niedziela, 29 stycznia 2017

Szałas typu norka z nawłoci


Planowałem jesienią, kiedy liście opadną iść do lasu na weekend, wybudować szałas typu norka z gałęzi i liści i się w nim przespać. Bez ogniska, śpiwora czy koca, tylko w ubraniach, które miałbym na sobie. Sprawdzić czy w takim schronieniu można bezpiecznie, bez wychłodzenia przespać noc. Jeśli tak, to jak grubej warstwy izolacyjnej z liści wymaga szałas i do jak niskich temperatur da się w nim spać? Niestety opady deszczu sprawiły, że liście były mokre i moje plany budowy szałasu muszę odłożyć do jesieni. Na pocieszenie udało mi się zbudować tego samego typu schronienie, ale wykonane z nawłoci. Chciałbym podzielić się kilkoma uwagami na temat tej właśnie konstrukcji - szałas typu norka z nawłoci.


Szałas zbudowałem na bagnach na niewielkiej wyniosłości, pośród kilku brzóz i zarośli wierzby. Dookoła pełno było inwazyjnej nawłoci, chwastu będącego pożytkiem jedynie dla pszczół. Roślina ta opanowała znaczny teren zagłuszając inne rośliny. W zaroślach nawłoci lubią się chować zwierzęta. Z jej prostych i uschniętych łodyg da się też zrobić całkiem ciepłe posłanie, jest dobrym materiałem na schronienie. Do tego celu ją użyłem, do budowy norki. Szałas typu norka jak sam nazwa wskazuje, to taka nora do spania, tylko do spania. Nie ma w niej miejsca by można było robić w tym schronieniu coś więcej poza leżeniem. Z założenia norkę ogrzewany ciepłem własnego ciała, by było w niej wystarczająco ciepło musimy ograniczyć straty ciepła, a co za tym idzie, ograniczyć do minimum objętość schronienia i zastosować jak najlepszą izolację. Schronienie budujemy o jak najmniejszym wnętrzu, tak byśmy mogli do niego tylko wejść i wyjść plus kilka centymetrów po bokach na przekręcenie się z boku na bok w czasie snu. Większa przestrzeń we wnętrzu norki jest luksusem, będziemy mieli co prawda więcej miejsca, będzie wygodniej, ale szałas może nie zapewnić nam spokojnego snu w zimną noc. Większy szałas to więcej potrzebnego materiału na jego zbudowanie, większy włożony wysiłek i więcej przestrzeni do ogrzania. A nasz organizm to nie grzejnik z regulatorem.
Można zbudować norkę większą, dla przykładu w takiej, w której można usiąść, tylko wtedy musimy pomyśleć o dodatkowej izolacji  w postaci śpiwora czy wełnianego koca. Uwagi te nie dotyczą warunków, gdy mamy ciepłe noce i nie potrzebujemy żadnej dodatkowej ochrony.

Przejmy teraz do budowy norki. Ważna informacja to taka, że budowałem ją w mało sprzyjających warunkach zimowych, w nocy temperatura spadała poniżej -20C, warstwa śniegu ok. 10 cm. Gałęzie wierzby, z których zrobiłem pałąki i przytwierdziłem poszycie z nawłoci przy próbie ich zginania łamały się na takim mrozie jak zapałki. By wygiąć musiałem ogrzewać pręty wierzby nad ogniskiem, dopiero wtedy stawały się elastyczne. Norkę budowałem niespiesznym tempem 3 godziny z przerwami na odpoczynek z powodu dolegającego mi bólu pleców. Gdybym budował norkę nie w zimie a jesienią ten czas byłby znacznie krótszy, opady śniegu wyłamały i przykryły dużą część nawłoci, ich zbiór zajął mi więcej czasu. Budowę schronienia zacząłem od zrywania i znoszenia naręczy uschniętych nawłoci. W miejscu gdzie miał stanąć szałas odgarnąłem śnieg i ułożyłem grubą do wysokości kolan warstwę nawłoci na przyszłe posłanie. Po nocy ta warstwa zmniejszyła się czterokrotnie, nie można oszczędzać na izolacji od podłoża. Kolejną rzeczą było wycięcie z wierzbowych gałęzi i zrobienie z nich pałąków, które powbijałem w podłoże tworząc rodzaj rozszerzającego się ku wejściu tunelu.


