piątek, 9 października 2020

Jesienne wędkowanie. Dwutygodniowy biwak nad Wisłą.


W tym roku, aby odpocząć od codzienności, w połowie września zaplanowałem dłuższy wypoczynek nad Wisłą. Postawiłem głównie na wędkowanie, któremu przez ostatnie kilka lat poświęcałem niewiele czasu. Spakowałem sprzęt, zrobiłem zapasy prowiantu i po
jechałem. Niestety na pierwsza miejscówkę, bardziej atrakcyjną z mojego punktu widzenia, nie udało mi się przeprawić. Szybki nurt wody zmusił mnie do odwrotu. Drugie miejsce okazało się łatwiej dostępne. Niestety nie tylko dla mnie, dla pozostałych wędkarzy też. Ponadto niektóre z wcześniejszych pomysłów były niemożliwe do zrealizowania w nowym miejscu.

Od miejsca, gdzie zaparkowałem samochód, do obozu miałem niedaleko. Bez moczenia się dostałem się nad brzeg rzeki. Całe szczęście, bo sprzętu miałem bardzo dużo. W nowym miejscu nie musiałem się już ograniczać do pewnych spraw. Pozwoliłem sobie na odrobinę luksusu jak ruszt, duża patelnia, więcej warzyw czy kilka puszek piwa. Obozowisko rozbiłem w kępie drzew na wysokim, piaszczystym brzegu. Rozłożyłem plandekę, przygotowałem posłanie, wypakowałem graty. Z niecierpliwością czekałem na chwilę, kiedy w końcu zarzucę wędkę.

Na wędkowanie poświęciłem najwięcej czasu. Zwykle mój rozkład dnia wyglądał tak, że wstawałem jak tylko zaczynało świtać i szedłem na ryby. Nienawidzę wstawania o tak wczesnej porze. A tu bez budzika budzę się, wstaję i bez śniadania, czy chociaż kubka gorącej herbaty, idę na ryby. Masochizm, ale co zrobić jak wtedy najlepiej biorą ;) Gdy solidnie zgłodniałem robiłem przerwę na śniadanie. Później powrót na stanowisko. Dalej obiad i zajęcia w obozie. Przed wieczorem wracałem nad wodę i siedziałem aż do późnych godzin nocnych. Dawno nie widziałem tyle wschodów i zachodów słońca ;) Rozgwieżdżone niebo, a czasem nawet cisza. Prawdziwej ciszy rzadko udało mi się doświadczyć. Jak nie ujadające psy z wioski na przeciwległym brzegu, to brzęk dzwonków sygnalizujących branie. W niedzielę około południa z pobliskiego kościoła dochodziły odgłosy mszy. Mimowolnie stałem się uduchowiony bardziej niż kiedykolwiek ;) 

Blisko obozu znajdowało się łowisko, gdzie głęboka woda i wykroty zapewniały dobre schronienie rybom spokojnego żeru. Ulubionym moim miejscem do siedzenia był wysoki brzeg nieopodal drzewa przewróconego do wody. Nawet jak nie łowiłem, to szedłem tam wypić kubek kawy, popatrzeć na płynącą wodę czy ciągnące klucze ptaków. W nocy przenosiłem się na czubek ostrogi, gdzie miałem doskonały widok na rozgwieżdżone niebo. W poszukiwaniu ryby zmieniałem techniki jak i miejscówki, łowiłem w samej Wiśle jak pobliskich starorzeczach. Gdy ryby nie chciały współpracować, albo byłem znudzony moczeniem kija, zajmowałem się innymi rzeczami. 

  

Ogólnie trafiłem na okres brań słabych. Pomimo tego, w mojej dwutygodniowej diecie, ryb nie brakowało. Bywały też chwile nadmiernej obfitości, przestawałem wtedy łowić lub wypuszczałem ryby do wody. Moją zdobyczą była przede wszystkim drobnica, ale kilka większych drapieżników też wyciągnąłem z wody.




Organizacja obozowiska wymaga planowania. 

