czwartek, 17 marca 2022

Hubka (do krzesiwa tradycyjnego) z rdzenia słonecznika zwyczajnego.

Rdzeń słonecznika na hubkę do krzesiwa tradycyjnego testuję od ubiegłego roku. Wnętrze rdzenia słonecznika podobne jest do rdzenia takich roślin jak: czarny bez, topinambur, dziewanna czy jeżyny. Zwykle na hubkę tego rodzaju surowiec preparuję przez zwęglanie. Większą jednak satysfakcję daje mi znalezienie materiału, którego zwęglać nie trzeba. Rośliną, która ma takie właściwości jest słonecznik. Kolejna na liście naturalnych hubek do krzesiwa tradycyjnego. 

Wysuszony fragment łodygi słonecznika rozcinamy aby dostać się do wnętrza. 
Z miękkiego rdzenia wycinamy cienki plasterek. 
Kładziemy na krzemieniu i krzeszemy iskry, aby spadły na miękisz. Rdzeń słonecznika chwyta iskrę z krzesiwa tradycyjnego, w mojej ocenie dość łatwo. Nie miałem problemów ze złapaniem iskry, miękisz ładnie się żarzy. 
Nieco więcej czasu zajęło rozdmuchanie mi żaru. Wartości palne rozpałki z puchu nawłoci poprawiłem dodając pokruszonego próchna.

Są hubki sprawiające mniej lub więcej problemów jak rdzeń słonecznika. Prócz łatwopalności danej hubki trzeba rozważyć jej możliwość pozyskania w terenie oraz, co jest najważniejsze, własne doświadczenia. A tych oby jak najwięcej :)

środa, 9 marca 2022

Naleśniki z żurawiną i twarogiem. Mieszadełko z gałązki świerku. Lasoterapia :)

 
W słoneczny dzień pod koniec lutego wybrałem się na bagna. I nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie żurawina. Nigdy wcześniej o tej porze roku nie nazbierałem aż tyle żurawiny. 


Owoce zdrowe, pięknie przebarwione na czerwono, kwaśne, czyli tak jak lubię ;) Zjadłem kilka garści na surowo, kilka kolejnych zebrałem do torebki i wepchałem do plecaka. 

Świeże dzikie owoce na przedwiośniu w lesie znaleźć nie tak łatwo. A gdy już się nam uda, to warto z nich zrobić coś smacznego. Postanowiłem przygotować naleśniki z żurawiną i twarogiem. 

Po drodze na miejsce ogniskowe poszukałem gałązki świerku, z której wystrugałem mieszadełko do ciasta naleśnikowego. 


Po przebraniu i opłukaniu owoce żurawiny rozgniotłem. Dodałem do tego twaróg i cukier. Wymieszałem wszystkie składniki nadzienia. Przygotowałem tradycyjne ciasto naleśnikowe. Popracowałem mieszadełkiem z gałązki świerku, świetne usprawnienie obozowej kuchni. 


Smażyłem naleśniki na patelni, a następnie smarowałem je nadzieniem z żurawiny i twarogu.


 Wstawiłem metalowa butelkę z wodą w żar aby zagotować wodę na kawę. 


Cienkie naleśniki z leśną, kwaśną żurawiną, delikatny twaróg i mocna kawa o wyczuwalnej goryczce. Połączenie idealne ;) 

Poczułem przypływ energii spowodowany zjedzeniem pysznych naleśników. Energię należało uwolnić, więc poszedłem w las. Po drodze na drzewach zauważyłem różne znaki, niektóre sympatycznie wyglądające ;) 

Na brzegu lasu rośnie grupa pomnikowych dębów. Przytulałem się do 300-letniego staruszka- lasoterapia :)

czwartek, 3 marca 2022

Moja przygoda z krzemieniarstwem - cz. 1


Pierwsza dokumentacja fotograficzna krzemiennych wyrobów pochodzi z roku 2009. Kupiłem wtedy aparat i mogłem uwieczniać istotne chwile. To punkt odniesienia jeśli wziąć pod uwagę fotografię. Pamiętam jednak, że moja przygoda z krzemieniarstwem zaczęła się co najmniej kilka lat wcześniej. Z tego okresu nic jednak nie pozostało poza wspomnieniami. Tak czy inaczej początki były takie, że w znaleziony na polu krzemień tłukłem drugim kamieniem i uzyskiwałem fragmenty o ostrych krawędziach. W moich poczynaniach więcej było przypadku, niż kontrolowanych działań. Nie posiadałem wiedzy ani umiejętności. Lichej jakości krzemień zmieniałem na gruz o nieco bardziej użytecznej formie.  