 Najwięcej czasu zajęło pokrycie norki warstwą nawłoci, grubość ścian to 20-30 cm. Aby pokrycie się nie rozsypywało konstrukcję z zewnątrz opasałem splecionymi gałęziami wierzby. W trakcie budowy kilka razy przymierzałem czy wielkość norki jest taka jak trzeba.



Kilka osób pytało mnie, czy spałem w tym szałasie podczas mrozów i jak moje odczucia? Zbudowałem norkę z myślą o wyższych temperaturach i przez chwilę nawet nie łudziłem się, że to wystarczające schronienie na tak niskie temperatury. Próbowałem tamtej nocy spać, ale już po godzinie zimno mnie wygoniło z szałasu. Dogrzewanie ogniskiem odpadało. W sytuacji krytycznej mogłem docieplić jeszcze norkę z zewnątrz obsypując ją śniegiem, być może to by pomogło mi przespać noc. Suchy śnieg zapewnia bardzo dobrą izolację.
Przy -20C nie ma szans by dało się przespać noc w takiej norce w samych ubraniach (przynajmniej nie takich, jakie ja miałem na sobie), wyjściem byłoby zastosowanie dodatkowo śpiwora, tylko to zaprzecza mojemu założeniu. Norka zapewnia bardzo dobrą ochronę przed wiatrem, gdy zasłonimy wejście to z każdej strony jesteśmy osłonięci. Tego typu szałas ochrania nasz również przed opadami. Zapewnia też dobrą ochronę przed zimnem, ale jak każda rzecz ma swoje ograniczenia. Przy niskich temperaturach rozwiązaniem jest innego typu szałas z możliwością wykorzystania ciepła ogniska.

Zmierzam wrócić do tego szałasu w zimie, gdy będzie więcej śniegu, który będę mógł go wykorzystać do stworzenia dodatkowej warstwy izolacyjnej, może wtedy uda mi się przespać w nim spokojnie noc. A jak nie, to poczekam aż się zrobi cieplej. Suche liście zapewniają lepszą izolację cieplną, ale z tym muszę poczekać do jesieni. Chcę sprawdzić możliwości spania w terenie w chłodniejsze dni bez śpiwora czy ogniska w szałasie typu norka.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Rok poszukiwacza roślin - styczeń

Dużo osób interesujących się dzikimi roślinami jadalnymi, które zaczynają przygodę, nurtuje to samo pytanie, co w określonej porze roku można zbierać? Jakie są możliwości pozyskania pożywienia roślinnego? Aby odpowiedzieć na to pytanie postanowiłem stworzyć swojego rodzaju kalendarz zbioru dzikich roślin w okresie całego roku. Co miesiąc będę opisywał, co sam zbieram w okolicznych lasach, łąkach, nad brzegami rzek itd.

Styczeń tego roku jest śnieżny i mroźny, kilka dni temu temperatury nocne spadały do -20C, zamarzła pobliska rzeka, stawy i inne zbiorniki. Zamarznięta jest również ziemia. Śniegu nie jest specjalnie dużo, jakieś 10- 20 cm. Oczywiście nie jest tak przez cały miesiąc, po kilku dniach zimniejszych przyjdzie odwilż. Jak na styczeń warunki normalne. Czy w takich warunkach da się cokolwiek znaleźć do jedzenia w lesie? Przecież wszystko zamarznięte, rośliny przysypane śniegiem, nic nie widać?  Od razu powiem, że tak, da się znaleźć.  Mało tego, zdarzało mi się w jeszcze gorszych warunkach zbierać rośliny.