Tu zawieszę plandekę, tam będzie miejsce ogniskowe i skład opału. Trzeba przynieść kamienie do pieczenia podpłomyków, zmontować trójnóg czy kratkę, na której postawimy garnek z wodą. Wyznaczyć miejsce do czerpania wody i mycia naczyń. W urządzaniu obozowiska pomogły mi rzeczy zabrane ze sobą jak i te znalezione przypadkiem na miejscu. Na początku miałem ze sobą dwie 1,5 l butelki wody. Po opóźnieniu przydały się do budowy filtru do wody, którą czerpałem z rzeki. 

 

Pierwszego dnia zauważyłem, że przecieka mi duży kubek, przeciekające miejsce zakleiłem gumą do żucia. Na ostrodze znalazłem plastikowe wiaderko pozostawione przez innych wędkarzy. Zrobiłem z niego lodówkę, w której schowałem cześć swoich zapasów żywności. 

Duży hak na suma i plecionka wędkarska przydała się przy suszeniu grzybów. 

Wśród naniesionych przed wodę gałęzi znalazło się tez kilka desek i pniak. Miałem na czym siedzieć, był stół, deski do krojenia i wieszaki. Z muszli, fragmentu chusteczki i oleju wykonałem lampkę, przy której spożywałem kolację. 

 

Przez dwa tygodnie obozowania w jednym miejscu stworzyłem komfortowe miejsce do odpoczynku.

Kilka razy zapuściłem się na wędrówkę po okolicy. Za wałami znajdują się skrawki pól porozdzielane łąkami, nieużytkami i lasem. Znalazłem tam zasianych przypadkowo dziko rosnących dyń. Nie skorzystałem tym razem z tego znaleziska. Nazbierałem za to owoców dzikich gruszek, jabłek, czeremchy i jeżyn. 

 

 

Zjadałem je na surowo, dodawałem do owsianki lub robiłem dżemy do podpłomyków. Chleba ze sobą nie zabrałem, zastąpiły mi go podpłomyki i placuszki. Piekłem je z nasionami pokrzyw, chmielu, wiesiołka lub włośnicy. 

 

 

Przy oddzielaniu zanieczyszczeń świetnie się sprawdził woreczek na przybory toaletowe. Nie brakowało w okolicy grzybów, które również dodawałem do swoich potraw. 

 

Złowione ryby przygotowywałem na wszelkie możliwe sposoby: pieczone, smażone, wędzone, w sosie i zupie. 

 

Po kilku dniach dominacji ryb w mojej diecie cieszyłem się, że mam wybór innej żywności.

Wszystko pięknie ładnie, ryby i pogoda dopisała, popływałem, odpocząłem itd. Szybko się jednak przekonałem, że taka dłuższa posiadówa w jednym miejscu to nie dla mnie. 

 

Już po kilku dniach nosiło mnie. Jeśli następnym razem zabiorę wędkę, to na wędrówkę brzegiem rzeki. Zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć. Pozdrawiam.


 

czwartek, 20 sierpnia 2020

Rdza i płatki kosmetyczne - ogień z rolowania


Wariant techniki Rudiger roll, w której użyłem bawełny i rdzy. Bawełniane płatki kosmetyczne rozwarstwiłem i ułożyłem, tak by na siebie częściowo zachodziły. 

 

Rdzę zeskrobałem z rury wydechowej starego ciągnika Ursus C360. Poprószyłem rdzą płatki i zwinąłem w cygaro. Wstępnie w dłoniach, później między dwoma kawałkami drewna do uzyskania zwięzłej struktury. Ułożyłem zwiniętą bawełnę na desce i przeciągałem fragmentem drewnianej belki lekko dociskając. 

 

Gdy płatki bawełny zostały mocno ściśnięte zwiększyłem szybkość i docisk. Po niecałej minucie rolowania z cygara zaczął wydzielać się dym. 

 

Rdza w połączeniu z bawełną działa bardzo dobrze. Dysponując tymi materiałami w sposób łatwy i szybki techniką rolowania można uzyskać ogień.

