poniedziałek, 15 lutego 2021

Bania - sposób na oczyszczenie ciała i umysłu.


Bania, rosyjska odmiana sauny. Oczyszczenie ciała i umysłu. Masochistyczna przyjemność poddawaniu się bolesnym praktykom ;) Najpierw znoszenie ciężkich kamieni, przygotowanie opału, budowa szałasu. Sporo pracy, a jak jest mróz, to jeszcze zmarzniemy. Po kilku godzinach rozbieramy się i wchodzimy do środka. Następuje wygrzewanie starych kości i chwila relaksu. Zrobi się gorąco. Pot będzie z nas ściekał coraz bardziej intensywniej. Polewamy rozgrzane kamienie wodą. Jest już tak gorąco, że trudno wytrzymać. Myślę czy już nie wyjść. Ale ja nie dam rady? Potrzymaj mi ręcznik ;) Siedzę dalej. O niczym już nie myślę, mózg jest przegrzany. Wydaje się, że za chwilę z uszu pójdzie para i usłyszę odgłos gotującego się płynu mózgowo-rdzeniowego ;) Jakby było tego mało bierzesz witki wierzbowe i chłoszczesz po plecach. Aaa...,to boli! No, to teraz chlup do lodowatej wody w rzece ;) I proszę nie mówcie mi tylko, że to nie jest przyjemne ;) ?

Za każdym razem gdy robię banię czy to saunę, jest trochę inaczej. Zmieniają się okoliczność, motywy, towarzystwo, a czasem jego brak. Wrażenia z samotnej nocnej bani, zimową porą, gdzieś daleko poza tzw. cywilizacją, są odmienne od tych przeprowadzonych w roześmianym towarzystwie w dzień Nie ma widzów, napinania się, ani wstawiania fotek na insta czy relacji na fb. Robisz to, bo modne, czy z potrzeby, dla siebie?
Czasem mam ochotę wygrzać się po dniu spędzonym na wędrówce odkrytym terenem, po zimowym łowieniu ryb pod lodem na jeziorze, czy od tak po prostu. Gdy mroźno, wietrznie, nieprzyjemnie, albo np. boli mnie głowa. Bania jest dobra na odtrucie organizmu, oczyszczenie ciała i umysłu. Bania, poza funkcją higieniczną, jest w wierzeniach ludowych miejscem gdzie może dojść do kontaktu człowieka z duchem opiekuńczym.



Tradycyjna sauna, o której już kiedyś pisałem, zakłada miejsce pod ognisko, w którym rozgrzewamy kamienie i kilka metrów dalej, odrębne pod samą saunę. Część kamieni znosimy na początku aby wytworzyć optymalną temperaturę we wnętrzu sauny, a później kolejne aby ja podtrzymać ewentualnie podwyższyć. Przy większej ilości osób zwykle znajdzie się ktoś, kto się poświeci dla reszty grupy i zorganizowanie sauny nie nastręcza problemów. Inaczej jest, gdy działamy solo lub we dwójkę. Wtedy zwyczajnie nie chce się nam tych kamieni nosić. Co jakiś czas wychodzić z nagrzanego szałasu i przynosić kolejne kamienie z ogniska? Normalnie jak blok reklamowy podczas ważnego meczu w TV ;) Nie pozwala nam to w pełni się zrelaksować i zakłóca konwersację z naszym opiekuńczym duchem ;)
A co jeśli nie mamy nic do przenoszenia, bez saperki, jak? Wiem, można kamienie przenieść w dużym garnku lub przetoczyć byle patykiem. Nocne manewry z ciężkimi, rozgrzanymi do czerwoności kamieniami mogą się źle skończyć. Poza tym w zimie przy niskich temperaturach i zalegającym śniegu zanim kamienie trafią na docelowe miejsce to zdążą już nieco ostygnąć. A nie można tak bez przenoszenia? Oczywiście, że można.