Posługiwałem się kamiennym tłuczkiem oraz zardzewiałym gwoździem, który służył mi za retuszer. Zestaw dopełniała drewniana podkładka i kawałek brzozowej kory do ochrony dłoni przed skaleczeniem. Łupałem z marszu, instynktownie, tym co znalazłem w bliskiej odległości. Spękaną krzemienną bryłę, porcelanowy talerz czy szklaną butelkę zamieniałem w drapacze, rylce, piły, wiertniki, ostrza strzał i noży. 


Nie byłem zadowolony ze swoich efektów, chciałem więcej. Zacząłem od literatury. Książek w języku polskim z tego zakresu jest mało, do dyspozycji miałem uczelniane skrypty lub naukowe opracowania dotyczące danego okresu i typologi wyrobów. Stare, pożółkłe książki z rycinami, z których o technice obróbki krzemienia niewiele się dowiedziałem. 

Pojawił się pierwszy retuszer, rogowy pośrednik i młotek. Mogłem zacząć naukę uzyskiwania wiórów.


Później nastała era internetu i studiowania dostępnych tam materiałów (filmy, artykuły). Szybko sobie uświadomiłem, że przejście od wiedzy, do praktyki w tym przypadku będzie procesem długotrwałym. To dlatego, że obróbka krzemienia nie jest zagadnieniem łatwym. W Polsce jest zaledwie kilka osób, które się tym zajmują i potrafią z konkrecji wytworzyć krzemienne narzędzia. 

W krótkim czasie poczułem się taki chojrak, że nawet na jednym zlocie poprowadziłem swoje pierwsze warsztaty z kamieniarstwa ;) 


Eksperymentowałem nie tylko z techniką i materiałami ale również oprawianiem i użytkowaniem krzemiennych narzędzi. 


Na zdjęciach widoczne są też efekty wypraw po lepszy jakościowo surowiec - krzemień z Mielnika i Świeciechowa. 
 

Od momentu podjęcia pierwszych prób z obróbką krzemienia do dnia dzisiejszego przez moje ręce przeszło kilka ton surowca. Spory zapas krzemienia jak i innych materiałów do łupania leży sobie i czeka, dlatego że coraz rzadziej znajduję czas, aby zejść do ''jaskini'' i poeksperymentować. Dobrze, że korniki kamieni nie jedzą ;) 
Przez te kilkanaście lat uzbierałem nieco wyrobów i w kolejnych częściach chciałbym wam je pokazać. Części już się pozbyłem i pozostała tylko na zdjęciach. Znacznie więcej ''zalega na magazynie''. To pierwsza cześć wpisu o mojej przygodzie z krzemieniarstwem. Do następnego :)

piątek, 18 lutego 2022

Iron Camp - Podole 2020 i Bałtów 2021

Iron Camp, dwie edycje świetnej imprezy survivalowej, w których uczestniczyłem. Pierwsza odbyła się 15-16 sierpnia 2020 roku w Podolu koło Opatowa, a druga 19-21 listopada w Bałtowie. Zorganizowane w trudnych, covidowych czasach. Szczególnie w przypadku pierwszej edycji nie obyło się bez problemów. Przez długi okres 2020 roku obowiązywały obostrzenia uniemożliwiające organizację nawet niewielkich szkoleń. W lecie, na krótko ''Łaskawy Pan'' zniósł cześć zakazów, mogliśmy się w końcu spotkać, my survivalowy. Miała się odbyć edycja jesienna, ale ''okienka pogodowego'' już tym razem nie było. To, co się wtedy działo, wiedzą tylko nieliczni. Kolejna edycja odbyła się rok później w na terenie JuraPark Bałtów. 

W pierwszej edycji Iron Camp mieliśmy do dyspozycji las, nieczynny kamieniołom oraz stawy rybne. W drugim przypadku malowniczą rzekę, nie byle jaki park, a nawet lodowisko;) Miejsce to sprawa drugorzędna, najważniejsze było doborowe towarzystwo i znakomici prowadzący. 