Zima to najtrudniejszy okres dla poszukiwacza, ograniczone są bardzo możliwości zbioru ze względu na śnieg i mróz. Nie jesteśmy jednak na straconej pozycji, nawet w tak niesprzyjających warunkach możemy zebrać dzikie rośliny jadalne. Jest kilka możliwości, najłatwiejsze do wypatrzenia w terenie i zebrania są gałązki drzew, z których możemy zaparzyć gorącą herbatkę. Najbardziej znane to gałązki drzew iglastych: sosna, świerk, jodła, napar z igliwia tych gatunków daje smaczną herbatkę bogatą w witaminę C. Mniej znane są herbatki z młodych gałązek czeremchy amerykańskiej czy brzozy. Kolejnymi roślinami, które łatwo odszukać są malina i jeżyna, ich młode pędy nadają się na herbatkę. Gdy śniegu w lesie jest troszkę mniej, tam gdzie dzikie zwierzęta rozgarniają śnieg w poszukiwaniu pożywienia,  możemy poszukać zimozielonych gałązek borówki brusznicy o podobnym zastosowaniu jak wcześniej wymienione gatunki roślin. Zbiór surowca na różnego rodzaju herbatki jest łatwy nawet dla początkujących, są to gatunki pospolite, łatwe do identyfikacji.

Napiliśmy się gorącej herbatki, to teraz czas na coś konkretnego, na rośliny, które dadzą nam energię do działania, bogate w kalorie. Wiemy, że rośliny magazynują substancje odżywcze w organach podziemnych jak kłaczą, bulwy, korzenie palowe. Tylko jak się do nich dobrać, gdy przykrył je śnieg i nie wiemy gdzie szukać, przecież ich nie widać? Ziemia zamarzła i ciężko z kopaniem. Otóż podpowiedź brzmi - po nitce do kłębka :)

Przede wszystkim musimy wiedzieć, że ziemia nie zamarza wszędzie tak samo, w jednym miejscu będzie to np. 30 cm, a w innym tylko 5 cm albo i wcale. Rozwiązaniem jest poszukanie miejsca, gdzie występują rośliny i ziemia nie jest zamarznięta. Szukamy roślin jadalnych na terenach podmokłych, o podłożu bogatym w szczątki roślinne, proces gnicia bowiem przebiega z wydzielaniem ciepła, a co za tym idzie, grunt nie zamarza tak głęboko. Nawet po kilkudniowych spadkach temperatur poniżej -20C na bagnach zamarza tylko cienka, kilkucentymetrowa powierzchniowa warstwa gruntu, która załamuje się pod stopami i przez którą bez problemu przebijemy się zaostrzonym patykiem. Podobnie jest z małymi ciekami wodnymi o mulistym dnie, nawet przy największych mrozach pokrywają się lodem tylko na powierzchni. Warto też przeszukać świeże buchtowiska dzików.

Najbardziej znana, najbardziej cenna dla survivalowca roślina to pałka wodna, która przez cały rok
ma w sobie jakąś cześć do schrupania. Na wiosnę są to młode przyrosty, na początku lata to młode kolby, później pyłek, a od jesieni do wiosny kłącza. Te właśnie kłącza w zimie nas najbardziej interesują, są pełne węglowodanów i białek. Pałka preferuje tereny podmokłe i tam szukamy jej zbiorowisk, zwykle tworzy rozległe zarośla i z daleka widać charakterystyczne kwiatostany. By dostać się do kłączy trzeba rozkopać ziemię wokół uschniętej łodygi pałki, posuwając się wzdłuż łodygi dojdziemy do kłączy. Przy zbiorowiskach pałki korzenie są splątane i w zasadzie gdzie nie będziemy kopać, to natrafimy na kłącza. Jeśli podłoże jest mniej zwięzłe, to możemy chwycić ręką za łodygę i próbować ją wyrwać z podłoża razem z kłączami. Podobnie postępujemy z kłączami trzciny, sitowiem jeziornym i bulwami topinamburu, kopiemy w pobliżu łodyg. Z korzeniami palowymi chmielu jest nieco więcej zabawy, gdyż trudniej je namierzyć. Posuwamy się wzdłuż uschniętych łodyg, dalej rozkopując grunt do korzenia a od niego wyszukujemy pionowych korzeni palowych. Wykopywanie w zimie korzeni to mało przyjemna robota, ale czasem nie ma wyjścia.

A co na deser? Proponuję przemarznięte owoce, które się jeszcze ostały na gałązkach. W styczniu można jeszcze znaleźć owoce dzikiej róży, berberysu, głogu, tarniny i kaliny. Jeśli nie zjemy owoców na surowo, to proponuję dodać do herbatki lub rozgotować na dżem.