środa, 12 sierpnia 2020

Survivalowy dwukadłubowiec, czyli pływać każdy może ;)

Na okładce niemieckiego magazynu survivalowego zobaczyłem zdjęcie ''dwukadłubowca''. Wyglądało to jakby facet chciał popłynąć na dwóch choinkach zawiniętych w plandeki :) Czy tak się da? Na tyle zaciekawiło mnie to zdjęcie, że w upalny dzień pojechałem nad rzekę szukać ochłody i przygody ;)

Na zakręcie rzeki, gdzie brzeg niezbyt stromy założyłem ''stocznię''. Do budowy jednostki użyłem dwóch plandek o wymiarach około 2x3m, sznurka, siekierki i noża. Plandeki używane, poklejone, z małymi dziurkami wypalonymi przez iskry z ogniska. Naścinałem szuwarów, które rosły w pobliżu i wpakowałem je na plandekę.

Zawinąłem i związałem mocno sznurkiem.

Jedno cygaro gotowe. Ciężkie, gdyż wypchałem je świeżo ściętą roślinnością. Przeturlałem na płytką wodę i usiadłem na nim, bagatela 100 KWilsona ;) Test wyporności wyszedł korzystnie. Skoro jeden kadłub utrzymywał mnie na powierzchni wody, to tym bardziej dwa.

Zrobiłem drugie cygaro i zepchnąłem na wodę. Razem powiązałem. Z drewnianej kratownicy zrezygnowałem uznałem, że szkoda zachodu. Dorobiłem wiosło z tego, co znalazłem nad rzeką. Płaski kawałek drewna oderwany od pnia przywiązałem do gałęzi obgryzionej przez bobry. Trochę przykrótkie to wiosło, ale na taki dystans przemęczę się.

Wodowanie jednostki i testy na wodzie przebiegły pomyślnie. Sukces uczciłem łykiem czegoś mocnego z bąbelkami ;)

Budowa dwukadłubowca, wliczając w to częste kąpiele, zajęła mi kilka godzin. Upał i jusznice deszczowe mocno dokuczały. Tylko ucieczka do wody dawała chwile wytchnienia.

Spakowałem rzeczy do wodoszczelnego worka, przywiązałem do dwukadłubowca. Nadszedł czas najważniejszej próby, jak zachowa się survivalowa wersja dwukadłubowca podczas spływu rzeką?

Moim dwukadłubowcem przepłynąłem niedużo, kilka kilometrów, co zajęło mi ponad 2 godziny. Mogłem na nim stać, siedzieć czy leżeć, ze zwrotnością też nie miałem problemów. Już po niecałej godzinie od rozpoczęcia spływu zauważyłem, że kadłuby są coraz bardziej zanurzone. Było to do przewidzenia. Przez nieszczelności dostawała się do wnętrza kadłubów woda, co powodowało zmniejszanie się wraz z upływem czasu wyporności. W jednym miejscu utknąłem na kamienistym brodzie. Przepchniecie na głębszą wodę dwukadłubowca, który w tym momencie miał większą masę niż podczas wodowania, odbyło się z dużymi problemami. Dobrze, że przynajmniej woda ciepła i dno bezpieczne.

Kadłuby zanurzały się coraz bardziej. Pomimo tego płynąłem dalej, gdyż chciałem sprawdzić jak długo wytrzyma dwukadłubowiec?

Ostatecznie spływ musiałem zakończyć nieco wcześniej niż planowałem, gdyż dalsze płyniecie groziło zatopieniem jednostki. Widząc, co się dzieje poszukałem dogodnego brzegu do przybicia i zakończyłem przygodę. Rozmontowałem jednostkę i posprzątałem. W sumie dobrze się stało, bo nadchodząca burza i tak przegoniłaby mnie do domu. 

Dwukadłubowiec sprawdzi się przy survivalowych krótkotrwałych przeprawach. Gorzej, jeśli będziemy tym chcieli płynąć dłużej. Koszt to dwie plandeki, dużo sznurka i pracy. Istnieje ryzyko uszkodzenia plandek o kamienie i pnie drzew. Wolno się tym płynie, ale frajda duża. Sprawdzone na własnej skórze.