 |
| Zdjęcie autorstwa Pana Michała Piętaka |
Takie właśnie pytanie zadała mi mała dziewczynka na ostatnim pikniku
archeologicznym w Rydnie.
I miała rację, nie ona jedna, każdy ze zwiedzających pragną zobaczyć
ogień.
Siedziałem przed szałasem, przede mną masa porozkładanych rzeczy, z których czarowałem ogień, tak wszystkim mówiłem. Prezentowałem różne
techniki, uzyskiwałem żar, ale zwykle na tym się kończyło, tylko co kilka prób
umieszczałem w rozpałce i rozdmuchiwałem do uzyskania płomieni. Miałem dymiącą
kupkę pyłu drzewnego i zadowolony myślałem że to wystarczy, przecież skoro mam
żar to uzyskanie ognia nie stwarza już problemu, tak przynajmniej mi się
wydawało. Moje ręce i płuca były już zmęczone, trzeci dzień na słońcu, setki
prób, mnóstwo zwiedzających. Za każdym razem z
żaru uzyskiwanie płomieni przy tylu zwiedzających nie jest fizycznie możliwe.
Niby coś tam widać że się żarzy, dymi, ale to wciąż nie ogień! A może to za
chwilę zgaśnie, bo to takie małe, albo z tego nie da się wcale zrobić
ognia, oszukuję lub nie potrafię. Skoro Pan twierdzi że potrafi zrobić ogień,
to proszę pokazać. No i jak tu odmówić?
Ambicja brała górę:)
Wspaniały widok zobaczyć jak ''rodzi'' się ogień z tarcia dwóch patyków, za
każdym razem to dla mnie magia, choć robię to już po raz n-ty, dymiąca malutka
grudka żaru, rozdmuchiwanie i na koniec płomienie. Na koniec uśmiech
na twarzy dziecka i oklaski zgromadzonych, w takich chwilach nie czuję
zmęczenia ani bólu.
Chciałbym jednak napisać dzisiaj o czymś, co do tej pory pomijałem, bo wydawało mi się banalne i oczywiste, o
zwiększaniu ilości żaru zanim przeniesiemy go na rozpałkę i zaczniemy
rozdmuchiwać. Warunki podczas pikniku sprzyjały, było bardzo gorąco
i sucho ale silne powiewy wiatru kilka razy rozdmuchały zebrany pył
zanim zdążyłem do rozdmuchać. Stosowałem więc małą sztuczkę, dodawałam
roztartego w dłoniach suchego świerkowego próchna, żaru było więcej i w
bardziej pewny sposób uzyskiwałem ogień.
Tam gdzie krzeszemy ilość żaru zależy od ilości hubki, w metodach
wykorzystujących tarcie np. w ręcznym świdrze ogniowym ilość uzyskanego żaru
jest niewielka i są małe możliwości manewru. Co prawda można dłużej świdrować i zbierze się wtedy większa ilość gorącego pyły drzewnego, z którego powstanie więcej żaru, ale nie zawsze to pomaga czy jest to możliwe. Niektóre z zestawów ogniowych (np. świder ręczny sosna-sosna) intensywnie się ścierają lub też podstawka jest cienka i możliwa jest tylko jedna próba. Gdy nie uda uzyskać się nam żaru to zwęglony pył drzewny wykorzystujemy jako hubkę w kolejnych próbach.
Gdy wielkim
wysiłkiem już uda nam się uzyskać żar to w trudnych warunkach (wiatr,
wilgotność, nie najlepszej jakości rozpałka) zanim umieścimy żar w
rozpałce i zaczniemy rozdmuchiwać, dobrym rozwiązaniem jest zwiększenie
ilości żaru. Zresztą jest to metoda godna polecenia w każdych
warunkach, dużo łatwiejsza i bezpieczniejsza, pozwala na zaoszczędzenie hubki. W
niektórych przypadkach wręcz uznałbym błędem umieszczenie żaru
bezpośrednio w rozpałce. Kto czytał Meissnera zapewne zwrócił uwagę
jak Lapończyk Jaumo robił ''ogienek'', zadbał o każdy element, nie tylko
starannie wyszukiwał materiału na świder ręczny ale też zbudował wiatrochron,
przygotował hubkę i rozpałkę.
Przy krzesiwie tradycyjnym wystarczy mi skrawek zwęglonego lnu wielkości
paznokcia, jeśli jest to błyskoporek to jest to okruch wielkości paznokcia u
małego palca, taka ilość w zupełności mi wystarcza. Z zapalniczki tłokowej ilość
żarzącej się hubki jest jeszcze mniejsza, tam nie ma
miejsca na umieszczenie większej ilości materiału z
którego moglibyśmy otrzymać żar, i z tym musimy sobie
poradzić. Widziałem niejednokrotnie jak ''specjaliści'' używali za jednym razem
hubki, która mi wystarczyłaby na kilkadziesiąt ognisk. Oczywiście można i tak,
tylko nie róbmy tego, co jest łatwe i kiedyś było zwykłym codziennym domowym
zajęciem, domeną wyłącznie wybranych. Ogień z krzesiwa tradycyjnego małe dzieci
potrafią wzniecić, małe rączki dużo mogą, nie raz się o tym przekonałem.
Pył zebrany podczas tarcia powinien utworzyć grudkę, powinien ale z tym bywa
różnie. Zdarza się, że zanim przeniesiemy żar z podkładki wiatr rozwieje
zebrany pył lub sami niechcący roztrącimy go przy odsuwaniu podstawki, może się
przykleić do wycięcia i nie zauważymy tego, rozsypie się na zbyt luźnej
rozpałce. Nie można dopuścić by żar uzyskany w trudzie zmarnować.
Do utworzonego żaru, obojętnie w jaki sposób uzyskanego, dosypujemy hubkę,
choć słowo to w tym przypadku co innego oznacza niż hubka do krzesiwa tradycyjnego. Hubka taka nie ma na celu łapanie iskier. Jest to materiał będący ''przedłużaczem żaru'', taki który zacznie się żarzyć od już utworzonego
żaru, zwiększy się jego ilość, stanowić będzie łącznik pomiędzy powstałym
na początku żarem a rozpałką.
Taką hubkę możemy przygotować z różnych naturalnych materiałów, mogą to
być suche i roztarte na pył pożółkłe trawy, mchy, porosty, doskonałe
jest próchno z większości drzew, nie koniecznie świerkowe, żywiczne. Ja użyłem
świerkowego, bo służyło mi jednocześnie jako hubka do krzesiwa tradycyjnego,
żywiczne ładnie chwyta iskrę. Na dnie pojemnika z kory brzozowej w którym miałem
próchno było pełno pokruszonych kawałków, dosypywałem stopniowo by nie zagasić do żaru powstałego z
krzesania bądź z tarcia, ''karmiłem'' tworzący się żar aż zrobiło się go
kilka razy więcej, dopiero wtedy przenosiłem na rozpałkę i rozdmuchiwałem.
Więcej żaru a więc i łatwiej uzyskać płomień, szybciej, nawet przy
drobnych błędach jak zbyt luźnej rozpałce, grubych włóknach czy nieco wilgotnej.