Do przegryzania w czasie marszu proponuję pączki lipy, nieco śluzowate ale żołądek się cieszy i z tego. Marna to przekąska, ale przynajmniej nie gorzka. Niektórzy pewnie się zapytają co z podkorzem niektórych drzew, np. brzozy, sosny, wiązu? Powiem szczerze, że aż tak głodny nie byłem :) Jadłem owszem korę ale nijak mi nie smakuje, gorzka, twarda, szczęka boli od żucia, raczej do czyszczenia zębów niż do zaspokojenia głodu. Jeśli mamy więcej czasu i chęci to dobrym rozwiązaniem jest wysuszenie i rozdrobnienie podkorza do tego stopnia by można było go dodać do mąki jako uzupełnienie skromnych zapasów.


Z roślin przyprawowych w zimie zbieram owoce jałowca. W niezamarzniętych źródliskach zbieram rukiew wodną i rzeżuchę.

Nie wiem, czy dużo, czy mało tych roślin wymieniłem, na pewno to nie wszystkie. Możliwości pozyskania pożywienia roślinnego jest oczywiście więcej, ja wybrałem tylko fragment, który wg mnie jest na tyle ciekawy, że warto było to opisać. Na zdjęciach jest tylko część opisanych przez mnie roślin, przez krótki dzień i rozproszone stanowiska nie miałem możliwości by wszystkie zebrać.  Jeśli zima była by łagodniejsza, trafiłbym na odwilż i nie było by śniegu, to automatycznie lista gatunków roślin, których zbiór jest możliwy wydłuża się. Jednak, co to za zima bez śniegu i mrozu?  Zaczęliśmy od trudnych warunków. Zobaczymy, czym obdarzy nas luty.

sobota, 14 stycznia 2017

Mały bushcraft w najbliższej okolicy


Za siedmioma kościołami, za siedmioma marketami, za siedmioma śmietniskami... Nie, to nie będzie bajka, chociaż...
W okresie Nowego Roku miałem kilka dni wolnego, odpoczywałem, sam. Poza drobnymi rzeczami robionymi w domowym zaciszu, wędrowałem po okolicznych lasach. Mam to szczęście, że blisko domu jest miejsce gdzie bez żadnych obaw mogę pójść, rozpalić ognisko, posiedzieć, odpocząć, zbudować szałas, zanocować i robić, co tam sobie wymyślę. Szanuję ten las jak rodzinny dom, to miejsce gdzie wracam z przyjemnością. Znam go bardzo dobrze, bo przecież każdy zna swój dom. Przez tyle lat nic się nie zmieniło, dalej jest to świat, który daje mi tyle szczęścia.

Cudowny słoneczny poranek, rześkie powietrze, jakieś -20 C. Wymrażam wirusa. Opatulony w wełniany koc, oparty o brzozę, siedzę wygodnie i staram się wchłonąć całe ciepło, jakie daje słonce i ognisko. Gdy zamknę powieki, czuję na policzkach ciepło słonecznych promieni. Ognisko jest jednak bliżej, ciepło bardziej materialne. Delektuję się poranną kawę. Wpatruję się w ognisko, jak ogień zjada kłody. Wpatruję się w niebo, jak napływają i odpływają chmury. Małe, duże, jasne i ciemne, o rożnych kształtach, kolorach, w rożnych kierunkach, jedne rosną, a inne się rozpływają. Słonko podświetla je niczym orkiestrę na scenie,.. i nie przeszkadza mi to, że nie znam scenariusza. Jedni wchodzą na scenę, a inni schodzą. Nadleciał kruk, nocą lśniący, pokrzyczał coś tam po swojemu na mnie i odleciał. Wypatruję czy ktoś nie idzie, ale gdzież by ty ktoś w taki dzień przyszedł, po co?



Porcja sucharów, suszone mięso, jabłka i gruszki. Niczego mi nie brakuje do szczęścia.