Rozwiązaniem jest nagrzanie kamieni i postawienie bani w tym samym miejscu. Da się to zrobić, również na kilka sposobów. Wersja de lux, czyli dysponujemy namiotem i piecykiem z rurami odprowadzającymi spaliny na zewnątrz. Powierzchnię piecyka obkładamy kamieniami. Palimy w piecyku tak długo, aż nagrzeją się kamienie. W wersji zrób to sam taki piecyk możemy wyczarować z wygrzebanej na śmietniku dużej, metalowej puszki. Ponieważ tym razem nie dysponujemy rurami po nagrzaniu kamieni nad piecykiem stawiamy szałas. Kamienie nagrzewają się pośrednio przez blachę, wydłuża to czas i zwiększa ilość opału. Nie osiągną one też tak wysokiej temperatury jak kamienie będące pod wpływem bezpośredniego działania ognia.
Jeszcze jedno rozwiązanie to ruszt z felgi samochodowej i ułożenie na niej kamieni. Felgę opieramy na kilku kamieniach aby stworzyć palenisko i zapewnić dopływ powietrza, na wierzch ponownie kamienie. Te trzy rozwiązania mają zasadniczą wadę, zakładają posiadanie piecyka lub jego substytut.

Rozwiązaniem całkowicie naturalnym, nie wymagającym noszenia ciężkich piecyków ani grzebania po śmietnikach jest budowa pieca z samych kamieni. Najlepiej aby podłoże, na którym postawimy taki piec było możliwie suche, piaszczyste, żwirowe lub kamieniste. Jeżeli nie mamy wyboru, to usuwamy warstwę ściółki oraz humusu i podsypujemy piaskiem ewentualnie czysta ziemią. Z kamieni układamy piec w kształcie kopuły, z pozostawieniem pustej przestrzeni we wnętrzu. 


Szczelin pomiędzy kamieniami nie zapychamy niczym. Podkładamy ogień i przez kilka godzin rozgrzewamy kamienie. 


W między czasie budujemy z elastycznych gałęzi szkielet kopułowego szałasu nad kamiennym piecem.


Przygotujcie miejsce do siedzenia (leżenia) oraz butelki z wodą do polewania. Gdy kamienie są gorące wygarniamy żar na zewnątrz. Jest to bardzo ważne, w środku nie może pozostać nic co mogło by dymić. Jeden niedogaszony patyk zepsuje nam całą atmosferę. Szałas szybko przykrywamy plandeką. W zimie warto zastosować dodatkową izolację np. koca. 


To pomoże dłużej utrzymać komfortową temperaturę i tym samym korzystanie z bani. Banię widoczną na zdjęciu zrobiłem jesienią nad rzeką na terenie starego obozowiska. Było dużo pracy z noszeniem kamieni i gałęzi (w pobliżu bobry wszystko wycięły), ale rozwiązanie nie było jednorazowe. Od tego momentu z bani korzystałem kilka razy i jestem bardzo zadowolony z jej działania. Konstrukcja wyszła mi nieco za wysoka, w środku jest dużo miejsca i bez problem zmieszczą się dwie osoby. Konstrukcję zrobiłem ze świeżych wierzbowych i klonowych gałęzi. To było jak zaproszenie ;) Bobry zrobiły sobie w moim obozie stołówkę. W tym samym kamiennym piecu na wiosnę zamierzam wypiekać bułki.



Po wygrzaniu i wypoceniu następuję obmycie w zimnej wodzie lub wytarzanie się w śniegu. 


Seans można powtarzać kilkukrotnie. Można też odwrotnie, najpierw kąpiel w lodowatej wodzie, a później bania. Tradycyjnie w bani pije się gorące herbatki ziołowe - Ivan czaj, czaga, pędy malin, tradycyjna czarna. Warto zostawić kubek na później po kąpieli w rzece i ubraniu się. I nie zapomnijcie o witkach do chłostania ;)

Mała sugestia na zakończenie - nie czujemy, nie robimy. Narażanie organizmu na duże skoki temperatur może niekiedy odnieść skutek odwrotny do zamierzonego. Nie każdemu zdrowie pozwala na taką aktywność. Znam osoby, dla których ''morsowanie'' zaczynia się z chwilą, gdy temperatura w pokoju spadnie poniżej + 20 stopni ;)

sobota, 6 lutego 2021

Łóżko z wierzbowych gałęzi i obozowisko na bagnach.


