czwartek, 17 grudnia 2015
Drewniana łopatka - inspiracja kornikami :)
Natura inspiruje, tym razem by dostrzec piękno musiałem się o nie dosłownie potknąć:)
Kilka jesionowych gałęzi leżących na ziemi ze zbutwiałą korą, pod którą korniki wydrążyły labirynty chodników układające się w bardzo ciekawe wzory. Z zewnątrz powierzchnia lekko zaokrąglona, struktura ze śladami korników, brązy. Wnętrze to proste i jasne słoje jesionu. Skorzystałem z podpowiedzi, siekierka i nóż wystarczy, szybko powstał komplet szpatułek, którymi przewracam placuszki z dodatkiem roślin na patelni.
Natury nie trzeba poprawiać, tylko trzeba umieć dostrzec doskonałą formę, zaakceptować, uwidocznić, a następnie cieszyć się pięknem na co dzień.
wtorek, 15 grudnia 2015
Epoka kamienia
''Rozpocząłem swe dorosłe życie hipotezą, że można stać się rówieśnikiem epoki kamiennej. Ponad trzydzieści lat nastawiałem się na realizowanie tego. W ciągu ostatnich dziesięciu z tych lat praktycznie doświadczyłem fizycznej, umysłowej i emocjonalnej rzeczywistości epoki kamiennej. Ale - cytując powiedzenie buddystów - w końcu nastąpiło zetknięcie twarzą w twarz z czystą rzeczywistością. Przekonałem się, że nie jest możliwe, aby istoty ludzkie, jakimi je obecnie znamy, wyżyły z darów natury.''
G. Rosellini
Nie mam najmniejszego zamiaru podważać tej tezy. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to proponuję mu by wybrał się do lasu i sam spróbował, wyżyć wyłącznie z tego co oferuje natura.
Co jakiś czas na różnych forach powraca dyskusja, czy można przeżyć na łonie natury korzystając wyłącznie z jej darów? W krótszym okresie czasu owszem można, dyskusja w jakich warunkach i jak długo? Macie odwagę? Spróbujcie zanim odpowiecie.
Co mnie kreci tak bardzo w tej najodleglejszej czasowo epoce ludzkości? Uważam, że zabawa w rekonstrukcję ma większy sens niż wyłączne korzystanie z dobrobytu naszej współczesności. Przeraża mnie to, ku czemu świat podąża, dlatego obrałem własną drogę. Poszerzam swą wiedzę o epoce kamienia bo to najodleglejszy czasowo okres, trudny dla ludzi i zarazem najbliższy naturze. By przeżyć człowiek musiał pokonać trudności, i nie sam, a w grupie. Pojedyncze osobniki nie miały szans na przeżycie. By przeżyć, kiedyś człowiek musiał myśleć, inaczej był skazany na śmierć. Obecnie podążamy w przeciwnym kierunku. Jednostki uznały, że lepiej będzie jeśli tylko oni będą myśleć, bo wiedzą najlepiej, a inni mają tylko wciskać guziki. Stać się trybikami w wielkiej maszynie, bez wnikania w sens.
Oglądałem niedawno program telewizyjny "'Era przetrwania'', który był zaprzeczeniem tego co ludzkie, brak myślenia, przewidywania, działania w grupie, egoizm, ujawniły się wszystkie najgorsze cechy współczesnego świata. Grupa zwykłych ludzi, dostali ubrania, skóry, gotowe szałasy, broń, narzędzia, a nawet jedzenie. Ekipa realizacyjna pomagała jak mogła, mieli zapewnioną opiekę medyczną, celem było przetrwać zaledwie 8 tygodni. Poza złapaniem kilku raków, ukopaniem korzeni łopianu i pałki, zbieraniem owoców tarniny nie zdobyli nic więcej sami do jedzenia. Świadomie przemilczę ich umiejętności. Czekali końca programu, tak w skrócie można nazwać to co ''robili''.
Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się czy i jak długo człowiek przetrwa, bez ingerowania z zewnątrz, tydzień, miesiąc, rok, a może dłużej? Za każdym razem odpowiedz jest ta sama, nikt.