Zima jest dobra, bo brak wtedy wszelkiego latającego plugastwa. I jest lód, w niektóre miejsc można na bagnach dotrzeć tylko w zimie po lodzie. Śnieg też jest dobrodziejstwem, czysta woda, w dzbanku wrzątek. Mam ochotę na gorąca herbatkę. Sześć kroków od ogniska rosną maliny, z ich pędów sporządzam smaczny napój. Doceniam zalety drewnianej kuksy, mróz a mi nic nie przymarza do dłoni ani nie parzy w usta, w dodatku trzyma ciepło lepiej niż metalowy kubek. No i sentyment do ręcznej roboty, do drzewa.



Łażę po krzakach, rozglądam się, co tam ciekawego, tropię zwierzynę na białym, sprawdzam, co przybyło, co ubyło, taka roczna inwentaryzacja. Każdy pozostawia jakiś ślad po sobie, jak ktoś umie czytać, to ma niezłą zabawę. Zdziwienie mnie ogarnia gdyż pierwszy raz w tej okolicy okrywam ślady jeleni. Kora na drzewach nosi ślady zgryzania nie tylko jeleni, stołowały się tu też sarny i łosie. Ten ostatni to jak zwykle wielki podróżnik i smakosz, gusta ma dziwne. Na ośnieżonym lodzie poślizgnęła się sarna, wszystko zapisane, każdy krok. Bobry nicponie schowały się w żeremi, lód zmroził zalewisko, wystają tylko końce wierzbowych gałęzi zgromadzone w spiżarni. Na wietrze kołyszą się gniazda remizów, ten to dopiero sztukmistrz nad sztukmistrze, taką kołysankę upleść. Dałoby się jeszcze grzybów nazbierać i korzeni do jedzenia nakopać, ale to nie dzisiaj. Zataczam kółko i wracam do obozowiska zanim całkiem wygaśnie ognisko.



Droga. Nie pamiętam ile już razy nią szedłem, zbyt dużo by zliczyć. Nie jest to jakaś tam przypadkowa droga, ale ta konkretna, prowadząca do tego lasu, do tego miejsca.



Z podtopionym lesie jest dużo uschniętych drzew, znoszę kilka i rąbię na opał. Jakby nie mróz, to nie doszedłbym tu nawet, po lodzie jest duło łatwiej. Jestem na małej wysepce, na której rosną dwie brzozy, do koła, zależnie od pory roku i pomysłów bobrów mniej lub więcej wody. Niezapomniany widok z dzieciństwa to łany żółknących traw i białe pnie brzóz, pięknie było, tak jasno, radośnie. Teraz ten teren opanowały całkowicie nawłocie i obraz zaciemniły. W zaroślach nawłoci dziki mają swoją noclegownię. Dla mnie pożytek z nawłoci jest jedynie taki, że mogłem z nich szałas wybudować.

Wełniany koc, skórzana torba, łuk ogniowy, drewniana kuksa, szałas, ognisko, tropienie itp. I można się śmiać, że odtwórstwo to dziecinada, że survival to dziecinada, i traperstwo to dziecinada, i wszystko to w sumie dziecinada. Tylko śmierć jest poważna.



Z dawnych lat pamiętam jeszcze, że były tu podmokłe łąki, koszone, na które ciężko było wjechać końmi. Człowiek starał się w jakiś sposób zawładnąć nad tym terenem, do czasu. Łąk dawno już ich nikt nie kosi, porosły brzozami, olchami, wierzbą, pokrzywami i innymi zaroślami. Obserwuję jak na przestrzeni kilkudziesięciu lat okoliczny krajobraz uległ zmianie. Stawy, na których łowiłem ryby zarosły, rów melioracyjny opanowały bobry. Zatopiły pobliskie łąki, las, dojść można tylko po lodzie w zimie. Przybywa krzaków, drzewa coraz większe, można powiedzieć, że las się starzeje. Teren staje się coraz bardziej niedostępny i dziki, przyroda kształtuje go według własnych zasad.

czwartek, 8 grudnia 2016

Hubka do krzesiwa tradycyjnego z papieru i bawełny preparowana na sucho popiołem.