Wykłady, warsztaty oraz konkursy. Atrakcji było tak dużo, że wszystkich nie zapamiętałem. W Podolu Wojciech M. Szymański i Iwona Ziółkowska, czyli Odkrywcy natury, poprowadzili blok związany z dzikimi roślinami jadalnymi. Prezentacja z poczęstunkiem i spacer. Zapamiętałem, że bardzo smakowała mi potrawka z podkorza sosny, którą bym chciał w tym roku samodzielnie przygotować. 
Stawy rybne umożliwiły zorganizowanie zawodów wędkarskich oraz prezentację technik połowu ryb w sytuacjach awaryjnych. Łukasz Tulej zorganizował "Wioskę na drzewach''. Staszek Kędzia poprowadził warsztaty z rozpalania ognia oraz wykład o prawidłowym ostrzeniu noży. 


Później ja rozłożyłem swój kram pod czaszą spadochronu, który świetnie chronił przed upałem i pokazywałem, co można zrobić z krzemienia czy szkła. 
Szkoła kadetów przygotowała ćwiczenia z nawigacji w terenie oraz nocny sprawdzian. Odbyły się konkursy, np. z maskowania dla najmłodszych. Był kociołek, ognisko i długie nocne rozmowy, a w niedzielny poranek msza;) 


Kolorytu nadała grupa rekonstrukcyjna i strzelanie z łuku historycznego. 

Dużym zainteresowaniem cieszyło się spotkanie z pierwszym polskim preppersem Adolfem Kudlińskim. Nikomu nie muszę przypominać, co to za postać. Niestety był to ostatni raz, kiedy się z nim widziałem. 


Iron Camp w Bałtowie odbył się pod nazwą Ogień i woda, nieprzypadkowo;) Zaczęliśmy od chodzenia po żarze, przełamywania własnych barier i wzmocnienia psychiki. 


Zakończyliśmy przeprawą przez lodowate wody Kamiennej. 


Postawiliśmy na sprawdzian w terenie nabytych umiejętności z poszczególnych warsztatów przeprowadzonych pierwszego dnia. Mentalny trening, wzmocnienie ciała, umysłu, nabycie umiejętności i sprawdzian praktyczny. 


Było tworzenie własnych łuków, strzelanie, warsztaty ogniowe, dzika kuchnia, zestawy ucieczkowe, prepping, survival, wykłady. 


Na koniec odbyło się wspomnienie tych, którzy już być z nami nie mogli na tej edycji Iron Campu, oraz przesłanie do tych, którzy miejmy nadzieję będą z nami następnym razem. Odrobinę tego, co się działo można podejrzeć na zdjęciach. Panie i Panowie pięknie dziękuję:) Gdziekolwiek to, do zobaczenia!

Z galerii umieszczonej na stronie organizatora wybrałem kilka zdjęć, które mi się spodobały. Więcej zdjęć znajdziecie klikając w poniższe linki. 

https://ironcamp.pl/podole-2020-relacja/
https://ironcamp.pl/baltow-2021-relacja/

środa, 26 stycznia 2022

Biesy z ...


Początek roku. Wypadało by, dobrze zacząć. Optymistycznie spojrzeć i snuć plany, np. kolejnych wyjazdów. Udanych, jak choćby ten z października ubiegłego roku w Bieszczady. Miałem o nim napisać szerzej, z pewną dozą ironią i nutą nostalgii, ale ...

Było, minęło. Dzisiaj jest dzisiaj, a jutro ...?  Nie wiemy. Pozostaje kroczyć do przodu. Marsz przez las, błotnistą drogą. Marsz pod górę ku słońcu. Męczący, pełen przeciwności. Kraina tysięcy schodów o które można się potknąć i ostrych kamieni, które kaleczą stopy. Życie. 

Edward Stachura  - Wędrówką życie jest człowieka

Wędrówką życie jest człowieka;
Idzie wciąż,
Dalej wciąż,
Dokąd? Skąd?
Dokąd! Skąd!

Jak zjawa senna życie jest człowieka;
Zjawia się,
Dotknąć chcesz,
Lecz ucieka?
Lecz ucieka!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił
Jednak iść! Przecież iść!
Będę iść!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Będę szedł! Będę biegł!
Nie dam się!

Wędrówką jedną życie jest człowieka;
Idzie tam,
Idzie tu,
Brak mu tchu?
Brak mu tchu!

Jak chmura zwiewna życie jest człowieka!
Płynie wzwyż,
Płynie w niż!
Śmierć go czeka?
Śmierć go czeka!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił!
Jednak iść! Przecież iść!
Będę iść!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Będę szedł! Będę biegł!
Nie dam się!