Obozowisko założyłem w miejscu, gdzie niejednokrotnie wcześniej już obozowałem. Mam tam blisko i nikt nie zagląda. Trochę podmokło, ale to i dobrze, bezpiecznie można rozpalić ognisko. Wcześniej połaziłem po okolicy, ale nie za długo. Podążałem błotnistą zwierzęcą ścieżką, gdy w jednym miejscu przeceniłem możliwości swoich kaloszy i woda wlała się do środka. Zmoczony musiałem szybko pomyśleć o ognisku i suszeniu.



Krzesiwem syntetycznym skrzesałem iskry na puch pałki. 


Gdy zajął się płomieniem dołożyłem zwitków brzozowej kory, a następnie suchych wierzbowych gałązek. Wierzba szybko się spala jasnym płomieniem i daje dużo ciepła. W takich okolicznościach, to korzystne rozwiązanie. Gdy się wysuszyłem mogłem zająć przejść do urządzania obozowiska. Dawno temu, gdy byłem młody, pełen sił i energii, budowałem na bagnach łóżka na ''sprężynach'' ;) Na podpórkach umieszczałem ramę, którą wyplatałem giętkimi, sprężynującymi witkami. Na wierzch kładłem jeszcze trochę suchych liści pałki bądź traw. Tak skonstruowane łoże zapewniało bardzo dużą wygodę, skutecznie izolowało od chłodnego i wilgotnego podłoża.

Tym razem nie miałem dobrego materiału do wyplatania i musiałem zmienić konstrukcję. Ramę wyłożyłem grubszymi wierzbowymi witkami, ale ich nie splatałem. Na wierzch położyłem suche pędy nawłoci. W ten sposób, szybciej niż wyplatając, zrobiłem bardzo wygodne łóżko.

 
Na obiad tradycyjna grochówka. Śnieg, warzywa i niech się powoli gotuje.



W tak zwanym międzyczasie z plandeki i kilku żerdek nad łóżkiem zrobiłem zadaszenie. Mocowanie plandeki do miękkiego podłoża ułatwiają długie ''śledzie'' wycięte z gałązek.




Po jedzeniu nie zapomnij o leżeniu ;) Z takiego łóżka, przy takich widokach, to się nie chce wstawać.


Przesuwające się chmury, zmiany padania promieni słonecznych, cieni i kolorów, to serial do oglądania w dzień. W nocy są gwiazdy i księżyc, znacznie rzadziej udaje się zobaczyć spadające meteoryty. A jak pogoda nie dopisuje, to jest jeszcze ognisko. Tyle atrakcji bez abonamentu ;)

piątek, 29 stycznia 2021

Kościany nóż

Sceneria zimowego obozowiska myśliwych, prawdopodobnie mezolitycznych. Na podkładce z brzozowej kory leży kościany nóż i kawałki mięsa renifera. Zdjęcie sugeruje, że mięso zostało pokrojone tym właśnie nożem. Rekonstrukcja oparta zapewne na przesłankach historycznych. Nie wiem gdzie i kto używał kościanych noży? Chciałem się przekonać jaką faktycznie wartość użytkową przedstawia kościany nóż. 

Materiałem na nóż była dorodna kość łosia, którego szczątki znalazłem na bagnach. Wyciąłem z niej płaski fragment, a następnie szlifowałem do osiągnięcia kształtu noża. Później żmudne nadawanie krawędzi tnącej. Na koniec wykonanie na rękojeści oplotu ze skóry dla pewniejszego chwytu. 