Napisał do mnie jhp, kolega z forum www.reconnet.pl z wiadomością bym zapoznał się z jego wpisem "Hubki preparowane nieznane''. Kiedyś już pisałem o hubce z hubiaka pospolitego preparowanego popiołem na sucho. Kontynuacja tematu i przetestowanie innych materiałów w ten sam sposób przygotowanych nie wątpliwe było by ciekawe, jednak na dalsze eksperymenty nie miałem wtedy czasu.

Kilka dni temu przy okazji ćwiczenia rozpalania ognia techniką rolowania pomyślałem, że warto spróbować też to, o czym pisał jhp, tym bardziej, że w zasadzie część hubek miałem już przygotowanych. Rolując bawełnę czy papier toaletowy z popiołem miałem gotową hubkę, wystarczyło sprawdzić czy łapie iskry. Rzeczywiście, hubki spreparowane w ten sposób działają bez zarzutu.

Z czego można zrobić hubkę? Do tego celu nadają się wyroby z czystej bawełny np. płatki kosmetyczne, waciki, tampony, odzież oraz papieru (masy celulozowej) - chusteczki higieniczne, papier toaletowy, ręczniki, gazety, książki, tekturowe opakowania, wytłoczki na jajka itp. Niektóre dodatki do tych materiałów, np. tworzywa sztuczne przy bawełnianej odzieży czy farby z kolorowych gazet, powodują, że hubka nie będzie działać.

Sposób przygotowania hubek jest bardzo prosty i szybki, nie wymaga moczenia czy zwęglania. Materiał, z którego chcemy zrobić hubkę rozdrabniamy na włókna, im dokładniej to zrobimy, tym hubka będzie lepiej działać. W przypadku niektórych wyrobów z bawełny np. wacików, mają one na tyle drobne włókna, że nie trzeba je dodatkowo rozdrabiać. Chusteczki higieniczne czy papier toaletowy wystarczy porwać kilkukrotnie w rękach by otrzymać włóknisty materiał. Papier z książek, zeszytów, gazet czy tekturowe opakowania mają bardziej zwartą strukturę, najłatwiej je rozdrobnić na włókna zeskrobując nożem. Kolejnym krokiem preparowania hubki jest wtarcie w niego popiołu. Robię to tak, że wysypuję popiół na stół i wcieram go we włókna, tak by były jak najdokładniej nim otoczone. To wszystko, hubkę używa się tak jak inne.

Oceniając, to sposób przygotowania hubek z wyżej wymienionych materiałów popiołem na sucho jest prosty, szybki i skuteczny. Niewątpliwą zaletą jest też dostępność takich sztucznych, wytworzonych przez człowieka materiałów w odróżnieniu od naturalnych, jakie możemy znaleźć w lesie. W pewnych warunkach (raczej nie leśnych) pozyskanie hubiaka czy próchna na hubkę może być dużo trudniejsze niż papieru. Nie wychodząc z domu mamy pod ręką ogromną ilość materiału, po którego spreparowaniu otrzymamy dobrą hubkę do krzesiwa tradycyjnego. Popiół z piecyka czy kominka, skrawek kartki papieru lub chusteczka, to wystarczy. Jedyna wada, którą zauważyłem porównując np. do hubki ze zwęglonej bawełny czy hubiaka gotowanego w popiele, to trudniejsze złapanie iskry. Wg mnie są tego dwie przyczyny, wyższa temperatura zapłonu oraz grubsze włókna. Hubki z papieru i bawełny preparowane na sucho nie są doskonałe, złapanie iskry jest nieco trudniejsze. Ważne by wiedzieć o takiej możliwości przygotowania hubki.

W swym wpisie jhp napisał także o preparowaniu hubek z naturalnych materiałów sokiem roślinnym, ale ten temat musi zaczekać do wiosny.  Dziękuję jhp za cenne informacje, z pewnością, gdy będzie taka możliwość to sprawdzę.

wtorek, 29 listopada 2016

Improwizowana linka do łuku ogniowego z folii

Pomysłów na improwizowaną linkę do łuku ogniowego z różnego typu folii z tworzywa jest dużo, ja pokażę tylko kilka możliwości. Zestaw do łuku ogniowego (świder i podstawkę) zrobiłem z sosny, łuk z gałązki brzozowej, a docisk ze zgniecionej puszki po piwie. Wszystko to zebrałem po drodze. Z narzędzi miałem nóż, z którego korzystałem, chociaż powinienem, by nawiązać do pozostałych elementów, zrobić go z tego, co mogłem znaleźć w trakcie wędrówki, a wiec np. krzemień czy szkło. Nie miałem jednak czasu na to i skupiłem się tylko na elementach do łuku.