Program to tylko show, rządzi się swoimi prawami, najważniejsza oglądalność i dobra zabawa. Gdy sami staniemy ''nadzy'', oko w oko z naturą, okaże się ile w nas jest człowieka, to najlepszy sprawdzian umiejętności. Koniec pisania, do nauki a następnie do lasu :)
środa, 2 grudnia 2015
W Miejskiej Kniei
Impreza survivalowa, na której oboje mieliśmy poprowadzić warsztaty, tak to się wszystko zaczęło :) Później kolejne imprezy, kilka weekendów spędzonych u niej na warsztatach oraz prywatnie, na spacerach po lesie, łące, wspólnym zbieraniu darów lasu i przyrządzaniu z nich smacznych dań. Katarzyna Miłochna Mikulska, właścicielka firmy W miejskiej Kniei, osobowość niezwykła pod wieloma względami, kreatywna, energiczna, uśmiechnięta. Mnie najbardziej imponuje swoją wiedzą na temat roślin jadalnych i ziół, gdyż jest zielarką oraz organizatorką warsztatów z zielonej kuchni (ale nie tylko), a do tego jeszcze miłośniczka survivalu. Jak tu się nie pokusić o lepsze poznanie takiej osoby:)
Ciekawym przedsięwzięciem było otworzenie w lecie Leśnej restauracji, w której można było skosztować dań z wykorzystaniem dzikich roślin, np. naleśników z kurdybankiem, ciasta czekoladowo-pokrzywowego, ivan czaju czy lemoniady pokrzywowo-miętowej.
Prowadziła warsztaty kosmetyczne, robienia mydełek, decoupage, serowarskie, gotowania na żywym ogniu, robienia Żadanic i Ziarnuszek (jest Szamanką). Dla każdego, dla każdego, kobiet, mężczyzn, seniorów, dorosłych, młodzieży i dzieci, wakacyjne kolonie jak i baza harcerek. Były warsztaty o różnej tematyce dla survivalowców, bushcraftowców i preppersów, w terenie jak i na miejscu przez cały rok, w kilku brałem udział.
Można było przyjechać na kilka godzin lub dni, prócz nauki smacznie zjeść, porozmawiać, pospacerować, posiedzieć przy ognisku w nocy, nauczyć się inaczej patrzeć na otaczający nas świat, wyciszyć się, zwolnić, odpocząć.
Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tym co robi, to zapraszam na jej bloga: http://wmiejskiejkniei.blogspot.com/ oraz na fb: https://pl-pl.facebook.com/wmiejskiejkniei
Zainteresowanych zapraszam na warsztaty, do polubienia strony i śledzenia wydarzeń na fb.
Pozostałe zdjęcia: https://picasaweb.google.com/101961305466505913296/WMiejskiejKniei
czwartek, 12 listopada 2015
Korzonkowa
W polskiej tradycji kulinarnej mamy ogromną różnorodność zup: ogórkowa, pomidorowa, grochowa itd. W zależności od dostępnych surowców przygotowujemy je z różnych składników, części roślin, od zieleniny, nasion, po korzenie. A jesień to znakomita pora by udać się na zbiór korzeni w teren. Dziś ugotowałem zupę z korzeni czterech dzikich roślin jadalnych, pospolicie występujących, nazwałem ją korzonkową.
Kłącza pałki oczyszczamy z miękkiej zewnętrznej części, kroimy w kawałki, dolewamy wodę, rozgniatamy i wypłukujemy skrobię odrzucając włókna. Gotujemy całe korzenie palowe chmielu, gdy zmiękną pozbywamy je twardego rdzenia, miękką cześć kroimy na kawałki. Dodajemy do pałki i razem kilka minut gotujemy. Zestawiamy z ognia, do smaku dodajemy świeżo starty korzeń chrzanu, trochę żółtego sera, maślankę, sól. Odstawić na kilka minut niech zupa nabierze smaku. Nie przesadzić z chrzanem, bo inaczej zupa będzie uznana za broń biologiczną :) Zamiast tostów usmażone na złoto korzenie łopianu.