Wygląd niczego sobie. A jak sobie poradzi z krojeniem produktów spożywczych? Zrobiłem kilka testów. Wyniki nie są wcale zaskoczeniem. Kościane ostrze tnie, ale słabiutko. Damy radę pokroić tym mięso, ale to w zasadzie wszytko. 

Kość jest stosunkowo miękka w porównaniu do tradycyjnych materiałów na nóż. Nie da się otrzymać tak cienkiej i zarazem ostrej krawędzi jak w przypadku stali, krzemienia czy chociażby ceramiki. Wydaje mi się, że jedynym powodem usprawiedliwiającym funkcjonowanie kościanych noży był lokalny brak atrakcyjniejszych surowców. 

sobota, 23 stycznia 2021

Bedroll, syberyjskie ognisko całonocne i malinowa herbatka grubo ciachana.

Ta odrobina śniegu i mrozu sprzed tygodnia bardzo mnie uszczęśliwiła. Świeżo spadły śnieg wybielił szarą codzienność, a cichy zimowy las ukoił zmęczone serce. Tego mi było potrzeba. Jestem zdania, że zimą człowiek powinien więcej odpoczywać, aby nabrać sił na wiosnę. Przydało by się kilka dni dodatkowego wolnego, tylko jak tu szefowi w pracy o tym powiedzieć? ;)

Na jednodniowym wyjeździe przetestowałem syberyjskie ognisko całonocne. Okryty wełnianym kocem, przy cieple ogniska spędziłem zimową noc. Jedni uprawiają w zimie morsowanie, a inni kocowanie ;)  Prócz skromnych zimowych warunków potrzebowałem jeszcze minimum sprzętu. Podstawa to solidna siekiera umożliwiająca przygotowanie ogniska. Przytroczyłem ją na zewnątrz do pakunku zrobionego ze zrolowanego koca, w którym zwinąłem pozostałe rzeczy: kubek, krzesiwo i prowiant na cały dzień. 

Sznurem związałem końce i zrobiłem szelki umożliwiające wygodne przenoszenie. Nóż zawiesiłem  na szyi. Założyłem podwójne wełniane skarpety, śniegowce, koszulkę termo, dwa wełniane swetry, anorak, czapkę, szalik i rękawice. Niech to będzie swagman i jego bedroll w zimowym wydaniu ;) 

Po kilku godzinach chodzenia po lesie upatrzyłem dobre miejsce na nocleg. Przytulny zagajnik sosnowo-modrzewiowy. Robiło się już późno i szybko przygotowałem posłanie z suchych modrzewiowych gałązek. Grube, dobrze ubite butami z podniesionym odrobinę tyłem aby chronił mnie przed wiatrem. Skrzesałem ogień krzesiwem tradycyjnym, dołożyłem modrzewiowego chrustu i wziąłem się za znoszenie czegoś konkretnego. 

To na syberyjskie ognisko całonocne. Pnie uschniętych modrzewi i sosen będą odpowiednie. Pociąłem na kawałki i zaniosłem do obozu. 

Już przy blasku ogniska nazbierałem śniegu, zagotowałem herbatę z malinowych pędów i przygotowałem szaszłyki na obiadokolację. Wysuszyłem rękawice, skarpety, ''pościeliłem łóżko''.Gdy zaległem na posłaniu zadzwonił telefon. To kobieta pytała czy wracam do domu i czy już skruszałem?  Odrzekłem, że nie i będę marznął dalej;)

Na szczęście nie było tak źle. Grube kłody otoczyły mnie przyjemnym ciepłem. Modrzew sypał iskrami  i ''trzeszczał'' jak kobieta, niby sam w lesie, a poczułem się jak w domu ;) Nie chciało mi się jeszcze spać, długo oglądałem wieczorne seriale: "M jak modrzew, Spalające się kłody 5, Przeminęło ze śniegiem, Dawno temu zimą, Zostanie po nas tylko popiół". Położyłem się blisko ogniska, narzuciłem na siebie koc i wygrzewałem stare kości. Przekręcałem się co jakiś czas szukając najlepszej pozycji do zaśnięcia. Wiatr nie ustawał, padał drobny śnieg, który topił się na moim kocu. Powierzchnia śniegu rozświetlała blask wokół ogniska jakbym miał zapaloną lampkę przy łóżku. Powieki stawały się coraz cięższe. Naciągnąłem mocniej czapkę, zasłoniłem kapturem twarz. Miękko, ciepło, błogo. W końcu przyszła Pani sen i mnie zabrała na spacer.

