabości, dużo się nauczyli. Mieli czas by odpocząć, wrócić do naturalnego rytmu, bez budzika, gonitwy w pracy i poza nią, pośpiechu i stresu. Poznali swoja reakcje na głód, nauczyli się jak sobie radzić bez sprzętu i jedzenia dźwiganego w plecaku. Poznali inną rzeczywistość, zobaczyli że można, że się da. Ci co przyjechali przeżyli niezapomnianą przygodę, będą mieli co przy ognisku opowiadać.

W czerwcu trzy kolejne edycje 7 dni w lesie, jeden mieszany, dwa tylko kobiece o nieco innej formule. Planujemy też zrobić takie warsztaty jesienią. Odważnych nie brakuje, to cieszy.  


wtorek, 15 marca 2016

Gotowane korzenie i ciasteczka z pasternaku


Pasternak był jedną z podstawowych jarzyn w Polsce zanim na naszych stołach pojawiły się ziemniaki, marchew czy buraki. Korzeń pasternaku jest często mylony z pietruszką ze względu na duże podobieństwo, rzadko gości na stołach w naszej kuchni. Korzenie można używać go do przygotowania wielu rozmaitych smacznych dań np. surówek (np. z jabłkiem, rzepą, pestkami dyni), karmelizować, gotować w wodzie lub w rosole i podawać z masłem, ziarnami lub świeżymi ziołami, składnik zup wielowarzywnych, pasztetów, past, placuszków.

Pasternak jest rośliną dwuletnią, z rodziny baldaszkowych. Korzenie najlepiej zbierać na wiosnę, mają wtedy najlepszy smak. Korzenie są wartościowym pożywaniem, zawierają znaczną ilość wit. C oraz innych witamin i minerałów; 100 g korzeni dostarcza 14,1 g węglowodanów, 1,2 g białka, 0,3 g tłuszczy, wartość energetyczna to ok. 55 kcal, to dwa razy więcej niż marchewka.

Pasternak występuje u nas dziko na wilgotnych łąkach, miedzach i przydrożach, lubi siedliska lessowe. Korzenie dzikich form są znacznie mniejsze niż uprawne, efektywność zbioru jak zwykle wysoka, łatwe do przygotowania.

Korzenie pozyskujemy od jesieni do wiosny, po oczyszczeniu i opłukaniu gotujemy kilka minut w niewielkiej ilości wody (można posolić). Gotowane korzenie pasternaku mają łagodny smak.














Placuszki z korzenia dzikiego pasternaku

Oczyszczone i umyte korzenie ścieramy na grubych oczkach, dodajemy jajko, mąkę, dla smaku sól i pieprz do smaku. Smażymy na rumiano. Do kolejnych dodałem jeszcze płatki owsiane, kminek i siemię lniane. Z plasterkiem czosnku i pomidorkiem pyszne.









środa, 9 marca 2016

Leśne słodkości czyli słodki syrop z kłączy trzciny zwyczajnej

Robiłem już syrop z soku klonu i brzozy, tym razem na warsztacie kłącza trzciny. Trzcina zwyczajna jest bardzo pospolitą rośliną, niekiedy traktowana jest jako chwast. Nie miałem więc żadnych moralnych dylematów gdy przekopałem kawałek trzcinowiska w poszukiwaniu kłączy. W przeciwieństwie do krótkiego okresu w jakim można zbierać sok z klonu lub brzozy kłącza trzciny można pozyskiwać przez cały rok, najlepiej od jesieni do wiosny przed rozwojem liści. Najwartościowsze są młode i jasne kłącza na wiosnę, zawierają ok. 20-30 % skrobi, do 2% sacharozy oraz inne cukry. Porównując do zawartości sacharozy w buraku cukrowym czy trzcinie cukrowej gdzie osiąga wartość do 20 % jest to znacznie mniej. Ja otrzymywałem z 1 kg świeżych kłączy ok. 150 ml słodkiego syropu, niezbyt gęsty ale co najważniejsze słodki i pięknie pachnie karmelem. Na zdjęciu widać na spodzie szklanego słoika mętny osad, to skrobia. Nie oddzielałem jej, nie ma takiej potrzeby. Otrzymanie takiej samej ilości słodkiego syropu z soku brzozy zajęło by mi kilka razy więcej czasu, energii i opału.

Z efektywnością zbioru kłączy trzciny bywa różnie, w sprzyjających warunkach nazbieranie 1 kg kłączy zajmuje nie więcej jak kilkanaście minut. Oczyszczanie jak i przygotowanie również nie jest zbyt pracochłonne. Aby zrobić syrop kłącza trzciny trzeba oczyścić i jak najlepiej rozdrobnić, tak by podczas gotowania cukier zawarty w komórkach roślinnych rozpuścił się w wodzie. Zalane wodą kłącza gotujemy, mi zajęło to ok. 1 godziny. Po przefiltrowaniu zagęszczamy syrop przez odparowywanie. 

Można sobie zadać pytanie, czy warto ? Tyle pracy i taka niewielka ilość. Otóż na pewno prostszym rozwiązaniem, mniej czasochłonnym i korzystniejszym energetycznie byłoby jedzenie kłączy trzciny surowych lub pieczonych. Tylko wtedy nasuwa się kolejne pytanie, jak długo wytrzymały by nasze szczęki?  Nie raz jadłem pieczone przy ognisku kłącza trzciny i znam problem. Czasem warto się pomęczyć i zrobić coś smacznego, co podniesie nasze morale.
Przebywanie w lesie i odżywianie się tylko tym co oferuje nam Matka Natura niesie ze sobą różne problemy, choćby brak słodyczy :)

środa, 2 marca 2016

Nóż ze szklanej płytki


Efekt niecałej godziny łupania, prymitywny nożyk który powstał ze szklanej płytki. Obróbka małym i średnim tłukiem z miedzianą końcówką na kamiennej podstawce. Nie miałem czasu na retusz naciskowy. Rękojeść dla wygody oplotłem skórzanym rzemieniem.  Do kompletu skórzana pochewka zrobiona przez Katarzynę. Zioła najlepiej ścinać nożem ze szkła ;)