Zupa, jak i wszystko co jemy ma przede wszystkim smakować, nie kierujcie się wiec tylko i wyłącznie zdjęciem, na którym może i nie wygląda najsmaczniej. Odrzućcie pierwsze powierzchowne wrażenia, bo czasem okazują się one bardzo mylące, dobry wygląd nie gwarantuje środka o podobnej zawartości. To tak jak w życiu, jabłko smacznie wygląda z zewnątrz, a gdy spróbujemy okazuje się kwaśne i robaczywe :)
środa, 11 listopada 2015
Korzenie wiesiołka
Najwydajniejsze ze znanych mi korzeni, to korzenie wiesiołka. W porównaniu z kłączami pałki szerokolistnej ich zbiór i przygotowanie jest dużo łatwiejsze. Wykopanie tych, co są przedstawione na zdjęciu zajęło mi kilka minut. Nie zawsze takie okazy się trafiają, zwykle mniejsze, dorodne mogą mieć do 5 cm grubości i długości do 50 cm. Taką zdobyczą nie można pogardzić.
Korzenie wiesiołka są jadalne na surowo w sałatkach, marynowane, gotowane jak warzywo, smażone, pieczone, suszone. Są mięsiste, słodkawe z nieco ostrym posmakiem. Zawierają śluzy, białka, sole mineralne i skrobię.
Najczęściej korzenie wiesiołka gotuję z innymi zdobyczami w kociołku bądź smażę. Po starciu korzeni otrzymujemy kleistą papkę do której można dodać mąki i zrobić podpłomyki o owocowym posmaku, zastępują mi w ten sposób jajka.
Korzenie wiesiołka są pożywne i jednocześnie lekkostrawne. Trudno o lepszy łup na piaskach, nie trzeba wchodzić do wody, brudzić się mułem się jak przy korzeniach pałki. Jedna z niewielu rzeczy, co przyszła z zachodu, a nie jest taka wcale zła :)
czwartek, 29 października 2015
Więzienny dymek - ogień przez rolowanie cz. I
Prawdopodobnie pomysł na uzyskanie żaru w ten sposób powstał w obozie jenieckim lub więzieniu w Europie jeszcze przed 1939 rokiem, gdzie stosowano tą technikę do podpalania papierosów/wzniecania pożarów. Wyobrażam sobie taki scenariusz, gdzie osadzeni pozbawieni wszelkich możliwych źródeł ognia wykorzystują to, co było dostępne w celi, a więc bawełniana wata służąca do opatrunków, bawełniane części odzieży, gazety plus popiół z papierosów lub wapno zeskrobane z pobielonych ścian. Rolowano deską na podłodze, miską, lub podeszwą buta.
Niemiecki ekspert survivalu Rudiger Nehberg, napisał o tym w swojej książce, stąd niekiedy metoda bywa nazywana Rudiger Roll. Technika rolowania jest mało znana, w Polsce nie znam nikogo kto by ją prezentował, ale to nieistotne. Poza filmami na yt znalazłem tylko skąpe informacje na zagranicznych forach. A technika uważam, że łatwa, ciekawa i warta poznania.
Na czym polega ta technika? Jak nazwa wskazuje na rolowaniu, podobnie jak to się czyni rolując np. liście tytoniu na cygara. W wyniku nacisku i rolowania wywołujemy tarcie pomiędzy włóknami, wzrasta gęstość i temperatura, w warunkach beztlenowych jakie panują we wnętrzu ''cygara'' dochodzi do zapłonu.
Bawełnę czy inne włókna należny skręcić jak najciaśniej tak, by powstało coś na kształt cygara. Następnie w rekach, a później deską (lub inny płaski przedmiot) kilka razy przeciągnąć lekko dociskając do podłoża (np. stołu). Przez rolowanie uzyskujemy coraz większe zagęszczenie włókien naszego ''cygara'' zmniejszy się jego średnica. Stopniowo zwiększamy szybkość jak i docisk. Po kilkudziesięciu ruchach powinniśmy mieć dymiące włókna. Trzeba obserwować co się dzieje z rolowanymi włóknami, czy się nie poluźniają, nie rozpadają. Jeśli wszystko robimy dobrze to, rolowane włókna zmienią swój kolor na ciemniejszy, do czarno brązowego, zaczną dymić, Wtedy przestajemy rolować, wierzchnie warstwy włókien rozrywamy i rozdmuchujemy żarzące się we wnętrzu włókna.
Możliwy jest jak najbardziej zapłon samych włókien (ale tylko niektórych) poprzez rolowanie bez dodatkowych składników (popiołu), jest to jednak trudniejsze i rzadziej stosowane rozwiązanie.