Zimno nie pozwalało mi na nieprzerwany sen do rana. Co jakiś czas wstawałem i podsuwałem kłody do przygasającego ogniska. Nie jest to specjalnie uciążliwe, idzie przywyknąć. Zimowa noc i tak jest dłuższa niż moje potrzeby snu.

Nie wiem jak była temperatura, nie noszę ze sobą termometru. Podobno rano było jakieś -12°C, ale kto by to zliczył. Zresztą, czy informacja o temperaturze spowoduje, że zrobi mi się cieplej?

Rano na śniadanie, prosto z zimowego lasu, rozgrzewająca malinowa herbata grubo ciachana. Sporządzona na świeżych płatkach śniegu, zbieranych za łóżkiem, a pochodzących z wieczornych opadów, czyste ekologicznie przefiltrowan przez grube pokłady chmur nimbostratus ;)

Do tego tosty i pyszny, energetyczny szaszłyk przyprawiony dymem ogniska. 

Porobiłem trochę zdjęć na pamiątkę, bo nie wiadomo kiedy znowu spadnie śnieg. Człowiek siekiera, Człowiek zima i Człowiek koc. 

O spaniu przy ognisku pod wełnianym kocem nie będę wam przynudzał. Sprawa przyzwyczajeń i tego, co kto lubi. Jak wcześniej wspomniałem, koc i siekiera były wynikiem chęci sprawdzenia możliwości syberyjskiego ogniska całonocnego przy temperaturach powietrza poniżej zera. Wełniany koc i siekiera sporo ważą, ale klimat jest niezwykły.

Wynik eksperymentu jest taki, że na dobrą sprawę aby przespać noc w tych warunkach mógłbym zrezygnować z siekiery i koca. Żadne odkrycie, większe ognisko i częstsze dokładanie załatwiły by sprawę. Po prostu zabrałem ze sobą to, na co miałem ochotę. Sugeruję jednak na takie noclegi zabranie co najmniej jednego wełnianego koca. Gdy nam będzie za gorąco, to zawsze możemy się odkryć ;)

Syberyjskie ognisko całonocne to w zasadzie wycinek ogniska typu gwiazda z dodatkowym poprzecznie umieszczonym pniem. 


Pełni on rolę ekranu odbijającego ciepło w kierunku posłania oraz zapewnia większy dopływ tlenu do spalających się kłód. Dobór rodzaju drewna (gatunku, wilgotności, grubości, długości) i ich rozmieszczenie wpływa zasadniczo na szybkość spalania, a zarazem na efektywność cieplną. Przy tego typu ognisku spałem kilkukrotnie. Zwykle w takich sytuacjach nie posiadałem przy siekiery ani piły. Uważam, że nie są one do tego konieczne. Jeśli sytuacja wymaga od nas oszczędzania energii, to nie traćmy jej na wywijanie siekierką. Ognisko rozpalam po dokładnym rozpoznaniu terenu. Wyszukuje miejsce, gdzie opału jest pod dostatkiem i jego pozyskanie nie stwarza problemów. W zagajniku gdzie obozowałem pełno było uschniętych drzewek, o które wystarczyło się oprzeć aby się przewróciły. Na nasze warunki, do zabawy w zupełności wystarczą. Mając siekierę lub piłę, można by się pokusić o większe rozmiary, tylko po co? Zapamiętajcie te słowa - "Las słyszy, pole widzi...'' a "Bez potrzeby drzewo ściąć - grzech straszny''.

czwartek, 7 stycznia 2021

Jak zrobić dziegieć?