Skoro dałem radę wejść boso na Tarnicę, to... nic nie stoi na przeszkodzie ;)

piątek, 10 grudnia 2021

Marmolada z brukwi. Marmolada, melasa i placuszki z buraka cukrowego

Wolność, niezależność, prepping. Czy Wy jesteście przygotowani? Zaglądacie czasem na kanał pierwszego polskiego preppersa św. pamięci Adolfa Kudlińskiego? Pokazywał on swoje gospodarstwo, które pod wieloma względami było niezależne. Chciałbym w przyszłości stworzyć coś podobnego. Jednym z kroków w dążeniu do niezależności żywieniowej jest własny ogród warzywny, któremu poświeciłem w tym roku dużo czasu. Nie będę opisywał szczegółowo co uprawiałem i ile, ale zbiory były obfite. Cześć przeznaczyłem na przetwory. Na zdjęciu widoczne są własnego wyrobu marmolada z brukwi oraz melasa z buraków cukrowych. To pamiątka z wyjazdu w Bieszczady, na który zabrałem kilka słoików domowych wyrobów. Na śniadanie do kawy miałem razowy żytni chleb, bundz oraz marmoladę i melasę. Po takim śniadaniu nie dość, że miałem energię na cały dzień chodzenia po górach, to jeszcze do głowy wpadały mi ciekawe pomysły. O tym jednak w kolejnym wpisie. Teraz wracamy do kuchni. 

Legendarna marmolada z brukwi pojawia się we wspomnieniach wojennych. Aleksandra Zaprutko-Janicka w książce "Okupacja od kuchni" pisze o niej tak - "Kolejnym żelaznym punktem, kartkowej listy zakupów była marmolada z... czegoś. Nie taka z przedwojennego przepisu, z jabłek z cynamonem, klarowna i aromatyczna. Na półkach sklepów rozdzielczych stało coś zupełnie obcego polskiemu przedwojennemu smakowi. Marmolada o wodnistej albo - przeciwnie- wprost betonowej konsystencji. Czy też raczej pseudomarmolada, bo dodawano do niej pastę z buraków i innych, równie atrakcyjnych wypełniaczy. "

Wyrabiano ją z tego, co łatwo dostępne i najtańsze: brukiew, obierki z buraków, rzadziej marchew czy owoce. Dosładzano sacharyną lub melasą. Marmolada nie zachęcała wyglądem ani smakiem. Miała prawie czarne zabarwienie, nieprzyjemny zapach i była niesmaczna. Jej spożycie prowadziło do problemów żołądkowych.

Taki obraz marmolady wcale nie zniechęcił mnie do podjęcia prób jej zrobienia. Na ten cel specjalnie wyhodowałem mały zagonek brukwi. We wrześniu wykopałem korzenie, oczyściłem, obmyłem i pokroiłem na mniejsze kawałki. Przepuściłem przez maszynkę do mielenia, a następnie smażyłem na patelni do zagęszczenia. Pod koniec dodałem nieco melasy z buraków cukrowych. Własnego wyrobu marmolada z brukwi radykalnie odbiegała smakiem i zapachem od pierwowzoru. Przyjemnie pachniała i zjadłem ją ze smakiem. Cóż, bywa niekiedy tak, że eksperyment pozornie udany, trzeba finalnie uznać za nieudany... ;)


Na zdjęciu poniżej marmolada z buraka cukrowego. Robi się ja podobnie do marmolady z brukwi, tylko nie dodajemy melasy. Buraki cukrowe czyścimy, myjemy i rozdrabniamy. Dalej masę podsmażamy na patelni aż do zagęszczenia. Smak słodki, bardzo dobry. 


O melasie (syropie) z buraków cukrowych już kiedyś pisałem. Robię je za każdym razem tak samo; oczyszczam, ścieram na tarce, odciskam sok i odparowuje do zagęszczenia. Po odciśnięciu soku z buraków poprzednim razem pozostałości wyrzuciłem na kompostownik. Nie lubię jak efekty mojej pracy nie są właściwie zagospodarowane. Tym razem starty miąższ użyłem do usmażenia słodkich placuszków. Do odciśniętej masy dodałem odrobinę cynamonu i mąki pszennej. Wyrobiłem ciasto, formowałem placuszki i smażyłem na rozgrzanym oleju na patelni. Smakują znakomicie.


Oczywiste kiedyś, mniej oczywiste obecnie. W czasach okupacji i niedoborów narzucane. Teraz, jeśli ktoś spożywa, to wyłącznie dobrowolnie. Z buraków czy brukwi można przygotować dużo smacznych i zdrowych potraw. 
Kartki, nakazy... Myślicie, że to już nigdy nie wróci? Hm...., może ten eksperyment miał co innego na celu...