Najczęściej stosuje się zestaw włókno + izolator. Prócz bawełny, czy innych naturalnych włókien jako izolator i materiał zwiększający tarcie stosuje się materiał niepalny (z wyjątkami), najczęściej jest to popiół, poza tym: soda, nadmanganian potasu, rdza (tlenki żelaza), wapno, kreda, sproszkowane muszle, kości, siarka z zapałek, pieprz cayenne, podchloryn wapna, dwutlenek manganu (zużyte baterie alkaliczne), azotan amonu, błyskoporek. Dodanie do włókien dodatkowej substancji zwiększa tarcie i utrzymuje ciepło powstałe w wyniku tarcia pomiędzy włóknami, ułatwia zwęglanie włókien i zwiększa szybkość zapłonu. Niektóre z substancji reagują bardzo gwałtownie i trzeba zachować ostrożność, np. nadmanganian potasu, którego jeśli dodamy za dużo wręcz wybucha i włókna zajmują się ogniem. Popiołem czy inną substancją posypujemy włókna na początku zwijania.
Uzupełnieniem jak zwykle opisu są zdjęcia i filmiki.
środa, 14 października 2015
Mąka z nasion grążela żółtego i podpłomyki
Na licznych stanowiskach archeologicznych na terenie Europy z okresu mezolitu, obok skorupek orzechów laskowych znaleziono nasiona grążeli. Jak się przypuszcza były one spożywane, tak jak obecnie nasiona zbóż. Z danych etnograficznych wiemy, że między innymi były pożywieniem Indian w Ameryce Północnej. Kilka miesięcy temu o nasionach grążela żółtego pisali Finowie odtwarzający epokę kamienia.
Grążel żółty jest rośliną pospolitą na niżu, objęty jednak częściową ochroną gatunkową (ja zbierałem owoce na prywatnym stawie). Zasiedla zbiorniki wodne stojące lub wolno płynące bogate w substancje organiczne, starorzecza, brzegi jezior i rzeki o wolnym nurcie. Jest to roślina trująca, zawiera alkaloidy działające porażająco na korę mózgową. Owocem jest torebka o makówkowym kształcie dojrzewająca pod koniec lata. Mnie zainteresowały nasiona, które znajdują się wewnątrz torebki.
Nasiona bez obróbki są bardzo niesmaczne, gorzkie. Aby stały się jadalne trzeba je poddać fermentacji, co najmniej kilka tygodni, wtedy smakują jak orzechy. W filmie Mears wraz Gordonem Hillmanem, profesorem archeologii zajmującym się tematyką pożywienia ludzi w epoce kamienia, fermentowali na potrzeby filmu nasiona grążela tylko przez tydzień. Opłukane nasiona roztarli na papkę na kamiennej płycie, następnie zawieli w liście szczawiu, podobnie jak gołąbki i upiekli w gorącym popiele ogniska. Jak można zobaczyć na filmie, tak przygotowany posiłek z nasion okazał się nie do zjedzenia.
Ja fermentowałem nasiona grążela żółtego przez miesiąc, chociaż myślę,
że jeszcze można było wydłużyć ten czas. Torebki umieściłem w garnku,
rozgniotłem i następnie zalałem wodą. Szybko dało się poczuć przykry
zapach fermentacji. Co kilka dni zmieniałem wodę. Po miesiącu zostały
same nasiona, które zmieniły barwę z żółtawej na ciemniejszą, lekko
brązową.

Nasiona wypłukałem dokładnie w czystej wodzie, odsączyłem i wysuszyłem. W ręcznym żeliwnym młynku do zboża zmieliłem na gruba mąkę, nie wyglądała za ciekawie, zielonkawo-brązowa, o zapachu orzechowym. Dodałem wody by zrobić podpłomyki, ale mąka okazała się mało kleista, podpłomyki z samej mąki z nasiona grążela rozpadały się. Dodałem więc ok.1/4 mąki pszennej, ciasto ładnie dało się wyrobić. Zrobiłem z tego 7 podpłomyków, upiekłem je na kamieniu rozgrzanym w ognisku. Przyszła najważniejsza próba, smakowa. Swoim smakiem podpłomyki z nasion grążela niczym szczególnym się nie wyróżniły, podobne do podpłomyków robionych z żołędzi. Nie gorzkie, lekko orzechowe.