Najbardziej popularna technika produkcji dziegciu opiera się na wykorzystaniu dwóch naczyń. Dawniej ceramicznych, obecnie łatwiej będzie nam zdobyć metalowe. Potrzebna nam będzie jedna duża puszka na brzozową korę, z dopasowaną pokrywką i druga mniejsza, w której zbierze się dziegieć. To najlepszy sposób. Mniejszą puszkę można zastąpić słoikiem, ale istnieje ryzyko że pod wpływem wysokiej temperatury pęknie, a jego zawartość wycieknie do podłoża. W dużej puszce z korą w dnie po środku robimy otwór, przez który dziegieć będzie ściekał do mniejszego pojemnika.


Z braku dużej puszki z pokrywką można użyć np. starego garnka do gotowania. Za pokrywkę będzie robił fragment blachy o wymiarach nieco większych od średnicy tego garnka. Wówczas w blasze trzeba zrobić niewielkie zagłębienie z otworem pośrodku. Jeśli i tego nie znajdziemy, to do zrobienia niewielkiej ilości dziegciu wystarczą nam dwie puszki po piwie.

Zbierz korę z martwych brzóz. Wypełnij szczelnie dużą puszkę korą, paski ułożone pionowo, tak jak jest to widoczne na zdjęciu. 



Kopiemy w podłożu zagłębienie, krawędź pojemnika na dziegieć powinien był mniej więcej na poziomie podłoża lub nieznacznie niżej. Wkopujemy naczynie, w którym zbierał się będzie dziegieć. Uważajmy, by do środka nie dostały piasek czy ściółka, gdyż zanieczyszczą nam otrzymany dziegieć. Na nim stawiamy dużą puszkę z brzozowa korą i zakrywamy. Na górze warto położyć kamień, który dociąży lekką puszkę. W drugim wariancie naczynie na dziegieć przykrywamy fragmentem blachy i na tym ustawiamy garnek z brzozową korą dnem do góry. Brzegi dokładnie obsypujemy piaskiem lub uszczelniamy rozrobioną gliną. Naczynie z korą musi być stabilne, nie może się zsunąć czy przewrócić podczas wypału. 


Puszkę z korą obkładamy suchymi gałęziami i podpalamy. Ogień nie musi być duży, ale powinien otaczać puszkę ze wszystkich stron. W zależności ilości brzozowej kory podtrzymujemy ogień od 1-3 godzin. Jeśli nie jesteśmy pewni czy dziegieć już się skroplił to dla pewności potrzymajmy dłużej. 

Pozwólmy aby ogień samoistnie wygasł i nasz zestaw do produkcji dziegciu ostygł. Zgarniamy resztki popiołu i uszczelnienia z puszek. Aby uniknąć poparzenia prace te bezpieczniej jest przeprowadzić w rękawicach. Pojemnik z dziegciem wkopany w ziemie stygnie bardzo długo. Zdejmujemy górne naczynie, w której znajdowała się brzozowa kora. Ostrożnie, aby do pojemnika z dziegciem nie dostały się zanieczyszczenia. Sprawdzamy jak wyglądają pozostałości kory. Przy prawidłowo przeprowadzonym procesie kora będzie zwęglona bez pozostałości dziegciu. 


Wyciągamy z podłoża pojemnik z dziegciem. Ciekłą, lepką maź o czarnobrunatnym kolorze i charakterystycznym zapachu. Ilość otrzymanego dziegciu zależy od jakości kory oraz warunków destylacji. 


Jeśli potrzebujemy zagęszczonego dziegciu to musimy odparować lotne substancje powoli gotując na małym ogniu.


Zmniejszy swoją pierwotną objętość i będzie bardziej lepki.  Nie można dopuścić do zapłonu. Co jakiś czas zanurz koniec patyka w dziegciu, gdy ostygnie sprawdź czy osiągnął pożądaną przez ciebie lepkość.