Do zrobienia improwizowanej linki do łuku użyłem materiałów znalezionych na wysypisku śmieci: izolacji przewodu elektrycznego, plastikowej folii, worka po nawozie i reklamówki.

Z przewodu elektrycznego pozostała tylko biała, zewnętrzna izolacja z tworzywa. Dość rozciągliwa, mimo to bez problemu wytrzymała kilka prób wiercenia.
Z plastikowej folii, worków i reklamówki wyciąłem pasy o równej szerokości na całej długości i skręciłem je, tak jak skręca się sznurek. Im cieńsza folia, tym szerokość wyciętego pasa powinna być większa. Orientacyjnie przy cienkiej foli z reklamówki wycięty pas miał szerokość ok. 10 cm, po skręceniu otrzymałem elastyczną linkę o grubości ok. 0,5 cm. Bez problemu taka linka wytrzymała tarcie powstałe przy pracy łukiem i wygodnie się nią pracowało. Przy grubszej foli z worka po nawozie wycięty pas miał połowę tej  szerokości. Linka miała ok. 1 cm grubości, była sztywniejsza niż poprzednia, nieco trudniej było mi wprowadzić świder w obroty.

Rzemień czy linki, jakie można kupić w sklepie są dużo wytrzymalsze od takich improwizowanych linek zrobionych ze śmietnikowej folii. Zakładając jednak, że znaleźliśmy się w terenie w sytuacji, kiedy nie mamy przy sobie żadnej linki ani nic, z czego można było by ją zrobić, czy zastąpić, to najłatwiej będzie nam o kawałek wszędobylskiej folii. O obszary nieskażone działalnością człowieka, bez żadnych śmieci coraz trudniej. Ważna jest więc umiejętność korzystania ze wszelkich dostępnych materiałów, w tym ze śmieci.

Z założenia improwizowane linki służą do jednorazowego uzyskania ognia i spełniają swoją rolę. Zaletą ich jest szybkość i prostota wykonania oraz powszechność materiału. Czasem śmieci bywają przydatne.

sobota, 26 listopada 2016

Hubka do krzesiwa tradycyjnego z trojeści amerykańskiej (milkweed)



Pojechałem dziś na wschód do znanej sobie żwirowni po krzemień. Potrzebuję go zarówno na przyszłoroczne warsztaty jak i dla siebie, do łupania. Prócz krzemienia  nazbierałem grzybów, jabłek, nakopałem korzeni dzikiej marchewki, wiesiołka, łopianu, nazbierałem materiałów na świdry ogniowe. Dzień był bardzo udany z jeszcze jednego powodu. Zwiedzając okolice zupełnie przypadkowo znalazłem w pobliżu starego, opuszczonego drewnianego domu uschnięte łodygi trojeści amerykańskiej. Ktoś posadził ją dla ozdoby w przydomowym ogródku.



Trojeść amerykańska (Asclepias syriaca), w języku angielskim nazywana milkweed (mleczny chwast), z uwagi na to, że wydziela mleczny sok (trujący). Trojeść to rzadko spotykana u nas roślina, sadzona czasami dla ozdoby, antropofit zadomowiony. Dlaczego ucieszyłem  się ze znalezienia tej roślin, w dodatku już oschniętej?  Otóż dowiedziałem się, że w krajach gdzie ta roślina jest pospolita, między innymi w USA, puch znajdujący się w kolczastej torebce po wysuszeniu używany jest jako hubka do krzesiwa tradycyjnego. Puchu nie trzeba w żaden sposób preparować i łatwo chwyta iskry z krzesiwa.