Nasiona grążela nie są specjalnie wydajne, do zbioru torebek potrzebujemy łódkę lub podobny sprzęt do pływania. Czas potrzebny do ich przygotowania jest długi z uwagi na konieczność kilkutygodniowej fermentacji. Nasiona były cenione ze względu na dużą zawartość węglowodanów i białka. Rozsądniej było by dodać roztarte nasiona do zupy, tak jak to robili np. Indianie.
Nie zachęcam nikogo do podobnych doświadczeń, są łatwiejsze rośliny do zbioru i przygotowania niebędące pod ochroną. Zrobiłem to dla własnych doświadczeń. W tym roku wyjątkowo niski poziom wody w zbiornikach wodnych ułatwiał zbór niektórych roślin. Ciekawostką jest sposób pozbywania się goryczy z rośliny, część roślin jest niejadalna tylko z uwagi na swój gorzki smak. Niektóre metody przygotowania pozwalają na pozbywanie się szkodliwych substancji w roślinach tak, że umożliwia to ich spożywanie. Część roślin bogatych w składniki pokarmowe np. węglowodany, zawiera również szkodliwe substancje, których można się pozbyć na różne sposoby np. gotowanie, ługowanie, suszenie.
Grążel żółty jest rośliną pospolitą na niżu, objęty jednak częściową ochroną gatunkową (ja zbierałem owoce na prywatnym stawie). Zasiedla zbiorniki wodne stojące lub wolno płynące bogate w substancje organiczne, starorzecza, brzegi jezior i rzeki o wolnym nurcie. Jest to roślina trująca, zawiera alkaloidy działające porażająco na korę mózgową. Owocem jest torebka o makówkowym kształcie dojrzewająca pod koniec lata. Mnie zainteresowały nasiona, które znajdują się wewnątrz torebki.
Nasiona bez obróbki są bardzo niesmaczne, gorzkie. Aby stały się jadalne trzeba je poddać fermentacji, co najmniej kilka tygodni, wtedy smakują jak orzechy. W filmie Mears wraz Gordonem Hillmanem, profesorem archeologii zajmującym się tematyką pożywienia ludzi w epoce kamienia, fermentowali na potrzeby filmu nasiona grążela tylko przez tydzień. Opłukane nasiona roztarli na papkę na kamiennej płycie, następnie zawieli w liście szczawiu, podobnie jak gołąbki i upiekli w gorącym popiele ogniska. Jak można zobaczyć na filmie, tak przygotowany posiłek z nasion okazał się nie do zjedzenia.
Nasiona wypłukałem dokładnie w czystej wodzie, odsączyłem i wysuszyłem. W ręcznym żeliwnym młynku do zboża zmieliłem na gruba mąkę, nie wyglądała za ciekawie, zielonkawo-brązowa, o zapachu orzechowym. Dodałem wody by zrobić podpłomyki, ale mąka okazała się mało kleista, podpłomyki z samej mąki z nasiona grążela rozpadały się. Dodałem więc ok.1/4 mąki pszennej, ciasto ładnie dało się wyrobić. Zrobiłem z tego 7 podpłomyków, upiekłem je na kamieniu rozgrzanym w ognisku. Przyszła najważniejsza próba, smakowa. Swoim smakiem podpłomyki z nasion grążela niczym szczególnym się nie wyróżniły, podobne do podpłomyków robionych z żołędzi. Nie gorzkie, lekko orzechowe.
Nie zachęcam nikogo do podobnych doświadczeń, są łatwiejsze rośliny do zbioru i przygotowania niebędące pod ochroną. Zrobiłem to dla własnych doświadczeń. W tym roku wyjątkowo niski poziom wody w zbiornikach wodnych ułatwiał zbór niektórych roślin. Ciekawostką jest sposób pozbywania się goryczy z rośliny, część roślin jest niejadalna tylko z uwagi na swój gorzki smak. Niektóre metody przygotowania pozwalają na pozbywanie się szkodliwych substancji w roślinach tak, że umożliwia to ich spożywanie. Część roślin bogatych w składniki pokarmowe np. węglowodany, zawiera również szkodliwe substancje, których można się pozbyć na różne sposoby np. gotowanie, ługowanie, suszenie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)