Dzień był słoneczny, krzemień miałem, nóż z głownią ze stali węglowej również, nic tylko krzesać. Puch z torebki nasiennej zrolowałem w dłoniach, tak by poszczególne włóka był bardziej zbite. Jeśli się tego nie zrobi, to tak jak w przypadku innych puszystych materiałów roślinnych skrzesana iskra spowoduje zapłon pojedynczego włókna po czym zgaśnie. By hubka dobrze działała włókna muszą być blisko siebie, zapłon jednego włókna spowoduje rozprzestrzenianie się na sąsiednie. 

 
Po kilku uderzeniach puch trojeści zajął się od iskier, bez problemów, żar zaczął się pięknie rozprzestrzeniać. Było to moje pierwsze spotkanie z tą rośliną. Jestem zadowolony z tego, że udało mi się skrzesać iskry na puch nasienny trojeści amerykańskiej. Zbyt rzadka jest to u nas roślina, by myśleć poważnie o niej jako o hubce. Jest to ciekawostka związana z tematem, na zasadzie, u nas też to rośnie i działa.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Dziki chleb, chlebinica, susak



Sprawdźmy Waszą znajomość dzikich roślin jadalnych. Jaka roślina bywa nazywana dzikim chlebem? Podpowiem, że jest smaczna, kaloryczna i łatwiejsza do przygotowania niż pałka, korzenie łopianu czy żołędzie dębu. To łączeń baldaszkowy (Butomus umbellatus), wieloletnia roślina wodna, dość pospolita w wodach wolno płynących i stojących. Łączeń nazywany bywa susakiem, chlebownicą, dzikim chlebem. Nie przypadkiem nazwy ludowe odnoszą się do chleba.
Kłącza łączenia są jadalne, na Syberii często były pieczone w ognisku zamiast ziemniaków. Jakuci, Kałmucy, narody Rosji i Kaukazu jedzą korzenie pieczone na żarze, smażone, gotowane, robią z nich mąkę.

Kłącza łączenia baldaszkowego zawierają 33% skrobi (wg innych źródeł ponad 50%), 5-10% białek i niewielkie ilości tłuszczu. Łączeń baldaszkowy nie ma negatywnego wpływu na zdrowie człowieka, jedyny minus to jego działanie przeczyszczające w dużych ilościach. Zwykle łączy się go z innymi roślinami i ten problem znika. Trudno zjeść jego większą ilość, ja po zjedzeniu kilku pieczonych kłączy miałem uczucie sytości. Kłącza zbiera się późną jesienią, powiedzmy gdzieś tak od września. Jeśli potrafimy rozpoznać roślinę tylko po kłączach to zbiór możliwy jest aż do wiosny. Kłącza podłużne, zwarte, z licznymi odrostami, włókna są cieńsze i jest ich mniej niż w pałce. Bardzo wydajne w zbiorze, choć na ich oczyszczanie trzeba średnio poświecić nieco więcej czasu niż na kłącza pałki. Poza tym jest rośliną mniej u nas rozpowszechnioną i znaną.

Najprostszy sposób przygotowania kłączy do jedzenia to ich upieczenie na żarze, wystarczy je tylko opłukać wcześniej. Po upieczeniu nożem usuwamy wierzchnią cienką spaloną skórkę, a jemy białe wnętrze. Mi tak upieczone kłącza smakowały bardziej niż kłącza pałki.

Najczęściej kłącza były suszone i mielone na mąkę. Z 5 kg świeżych kłączy można uzyskać ok. 1 kg mąki przypominającą razową mąkę pszenną. Nie trzeba ługować, odgoryczać. Mąka  z kłączy łączenia stanowi dodatek do innych mąk, z których można wypiekać chleb, podpłomyki, ciasteczka itd.

Puree z kłączy łączenia. Oczyszczone kłącza gotuje się 30 minut w osolonej wodzie, następnie miksujemy, dodajemy posiekany szczaw, cebulę, olej, przyprawiamy solą i pieprzem.

Kłącza po oszczenieniu można smażyć, dodać do zupy czy innych potraw.

W tym roku robiłem próby, co można zrobić z tej rośliny. Za rok planuję zebrać większą ilość kłączy i przerobić na mąkę, a następnie wypiec z niej chleb. Polubiłem tą roślinkę, daję jej dużego laika :)